Bóg, który wychodzi poza schemat

Bóg, który wychodzi poza schemat
fot. cathopic.com

Mamy mnóstwo usprawiedliwień i wyjaśnień co do własnych błędów i słabości. A jeśli już pojawia się w nas niecierpliwość względem siebie samego, to jest to niecierpliwość w walce z grzechem, szczególnie tym, który towarzyszy nam już od dłuższego czasu. Cierpliwość to wielka cnota, która swój początek bierze z pokory. Cierpliwość prowadzi do miłosierdzia wobec drugiego. Bóg jest bowiem cierpliwością.

Dzisiejsze czytania mszalne pełne są wezwań do nawrócenia. Jonasz wzywa do nawrócenia mieszkańców Niniwy, św. Paweł – Koryntian, a Jezus, idąc przez Galileę, woła: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” (Mk 1,15). I te słowa Jezusa będą powtarzane przez Kościół aż do skończenia świata, choć chyba nie robią na nas, niestety, wielkiego wrażenia… Są one jednak stałym przypomnieniem, że życie człowieka jest nieustanną walką o to, by upodobnić się do Chrystusa, Człowieka Doskonałego. Wszelkie niepowodzenia wynikają z tego, że zapominamy o przymierzu, które Bóg zawarł z nami przez Jego Krew. Bóg wielokrotnie zawierał przymierze ze narodem wybranym, z Izraelem. Czy nie wystarczyło raz? Bogu by wystarczyło, lecz to ludzie co rusz od Niego się odwracali. A On, miłosiernie, wciąż odnawiał swoje przymierze. To tak jakby sprzymierzyć się z kimś podczas wojny, by wspólnymi siłami pokonać wroga, lecz podczas walki sprzymierzeniec łamie umowę i zaczyna kolaborować z przeciwnikiem. Bóg jednak bez ustanku przypominał Izraelowi, kto jest jego prawdziwym wrogiem – zło i grzech.

Na czym jednak ma polegać nawrócenie, o którym dzisiaj mowa w liturgii słowa? Z pomocą przychodzą nam słowa św. Pawła: „Przemija bowiem postać tego świata” (1 Kor 7,31). Słowo „postać” odpowiada, w greckim oryginale, słowu „schema”. Narzuca się od razu skojarzenie ze słowem „schemat”. Możemy powiedzieć zatem, że nawrócenie będzie taką zmianą myślenia (postrzegania rzeczywistości; odbierania tego, co nas otacza), która pozwoli nam wyjść poza schematy funkcjonujące w tym świecie. Schematy, według których działamy na co dzień, nie biorą często pod uwagę przemijalności ziemskiej rzeczywistości. Tylko uświadomienie sobie bliskości Królestwa Bożego pozwala zdobyć się na taką zmianę myślenia. Bliskość ta rozumiana jest jednak nie w sensie czasowym, lecz egzystencjalnym. Królestwo Boże nie jest jedynie nagrodą, którą wierni Bogu otrzymają kiedyś na końcu czasów, lecz jest już teraz obecne, choć nie w pełni. Wraz z przyjściem Chrystusa na świat postrzeganie tego, co ziemskie, diametralnie się zmieniło, bo wskazał On cel – życie wieczne w Królestwie Bożym. Wszystko inne jest tymczasowe i towarzyszy nam w drodze do celu, będąc pomocą lub przeszkodą.

To wszystko pięknie i wzniośle brzmi, dopóki nie zderzymy się ze śmiercią. W ostatnim tygodniu uczestniczyłem w pożegnaniu dwóch bardzo młodych osób. Oba skończyliby w tym roku ledwie 29 lat. Sebastian, który zostawił żonę i dwóch synów (jeden z nich dopiero się urodzi), i Dominik, ksiądz z niespełna czteroletnim stażem. Naturalna reakcja serca zupełnie nie dziwi: „Zbyt wcześnie! Nie tak miało być! Nie tak powinno być! Mieli jeszcze całe życie przed sobą, mieli plany i marzenia!”. Śmierć jest mocnym wyjściem poza schemat, poza plan. Szczególnie śmierć, która z naszej perspektywy wydaje się być przedwczesna. Nasz Bóg jest Bogiem łamiącym wszelkie schematy. Jest Bogiem wychodzącym poza naszą logikę. Jest Bogiem, który nas boli, szczególnie wtedy, gdy wydaje nam się, że Go nie rozumiemy. Czasem jest tak, że wiara wydaje się być piękna, póki jest jedynie teorią niedotyczącą mnie samego. Zaufanie Bogu „na całego” może naprawdę boleć. I chyba też powinno. Mówi się, że ból jest oznaką życia. Pozostaje modlitwa słowami psalmu: „Daj mi poznać Twoje drogi, Panie, naucz mnie chodzić Twoimi ścieżkami” (Ps 25,4).

