Co nam dała Konstytucja 3 maja?

Co nam dała Konstytucja 3 maja?
fot. Kris Cros / Unsplash
Logo źródła: histmag.org Sebastian Adamkiewicz

Choć budowla Konstytucji 3 maja była w gruncie rzeczy tworem dość konserwatywnym, to tętnił pod nią duch rewolucyjny, przewracający do góry nogami myślenie szlachty o państwie i jego formie. Była ona próbą ratowania projektu "Rzeczpospolita" przez odwrócenia niektórych pojęć, lub otwarcia ich na nowe interpretacje.

Gdyby spojrzeć na zapisy Konstytucji 3 maja chłodnym okiem, to nie są one - w porównaniu do innych aktów powstających na przełomie XVIII i XIX wieku - nazbyt rewolucyjne. W rzeczywistości pod płaszczem zmian konserwują one stary ustrój, ostrożnie obierając go z niektórych elementów. Jak pisał Bartłomiej Sienkiewicz w "Tygodniku Powszechnym": "Wychwalana za nowoczesność, w istocie była kompromisem niedotykającym zbyt mocno kwestii podstawowych".

DEON.PL POLECA




Za ten konserwatyzm wychwalał ją także Aleksander Rembowski, który w książce "Konfederacja i rokosz" podkreślał jej zachowawczość i połączenie nowoczesności z tradycją, co stać miało w opozycji do francuskich idei zerwania z przeszłością i zastąpienia jej bliżej nieokreślonym "nowym". Zarówno współczesny publicysta jak i nieżyjący od stu ponad lat historyk i prawnik mają rację. W kategorii modernizacyjnej konstytucja majowa nie była niczym co dla potomnych mogło być wzorem. W dużej mierze zachowywała dominującą rolę szlachty, z monarchy czyniła instytucję dziedziczną, kwestie chłopskie załatwiała ogólnikami, a władzę wykonawczą opisywała w sposób tak zawiły, że dzisiejsza ordynacja podatkowa zdaje się być prostsza. Wszystko było efektem ucierania kompromisu, który był zarówno chwałą jak i ponurym przekleństwem projektu "Rzeczpospolita". Podkreślał walor wspólnoty, jednocześnie prowadząc go do bezwładu, opóźniając niezbędne reformy lub całkowicie je blokując. Konstytucja nie mogła więc iść dalej niż tylko kilka kroków na przód, nie mogła przekroczyć cienkiej linii, za którą stałoby przekonanie o zerwaniu ciągłości.

Projekt "Rzeczpospolita"

A jednak przy wszystkich tych zastrzeżeniach Konstytucja 3 maja była przewrotem, który choć fasadę miał zachowawczą i niezbyt przełomową, to wnętrze tętniące i pełne rewolucyjnego zapału. Fundamenty funkcjonowania Rzeczpospolitej pozornie zachowywała, rzeczywiście wywracając je jednak do góry nogami, zmieniając ich znaczenie, wymowę i otwierając na zupełnie nowe interpretacje. Doskonale rozumiane było to przez ówczesne społeczeństwo szlacheckie, które witało ją z nadzieją, ale i niepokojem, czasem przeradzającym się w bunt. Na ogół jednak komentarze traktowały ją jako nowe otwarcie, zasadniczą zmianę, odwrócenie tego co przez wieki trawiło państwo. Traktowali ją tak zarówno jej zwolennicy wychwalający nieco przesadnie za przyczynienie się do zmartwychwstania Rzplitej, jak i przeciwnicy, doszukując się spisku i zamachu na wolności.

W czym więc tkwiła jej rewolucyjność skoro treść utkana była ze stwierdzeń stonowanych i zachowawczych próbujących mniej lub bardziej udolnie nawiązywać do oświeceniowych ideałów państwa nowoczesnego? Aby odpowiedzieć na to pytanie należałoby zastanowić się na czym opierała się Rzeczpospolita przez uchwaleniem Konstytucji. Pierwszym jej fundamentem była wspólnota szlachecka: równa w prawie i obowiązkach, przez co prawnie jednolita, uprzywilejowana i - jak sądzono - naturalnie predystynowana do sprawowania władzy. Szlachcic, niezależnie od posiadanego majątku, był współwłaścicielem państwa, co rozumieć należy nie tylko z perspektywy jego przywilejów, ale też odpowiedzialność za stan kraju. Równość w prawie blokowało też wytworzenie arystokratycznej grupy uprzywilejowanej, formalnej oligarchii wyrastającej poza wspólnotę. Wspólnota była więc jednolita za czym szedł oczywiście mit stanu rycerskiego, do którego odwoływał się zarówno mieszkaniec zaścianku na Mazowszu, jak i małopolski magnat siedzący w monumentalnej twierdzy. Ustrój Rzeczpospolitej był więc egalitarny w ramach jednego stanu, tworząc pojęcie obywatelskości przekraczającej różnice majątkowe, etniczne, czy - przez długi okres trwania Rzplitej - religijne.

