Bóg nie mieści się w Excelu. O pokoleniu, które chce wszystko kontrolować
Dorastaliśmy w świecie, który obiecał nam, że jeśli będziemy wystarczająco zdyscyplinowani, wystarczająco świadomi i wystarczająco konsekwentni, to zbudujemy życie dokładnie takie, jakie chcemy. Wystarczy dobrze zaplanować. Wystarczy wyznaczyć cele. Wystarczy pracować mądrzej, nie tylko ciężej. Wystarczy optymalizować.
To słowo – optymalizacja – stało się niemal religią. Optymalizujemy sen, dietę, relacje, poranki, wieczory, pracę głęboką i odpoczynek. Uczymy się, jak zarządzać energią, jak mierzyć postęp, jak wyciągać wnioski z porażek. Życie przestało być przestrzenią, w której coś się wydarza. Stało się projektem do prowadzenia.
I nie chodzi już tylko o karierę. Oczywiście, sukces zawodowy jest ważny. Dochód, stabilność, poczucie sprawczości. Ale nawet rozwój osobisty przestał być spontaniczny. Stał się planem. Kursy, podcasty, książki, mentoringi. Mamy harmonogramy czytania i cele kwartalne na pracę nad sobą. Nikt nie chce stać w miejscu. Stanie w miejscu jest dziś równoznaczne z porażką.
W takim świecie bardzo trudno zaakceptować to, że coś może wymknąć się kontroli. Że nie wszystko zależy od nas. Że nie każda zmienna da się przewidzieć. Dlatego tak bardzo chcemy mieć plan. Plan na karierę, plan na relację, plan na zdrowie. A coraz częściej – plan na Boga.
Nie mówimy tego wprost. Ale nasze podejście do duchowości zaczyna przypominać podejście do rozwoju osobistego. Szukamy skutecznych metod modlitwy. Chcemy wiedzieć, ile czasu trzeba poświęcić, żeby "poczuć efekt". Pytamy, jakie praktyki duchowe są najbardziej owocne. Szukamy sposobów, które przyspieszą wzrost. Nawrócenie ma być przełomem, który uporządkuje chaos. Wiara ma przynieść stabilność. Relacja z Bogiem ma wreszcie "zadziałać".
To język projektu. To logika strategii. To myślenie, które mówi: jeśli zrobię wszystko dobrze, rezultat będzie gwarantowany.
Być może tak bardzo przyzwyczailiśmy się do wykresów, że zaczęliśmy myśleć o życiu jak o linii trendu. Nawet jeśli są spadki, to przecież ogólny kierunek powinien być wzrostowy. W świecie inwestycji mówi się o zarządzaniu ryzykiem. W świecie produktywności o zarządzaniu czasem. W świecie duchowości coraz częściej mówimy o zarządzaniu sobą. O pracy nad sobą. O dyscyplinie, która ma przynieść owoce.
Nie ma w tym nic złego. Problem zaczyna się wtedy, gdy przestajemy rozróżniać między tym, co możemy kontrolować, a tym, co z definicji kontroli się nie poddaje. Bo wiara nie jest systemem do opanowania. Bóg nie jest algorytmem, który reaguje na odpowiedni zestaw działań. Relacja nie jest kontraktem.
A jednak głęboko w środku często funkcjonujemy tak, jakby była.
Jeśli jestem wystarczająco dobry, Bóg mnie ochroni. Jeśli się modlę, to sprawy się ułożą. Jeśli staram się żyć uczciwie, ominie mnie chaos. Jeśli trzymam się zasad, życie będzie przewidywalne. To bardzo ludzka potrzeba. Chcemy wierzyć, że świat jest sprawiedliwy. Że istnieje równowaga między wysiłkiem a nagrodą.
Tymczasem przychodzi moment, w którym plan się rozpada. Choroba. Utrata pracy. Kryzys w relacji. Nagła zmiana, której nie przewidzieliśmy. I wtedy nasze myślenie projektowe zaczyna pękać. Bo przecież wszystko było przemyślane. Wszystko było zaplanowane. Wszystko było pod kontrolą.
W takich chwilach rodzi się bunt. Albo rozczarowanie. Albo milczące pytanie: "Dlaczego?". Czasem kierujemy je do Boga. Czasem do siebie. Czasem do świata. Ale w gruncie rzeczy chodzi o jedno: straciliśmy kontrolę.
