Musisz ubrudzić sobie ręce. Dlaczego maszyny nigdy nie stworzą prawdziwej sztuki?

Fot. Przemek Instagram/Instagram

Sześćdziesiąt lat temu papież Paweł VI w dramatycznym przemówieniu w Kaplicy Sykstyńskiej mówił do artystów: „Opuściliście nas, Kościół”. Dziś sytuacja staje się jeszcze bardziej niepokojąca – w kościelnej rzeczywistości żywych twórców zastępują cyfrowe obrazy generowane w kilka sekund przez sztuczną inteligencję. Czy martwe algorytmy są w stanie dotknąć tajemnicy Boga, czy jedynie spłycają nasze doświadczenie duchowe? W poruszającym wywiadzie o. Przemysław Wysogląd SJ – jezuita, malarz, duszpasterz i nauczyciel – odsłania kulisy współczesnego kryzysu piękna, opowiada o doświadczeniu depresji i wyjaśnia, dlaczego żaden algorytm nie zastąpi iskry Bożej w człowieku.

Kościół bez artystów? AI wchodzi bez pukania

Łukasz Sośniak SJ: Dziś stajemy przed pytaniem niezwykle aktualnym i budzącym ogromne emocje: czy sztuczna inteligencja zniszczy sztukę oraz ludzką kreatywność, czy może przeciwnie – wyzwoli ją i będzie rozwijać? Czy czeka nas koniec tradycyjnej sztuki, bo wszystko zacznie produkować AI?

Przemysław Wysogląd SJ: Na pewno jesteśmy w czasie ogromnego kryzysu. Zacznijmy od tego, że około 60 lat temu papież Paweł VI w dramatycznym przemówieniu do artystów w Kaplicy Sykstyńskiej mówił: „Wy artyści opuściliście nas, Kościół”. A teraz jesteśmy w takich czasach, że Kościół już nawet nie rozmawia z artystami, tylko zamieniliśmy artystów na sztuczną inteligencję. Ta sztuczna inteligencja weszła do naszej kościelnej bańki praktycznie bez pukania i się w niej rozgościła. Gdziekolwiek nie spojrzymy – na banerach w kościołach, na przyparafialnych płotach, na okładkach magazynów czy książek – wszędzie widzimy obrazki wygenerowane przez sztuczną inteligencję. I one niestety robią się coraz lepsze.

Mówisz „niestety”? Dlaczego uważasz doskonalenie się technologii za problem?

– Za kilka lat będziemy mieli sytuację, że obrazy wygenerowane przez sztuczną inteligencję będą technicznie lepsze niż cokolwiek, co namalowali najwięksi mistrzowie w historii. Wyobrażam sobie, że niedługo pojawią się maszyny – rodzaj cyfrowych drukarek 3D – które będą fizycznie malować farbami olejnymi, temperą czy nakładać fakturę. Ale to nigdy nie będzie sztuka! Sztuka, zwłaszcza będąca wyrazem życia duchowego, wymaga przeżycia. A to narzędzie, ta sztuczna inteligencja, nigdy niczego nie przeżyła i nie przeżyje. Za tym dziełem nigdy nie będzie kryła się żadna historia, żadna biografia, żadne doświadczenie. Będą tam wyłącznie zera i jedynki.

DEON.PL POLECA



Filozof Roman Ingarden wskazywał, że to odbiorca dopełnia (konkretyzuje) dzieło sztuki – że czytając książkę czy patrząc na obraz, wnosimy doń własną historię. Czytałem też o badaniach, gdzie ludzie nie wiedząc, kto jest autorem, odbierali obraz stworzony przez AI jako głębszy emocjonalnie niż dzieło człowieka. Czy nie można uznać, że wytwory AI są jednak sztuką, ponieważ ten status sztuki nadaje jej człowiek – odbiorca?

– To jest ważne pytanie, ale ja będę zdecydowanie stał przy tym, żebyśmy nie nazywali tego sztuką i żebyśmy o sztucznej inteligencji nie mówili jak o osobie. Ostatnio w naszej szkole Kostce uczniowie zadali mi pytanie: „Czy sztuczna inteligencja będzie zbawiona?”. Moja spontaniczna odpowiedź brzmiała: absolutnie nie! Sztuczna inteligencja to nie jest ktoś. Tam nie ma osoby, są tylko skomplikowane procesy obliczeniowe w maszynach. Tymczasem w powszechnym użyciu zbyt łatwo personifikujemy AI, mówiąc: „sztuczna inteligencja mi powiedziała” albo „zapytałem sztuczną inteligencję”.

Za tą personifikacją kryje się chyba zatarcie granicy między stwórcą a narzędziem...

– Właśnie. Przypomnijmy sobie to, co mówi nam Pan Jezus w Ewangeliach. Jezus mówi, że cały świat jest przypowieścią, która opowiada nam o Panu Bogu. Bóg jest Artystą, który stworzył najwspanialsze dzieło, a szczytem tego stworzenia jest człowiek. Osoby zakochane potrafią wpatrywać się w siebie godzinami. Z kolei opis w Księdze Rodzaju przedstawia Boga jako artystę, który stwarza świat i po każdym etapie czuje dumę. Znamienne są te słowa: „I widział, że to było dobre”. Bóg patrzy na swoje własne dzieło i sam mówi sobie: „Kurde, ale to jest dobre!”. Dokładnie to samo uczucie towarzyszy mamie, gdy ugotuje obiad dla dzieci i cieszy się, że im smakuje. Bardzo pięknie pisał o tym św. Jan Paweł II w swoim Liście do artystów – dokument absolutnie genialny, bo sam przecież był artystą.

