Wojna z Państwem Islamskim będzie długa

Wojna z Państwem Islamskim będzie długa
(fot. EPA/OLIVIER HOSLET)
PAP / drr

Ofensywa lotnicza USA i ich sojuszników przeciwko Państwu Islamskiemu (IS) i zapowiedź jego "zniszczenia" każe przypuszczać, że kampania będzie długa, skoro deklarowany cel ma się osiągnąć - jak chce Waszyngton - bez użycia wojsk lądowych.

Tymczasem, jak zwracają uwagę eksperci, zmontowana przez Waszyngton koalicja do walki z IS w Syrii jest dość krucha z powodu rozbieżnych interesów wchodzących do niej państw. Przewidują oni, że uda się jedynie powstrzymać dalszą ekspansję Państwa Islamskiego, ale nie całkowicie je zlikwidować.

Ataki lotnicze na IS w Syrii wspiera militarnie pięć państw arabskich znad Zatoki Perskiej: Arabia Saudyjska, Jordania, Katar, Bahrajn i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Uczestnictwo krajów arabskich ma kluczowe znaczenie, chodzi bowiem o pokazanie, że nie jest to kampania Zachodu przeciw islamowi, oraz o izolowanie sunnickich ekstremistów islamskich, z których składa się armia IS, od mas umiarkowanych sunnitów stanowiących większość w świecie arabskim.

"Do udziału w koalicji przekonały kraje arabskie rozmaite argumenty, od zachęt do szantażu. Arabii Saudyjskiej zależy na nowoczesnej broni z USA. Bahrajn atakuje fanatyków sunnickich, aby opinia zapomniała o krwawym stłumieniu powstania szyickiej mniejszości w tym kraju. Saudowie i Katar posądzani byli o wspieranie dżihadu w przeszłości i zarzuty te nie są bezpodstawne. Dołączyły do koalicji, żeby zmyć to odium, oraz może za jakieś apanaże od USA. Obawiają się, że Państwo Islamskie dotrze w przyszłości na Półwysep Arabski" - powiedziała PAP arabistka z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych dr Patrycja Sasnal.

"Grupy ekstremistyczne stanowią bezpośrednie zagrożenie dla władzy autokratycznych reżimów rządzących w sprzymierzonych z USA krajach arabskich. Mają one taki sam interes w ich wykorzenieniu jak Ameryka" - dodaje w rozmowie z PAP ekspert z American Enterprise Institute, Phillip Lohaus.

Koalicja dobitnie zatem potwierdza, że po fiasku arabskiej wiosny USA powracają do tradycyjnego sojuszu z autokracjami na Bliskim Wschodzie. Jej trwałość będzie jednak wystawiona na próbę wobec rozbieżnych interesów USA i tworzących ją krajów arabskich. Dla tych ostatnich priorytetem jest usunięcie reżimu Baszara el-Asada w Syrii, postrzeganego jako agentura znienawidzonego szyickiego Iranu. Waszyngton wprawdzie podkreśla, że wojna z Państwem Islamskim nie oznacza wsparcia dla Damaszku, ale amerykańska interwencja mu oczywiście pomaga.

Z podobnych względów sunnickie kraje arabskie wahają się z czynnym poparciem akcji przeciw IS w Iraku, którego rząd, zdominowany przez szyitów, jest pod ogromnym wpływem Iranu.

"Regionalni gracze arabscy popierający naloty na pozycje islamistów w Syrii różnią się z USA w rozumieniu celów wojny i ocenie zagrożenia ze strony IS. Podobnie jest w samej Syrii - inaczej niż zachodnie mocarstwa, ani reżim Asada, ani jego wrogowie nie są najbardziej przejęci siłą IS jako ugrupowania dżihadystycznego. I jedni i drudzy traktują IS jako środek do zyskania międzynarodowego poparcia, by zapewnić sobie zwycięstwo" - napisał ekspert Europejskiej Rady Stosunków Międzynarodowych Julien Barnes-Dacey.

Kraje arabskie liczą, że nagrodą za udział w wojnie z IS będzie pomoc USA w obaleniu reżimu Asada. Jednocześnie obawiają się, że dozbrojenie umiarkowanych rebeliantów, co też sygnalizuje Waszyngton, może ożywić dążenia demokratyczne w świecie arabskim. Mimo rozpoczęcia bombardowań w Syrii nie ufają też do końca prezydentowi Barackowi Obamie. Zaufanie do niego podważył przykład Libii, skąd po obaleniu dyktatury Muammara Kadafiego przy pomocy NATO Ameryka wycofała się pośpiesznie, pozostawiając tam chaos i wojnę domową. Jego wiarygodność jeszcze bardziej osłabła po nagłej rezygnacji z zapowiadanej interwencji w Syrii po użyciu przez Asada gazów przeciw rebeliantom.