Może właśnie to jest największy lęk naszego pokolenia. Nie bieda. Nie brak możliwości. Nie nawet porażka. Najbardziej boimy się utraty kontroli. Bo kontrola daje iluzję bezpieczeństwa. Pozwala nam wierzyć, że jeśli tylko będziemy wystarczająco czujni, nic nas nie zaskoczy.
Tyle że życie z definicji zaskakuje. A wiara z definicji wymaga zaufania.
Zaufanie jest trudne dla ludzi, którzy nauczyli się polegać przede wszystkim na sobie. Jesteśmy wychowani w kulturze sprawczości. Mamy być samodzielni, odpowiedzialni, świadomi. Mamy nie uzależniać swojego szczęścia od innych. Mamy brać życie w swoje ręce. To wszystko brzmi rozsądnie. Ale gdzieś po drodze zaczęliśmy wierzyć, że naprawdę wszystko zależy od nas.
Wtedy Bóg przestaje być Kimś, komu się ufa, a zaczyna być kimś, kogo próbuje się włączyć w swój plan. Modlitwa staje się narzędziem. Duchowość – wsparciem dla naszych celów. Wiara – elementem strategii życiowej.
Chcemy Boga, który pomoże nam osiągnąć sukces. Który ustabilizuje emocje. Który doda pewności siebie. Który uporządkuje nasze wnętrze. Trudniej przyjąć Boga, który burzy nasze wyobrażenia. Który nie odpowiada od razu. Który milczy. Który nie wpisuje się w harmonogram.
Może dlatego tak trudno jest nam przeżyć modlitwę, w której nic się nie dzieje. W której nie ma przełomu. Nie ma emocji. Nie ma efektu. W świecie szybkich rezultatów cisza bywa nie do zniesienia. A przecież to właśnie cisza jest przestrzenią, w której kontrola traci znaczenie.
Nie chodzi o to, by przestać planować. Planowanie jest wyrazem odpowiedzialności. Nie chodzi o to, by porzucić ambicję. Ambicja może być piękna. Chodzi o to, by przestać mylić plan z sensem, a kontrolę z bezpieczeństwem.
Można mieć cele i jednocześnie wiedzieć, że nie wszystko zależy od nas. Można pracować nad sobą i jednocześnie przyznać, że nie naprawimy wszystkiego własną siłą. Można inwestować w przyszłość i jednocześnie zaakceptować, że przyszłość nie jest w pełni przewidywalna.
Może największym paradoksem naszego pokolenia jest to, że im bardziej próbujemy kontrolować, tym bardziej rośnie w nas napięcie. Bo kontrola wymaga nieustannej czujności. Nieustannego monitorowania. Nieustannego reagowania. To męczy. To wypala. To sprawia, że nawet odpoczynek staje się zadaniem do wykonania.
A wiara nie jest zadaniem. Jest relacją. A relacja wymaga czegoś, czego nie da się wyprodukować – zaufania.
Zaufanie nie oznacza bierności. Nie oznacza rezygnacji z działania. Oznacza uznanie, że nie jestem centrum wszechświata. Że nie muszę wszystkiego przewidzieć. Że nie każda luka w planie jest porażką. Że czasem właśnie w tej luce wydarza się coś ważniejszego niż w perfekcyjnie zaprojektowanym harmonogramie.
Może prawdziwa wolność zaczyna się nie wtedy, gdy wszystko jest pod kontrolą, ale wtedy, gdy potrafimy żyć mimo braku kontroli. Gdy potrafimy powiedzieć: zrobię, co mogę, a resztę oddaję. Nie dlatego, że nie mam siły. Ale dlatego, że wiem, że nie wszystko zależy ode mnie.
Być może pokolenie kontroli potrzebuje nie kolejnej strategii. Nie kolejnego kursu z produktywności. Nie kolejnej metody duchowej optymalizacji. Być może potrzebujemy odwagi, by przyznać, że nie jesteśmy w stanie kontrolować wszystkiego – zwłaszcza Boga.
Bo Bóg nie jest projektem do zrealizowania. Nie jest celem kwartalnym. Nie jest wskaźnikiem wzrostu. Jest Kimś, kto przychodzi również wtedy, gdy nasze wykresy spadają, a plany się rozsypują.
I może właśnie wtedy, gdy przestajemy wszystko kontrolować, zaczyna się coś, czego nie da się zmierzyć. Coś, co nie mieści się w tabelach. Coś, co nie rośnie liniowo.

Skomentuj artykuł