Dzisiejszy świat to świat pośpiechu. Wszystko chcielibyśmy mieć na już, na teraz: szybko, łatwo i przyjemnie. Nie lubimy czekać. Niecierpliwość możemy zaobserwować zarówno w stosunku do Boga, jak i do innych ludzi. Modlimy się o coś – i chcemy, żeby Bóg spełnił naszą prośbę już teraz, do tego najlepiej w formie nieróżniącej się od przedstawionej prośby. Podsuwamy Bogu do podpisania gotowy projekt na nasze życie. Prosimy innych ludzi o jakąś przysługę i pomoc – i chcemy, żeby przystali na nią już teraz, najlepiej bez najmniejszego zawahania. Oczekujemy od innych zmiany postawy – i efektu spodziewamy się już następnego dnia. Często mamy dla innych gotowe odpowiedzi na ich problemy – bez słuchania, podręcznikowo, schematycznie. Bo przecież każdego da się „zakwalifikować” do jakiejś kategorii. Każdy przypadek już kiedyś był. Rozwiązanie jest proste i oczywiste. Jezus uczy spotkania z drugim człowiekiem, wysłuchania go, nawet jeśli jego historia jest podobna do miliona innych. A odpowiedzią jest zawsze miłosierdzie.

Rzadziej jednak można zauważyć niecierpliwość do samego siebie. Mamy mnóstwo usprawiedliwień i wyjaśnień co do własnych błędów i słabości. A jeśli już pojawia się w nas niecierpliwość względem siebie samego, to jest to niecierpliwość w walce z grzechem, szczególnie tym, który towarzyszy nam już od dłuższego czasu. Cierpliwość to wielka cnota, która swój początek bierze z pokory. Cierpliwość prowadzi do miłosierdzia wobec drugiego. Bóg jest bowiem cierpliwością. W przeciwnym wypadku powinien już nas dawno zmieść z powierzchni ziemi.

Trochę dziwić się możemy mieszkańcom Niniwy, że wystarczyło im nawoływanie tylko jednego proroka, by się nawrócić. Mogli go zlekceważyć, ale uświadomili sobie, że przez ziemskie przyjemności stracili z oczu sprawy Boże. Podziwiamy też Szymona i Andrzeja, którzy, pamiętając Chrystusowe wezwanie do nawrócenia i wiary w Ewangelię, nie wahali się, lecz „natychmiast, porzuciwszy sieci, poszli za Nim” (Mk 1,18). Mogli wygodnie ułożyć sobie życie, lecz wyszli poza schematyczne ludzkie myślenie. I z pewnością na tym nie stracili.

Jest jednak sytuacja, w której wobec Boga nie możemy zwlekać. Nie możemy czekać z odpowiedzią na słowa: „Pójdź za mną!”. Na to wezwanie trzeba odpowiedzieć NATYCHMIAST. Nie mogę się ociągać z pójściem za Jezusem. I mam iść za Nim nie tylko po części albo do pewnego momentu. Za Jezusem muszę pójść cały i do końca. Zrywając wszelkie schematy, w których tkwię. Nawet te najbardziej utarte. A może właśnie szczególnie te. W przeciwnym wypadku lepiej nie iść za Nim wcale. Bo wówczas nic się nie zmieni. Pójść za Jezusem znaczy związać się z Nim bezgranicznie na całe swoje życie, pozwalając Mu je przemieniać. Jeśli nie pójdę za Panem całkowicie, to zamiast przejść z Nim u boku całe swoje życie, jak z ukochaną osobą, przeżyję jedynie chwile przelotnych uniesień, a moja relacja z Nim przypominać będzie romantyczny spacer pary nastolatków, po którym każdy wraca do swoich rodziców. Czy stać mnie na dojrzałą miłość? Czy stać mnie na to, żeby wejść w dorosłość w wierze? Ten, kto idzie NATYCHMIAST, ten zostawia wszystko, nie oglądając się za siebie. Pozwala mu na to zaufanie. Czy ufam Jezusowi tak bardzo, żeby pójść za Nim już teraz? Nie ma co zwlekać. To „nagle” na pewno nie jest „po diable”.

Kapłan archidiecezji gdańskiej, student teologii dogmatycznej na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Współtwórca vloga "Inny wymiar". FB: https://www.facebook.com/InnyWymiarMTPL

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Michał Heller
19,90 zł

Każde dobro i zło rodzi się z myśli. To myśl zmienia świat – z moralnie neutralnego w przeniknięty wartościami.  Michał Heller

Wszystko, co istnieje w świecie, musi podlegać prawom logiki. Z wyjątkiem ludzkich myśli. Człowiek...

Skomentuj artykuł

Bóg, który wychodzi poza schemat
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.