W konfrontacji z Państwem Islamskim osobną kwestią jest dwuznaczna rola Turcji, jedynego kraju graniczącego z IS (poza dwoma częściowo przez nie okupowanymi). Umiarkowanie islamistyczny rząd tego kraju wspierał sunnickich rebeliantów w Syrii bronią i pieniędzmi, a ostatnio przyzwalał na przemyt ropy naftowej z terenów zajętych przez islamistów w Syrii i Iraku. We wtorek prezydent Recep Tayyip Erdogan oznajmił, że Turcja "może udzielić wojskowego lub logistycznego wsparcia" bombardowaniom w Syrii. Realna pomoc najsilniejszego militarnie po USA członka NATO mogłaby mieć kluczowe znaczenie, ale obserwatorzy podejrzewają, że nie będzie ona duża.

Przedstawiciele administracji USA codziennie wyliczają straty zadane IS przez bombardowania, ale zdaniem ekspertów efekty nalotów są mizerne. Zwracają nawet uwagę na ich skutki uboczne, sprowadzające się do umocnienia islamistów.

"Przed nalotami w Syrii trwały walki między dżihadystami z IS i z Al-Nusry, filii Al-Kaidy. Bombardowania położyły im kres i zjednoczyły obie frakcje - islamiści teraz skupiają się wokół IS, a Wolna Armia Syryjska (umiarkowani, prozachodni rebelianci - PAP) postrzegana jest jako agent Ameryki" - powiedział PAP Hassan Mneimneh z ośrodka Middle East Alternatives w Waszyngtonie.

W rezultacie bombardowań w Syrii ekstremiści schronili się głównie w zajętych przez siebie miastach. Naloty na gęsto zamieszkane tereny grożą poważnymi ofiarami wśród ludności cywilnej, co dałoby dżihadystom potężną broń propagandową do werbunku nowych bojowników. To główna - zdaniem ekspertów - przyczyna, dla której do pokonania IS ataki tylko z powietrza nie wystarczą.

"Jeśli celem jest, jak mówi Obama, +zniszczenie+ Państwa Islamskiego, będzie to trudne bez użycia wojsk lądowych. Będą one potrzebne zwłaszcza po to, by usunąć rebeliantów z miast, gdzie niełatwo odróżnić przyjaciela od wroga" - powiedział PAP Phillip Lohaus.

Ekspert AEI wątpi jednak, by udało się ściągnąć do Syrii wojska lądowe. Obama z góry wykluczył ich wprowadzenie w tym kraju, chociaż pewne siły amerykańskie działają już w Iraku. USA liczą na kraje arabskie, ale te oglądają się na Amerykę.

"Dla krajów arabskich będzie to trudne do usprawiedliwienia, jeśli nie wkroczą oddziały amerykańskie. Kalkulacja ryzyka może się oczywiście zmienić, kiedy, na przykład, zestrzelono by amerykański samolot albo zabito jednego z amerykańskich doradców" - mówi Lohaus.

Gdyby do tego doszło, proponuje się, by amerykańskie siły specjalne dołączyły jako "doradcy" do oddziałów kurdyjskich w Iraku lub rebeliantów w Syrii. Autor tego pomysłu, emerytowany pułkownik Peter Mansour, przywołuje tu przykład Afganistanu w 2001 r. po ataku 11 września, kiedy amerykańskie siły specjalne wsparły tam oddziały Sojuszu Północnego walczącego z talibami.

W sytuacji dominującej jednak opozycji wobec kolejnej wojny na Bliskim Wschodzie, w USA pojawiają się jeszcze bardziej kreatywne pomysły. Znany konserwatywny gwiazdor TV Bill O'Reilly zaproponował, by utworzyć międzynarodową "armię najemników" wyspecjalizowaną w akcjach specjalnych. Idea spotkała się jednak z dość powszechną krytyką. Prawicowy komentator Charles Krauthammer powiedział, że "psy wojny" walczące za pieniądze nie będą równorzędnym przeciwnikiem dla ideowo zmotywowanych dżihadystów.

W przewidywaniach, co dalej, dominuje więc pesymizm. Eksperci uważają, że IS będzie można najwyżej osłabić i powstrzymać przed dalszymi podbojami, ale nie wyeliminować z gry.

"To będzie długa kampania. Przyczyny sukcesów takich grup jak IS są efektem dynamiki sił politycznych, religijnych i ekonomicznych, które trudno zmienić nawet środkami polityki państwowej, a co dopiero militarnymi. Czas kampanii można by zminimalizować przez użycie wojsk lądowych, co może skomplikować relacje między sojusznikami, nie mówiąc o politycznych konsekwencjach, z którymi prezydent Obama musiałby się liczyć w kraju" - powiedział Lohaus.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Wojna z Państwem Islamskim będzie długa
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.