Drugim filarem była federacyjność. Państwo polsko-litewskie było nie tylko federacją Korony i Wielkiego Księstwa. Samo Królestwo Polskie było sfederowanym tworem ziem i województw, które swoją tożsamość budować zaczęły jeszcze za czasów rozbicia dzielnicowego. Historyczne podziały dawały znać o sobie wielokrotnie, będąc niekiedy ostrzejszą osią podziału niż kwestie religijne czy polityczne. Z federacyjności wynikała też fundamentalna zasada funkcjonowania państwa, czyli liberum veto. Posłowie byli przecież reprezentantami nie całego narodu, ale własnych wspólnot lokalnych. Zignorowanie głosu pojedynczego posła, było więc zignorowaniem głosu jego elektorów, tych których reprezentował, tych którzy zasady reprezentacji wypisali w sążnistych niekiedy instrukcjach. I choć oczywiście możliwość zerwania sejmu głosem jednego delegata jest nadmiernym uproszczeniem (w rzeczywistości protest taki musiał mieć szersze poparcie), to faktycznie w samym procesie dochodzenia do kompromisu starano się godzić racje poszczególnych części składowych Rzeczpospolitej.

Wreszcie trzecim elementem kardynalnym była niezmienność prawa opartego zarówno na tym co spisane, jak i to co wynikające z kultury i obyczaju. Oczywiście prawo czasem zmieniano i modyfikowano, ale jego fundament pozostawał niezmienny, a wszelką próbę odwrócenia czy zmiany radykalnej uznawano jako zamach. Dużo prościej było zresztą zmienić prawo spisane, niż usus, zwyczaj usankcjonowany doświadczeniem przodków. Ta niezmienność była przecież sednem programu ruchu egzekucyjnego, który bardziej od tworzenia nowych praw cenił sobie egzekucję praw starych, które w poczuciu ówczesnej wspólnoty szlacheckiej były łamane. Jeśli powstawać miało nowe prawo to jedynie takie, które pomagać miało w respektowaniu tradycji, wzmacniać organa kontrolne, albo wzbogacać znaczenie tradycji.

Przewrót konstytucyjny

Konstytucja 3 maja filary te zmieniała radykalnie, część z nich modyfikując, a część obalając. Po pierwsze zmieniała znaczenie wspólnoty, rozbijając jednolitość prawną stanu szlacheckiego. Pozbawienie biernego i czynnego prawa wyborczego nieposesjonatów, było w istocie daleko idącym zamachem na egalitarność stanu szlacheckiego i pojęcie obywatelskości. Zmieniano cenzus pochodzenia na cenzus majątkowy, choć ograniczony jeszcze wyłącznie do jednego stanu. Fakt możliwości zasiadania w sejmie delegatów miast był przecież jeszcze ograniczony do mieszkańców miast królewskich, a ich głos był traktowany jako doradczy, a nie prawodawczy. Mimo to Konstytucja 3 maja otwierała możliwość rozlania obywatelskości poza stan szlachecki, uchylała drzwi, które przez ostatnie trzy stulecia starano się szczelnie zamykać, zamieniając prawa wynikające z dawnej rycerskości, na te wywodzące się z posiadania. Konstytucja, poprzez podpięcie do niej prawa o miastach, dawała przecież mieszczanom szereg przywilejów gospodarczych, co niewątpliwie z biegiem czasu połączone byłoby ze wzrostem politycznego znaczenia. Konstytucja rozbijała jednak wspólnotę szlachecką nie tylko w zakresie jej jednolitości prawnej, ale też nadwątliła jej wyjątkowość. Nazwanie włościan tymi, którzy w narodzie najliczniejsza stanowią ludność, było przekroczeniem Rubikonu, zerwaniem z mityczną predestynacją szlachty do bycia wspólnotą. Do tej wspólnoty włączano chłopstwo, które objęto opieką prawną kwestionując zasadę według, której są oni jedynie własnością szlachcica. Oczywiście, postanowienia dotyczące włościan były mgliste, niejasne, dość ogólnikowe i dość zachowawcze, ale wymowa wynikająca z nazwania ich "narodem" jak najbardziej rewolucyjna.

Po drugie, Konstytucja 3 maja zrywała z federalizmem, łącząc nie tylko Koronę z Litwą i ograniczając znacznie niezależność dwóch tych członów, ale kwestionując też znacznie wyobrażenie Rzplitej jako federacji ziem i województw. Posłowie przestali być delegatami swoich wspólnot, a i stali się reprezentantami całego państwa. Uwolniono ich z krępujących instrukcji, a poprzez wprowadzenie głosowania większością zignorowano dawne przekonanie, że głos posła jest głosem nie indywidualnej osoby, ale skumulowanym głosem jego elektorów. Było to niezbędne do obalenia zasady liberum veto, którą - nie bez słuszności - uznano za główną przyczynę kryzysu państwa i naczelną jego patologię uniemożliwiającą funkcjonowanie.

Wreszcie po trzecie podważono niezmienny charakter prawa. Konstytucja, choć miała być pierwszą pełną kodyfikacją systemu ustrojowego (dotychczasowe artykuły henrykowskie, czy prawa kardynalne traktowały tę kwestię tylko fragmentarycznie), której cechą powinna być stabilność, to jednak mądrość jej twórców kazała umieścić w niej zapis, że po 25 latach funkcjonowania należy podjąć nad nią głęboką refleksję. Uznawano więc zmienność czasu i jego degenerujący wpływ na każdy istniejący wytwór rąk ludzkich. Przyznano, że człowiek jako istota niedoskonała nie jest w stanie stworzyć prawa uniwersalnie doskonałego. Tym samym podważono mit ustroju doskonałego, który przez ostatnie wieki huczał w głowie narodu szlacheckiego i ostatecznie blokował wszelkie próby reform, na których potrzebę zwracano uwagę jeszcze w XVI stuleciu! Konstytucja 3 maja nie miała być trwała i niezmienna. Uznawano, że tak jak zmienia się świat, tak zmienia się społeczeństwo, a prawo winno za tymi zmianami podążać, a nie je sztucznie blokować.

Konstytucja 3 maja, choć w wielu wymiarach była zachowawcza, tak naprawdę dekonstruowała dotychczasowy system polityczny, z jednej strony czerpiąc z jego dziedzictwa, z drugiej zaś kwestionując główne jego zasady. Powoli i ostrożnie wprowadzała Rzeczpospolitą w nowoczesność. Zabory tę pełną nadziei drogę jednak brutalnie przerwały. Pozostał żywy mit Konstytucji, jako fundamentu nowego państwa.

***

Artykuł pierwotnie opublikowano na łamach portalu historycznego Histmag.org

Sebastian Adamkiewicz - członek redakcji portalu "Histmag.org", doktor nauk humanistycznych, wykładowca Dziecięcego Uniwersytetu Ciekawej Historii, współzałożyciel i członek zarządu Fundacji Nauk Humanistycznych. Zajmuje się badaniem dziejów staropolskiego parlamentaryzmu oraz kultury i życia elit politycznych w XVI wieku. Interesuje się również zagadnieniami związanymi z dydaktyką historii, miejscem "przeszłości" w życiu społecznym, kulturze i polityce oraz dziejami propagandy. Miłośnik literatury faktu, podróży i dobrego dominikańskiego kaznodziejstwa.

Wolna licencja - ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa - Na tych samych warunkach 3.0 Polska

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Przemek Wysogląd SJ

Nie, to nie jest ilustrowana hagiografia ani biografia św. Ignacego Loyoli. To raczej próba osobistego spojrzenia na historię duchowego doświadczenia i głębokiej przemiany, jaką przeszedł pewien ambitny, młody szlachcic – Iñigo Lopez de Loyola.

Przeżyj...

Skomentuj artykuł

Co nam dała Konstytucja 3 maja?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.