Ubrudzić sobie ręce. Tęsknota za prawdziwym rzemiosłem

Z jednej strony obserwujemy ekspansję AI i mediów społecznościowych, a z drugiej strony wyraźny powrót do rzemiosła. Powstają setki szkół malowania ikon, ogromną popularnością cieszą się kursy kaligrafii. Z czego wynika ta tęsknota?

– Jesteśmy po prostu potwornie zmęczeni ciągłym scrollowaniem ekranów. Potrzebujemy robić coś własnymi rękami. Często mówię, że niezwykle ważne jest, aby mieć w życiu coś takiego, czym się ubrudzisz – czy to będzie pieczenie, gotowanie, malowanie czy rzeźbienie. Żyjemy dzisiaj w instagramowym świecie, który jest czyściutki, wyprasowany, świeżutki, jak wyprany w Perwollu. Ale przecież za każdym pięknym obrazem stoi pracownia, która jest po prostu upieprzona farbami! Praca ręczna i kontakt z materią stanowią autentyczne antidotum na cyfrowe przebodźcowanie.

Czyli bycie twórcą jest wpisane w samą naszą ludzką strukturę?

– Tak, Niemiecki filozof romantyczny Schelling uważał sztukę za samą esencję człowieczeństwa. I ja się z tym zgadzam: człowiek ma w swojej naturze zapisane to, że jest artystą, bo zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga-Artysty. Nikt nie rodzi się lekarzem czy adwokatem, ale bycie artystą mamy we krwi. Zanim dziecko nauczy się pisać – rysuje. Zanim zacznie mówić – śpiewa i wydaje dźwięki. Zanim zaczną pewnie chodzić – maluchy uprawiają rodzaj tańca współczesnego! To w nas płynie. Przypomina mi się nagrodzony Oskarami film „Rydwany ognia” z 1981 roku o dwóch biegaczach. Jeden z nich, bardzo wierzący chrześcijanin Eric Liddell, zastanawiając się nad wyjazdem na misje do Chin, wypowiada tam wspaniałe zdanie: „When I run, I feel God's pleasure” – „Kiedy biegam, czuję, że sprawia to Panu Bogu przyjemność”. Nie kiedy się modli na kolanach, ale kiedy biegnie! Sam przez długi czas nieśmiało zajmowałem się twórczością, aż w pewnym momencie poczułem, że to daje mi życie i że to sprawia Bogu przyjemność. I nie tylko dlatego, że tworzę sztukę religijną, ale dlatego, że jest to wyraz mojego życia duchowego. Sztuczna inteligencja, przy całej doskonałości swoich technik, nigdy nie będzie miała w sobie tego wewnętrznego ognia ani tej relacji z Bogiem.

Aukcje za pół miliona dolarów i kryzys piękna

Poszukajmy kontrargumentów. W 2018 roku w jednym z domów aukcyjnych wydruk atramentowy na płótnie, stworzony przez studentów z Paryża przy użyciu uczenia maszynowego, sprzedano za pół miliona dolarów. Krytycy pisali, że to sprzeczne z naturą sztuki, ale inwestorzy wyłożyli fortunę. Czy to nie dowód na zmierzch tradycyjnego pojęcia sztuki?

– Tu musimy dotknąć głębokiego kryzysu, w jakim znajduje się sztuka współczesna. Mówię to jako człowiek bez formalnego wykształcenia artystycznego, spoza tego środowiska: mam nieodparte wrażenie, że większość współczesnych artystów po prostu robi nas w konia! Dadaizm i słynny pisuar Marcela Duchampa były zrozumiałą reakcją na koszmar dwóch wojen światowych. Ale później zrobiono coś groźnego – od sztuki głównego nurtu całkowicie oderwano kategorię piękna. Idziemy do galerii sztuki współczesnej i oglądamy rzeczy, które wprawdzie coś wyrażają i kryje się za nimi długa historia, ale nie ma w nich za grosz piękna. A pamiętajmy, że piękno jest wartością duchową!

Gdzie w takim razie uciekło piękno, skoro nie ma go w galeriach?

– Przejęli je designerzy. Piękne mają być teraz rzeczy użytkowe – okulary, zegarki, krzesła. A sztuka została zabunkrowana w galeriach i przestała służyć ludziom. Kto chce płacić za oglądanie rzeczy po prostu brzydkich? Doskonałym przykładem jest „Czarny kwadrat na białym tle” Malewicza z 1915 roku. On nie wisiał na wysokości oczu, tylko wysoko w narożniku – dokładnie tam, gdzie w prawosławnych domach wiesza się ikony. Miał być ikoną nowej sztuki. Czekamy, aż ktoś wreszcie przekłuje ten balon i powie, że potrzebujemy powrotu piękna.

DEON.PL POLECA

Od Biblii pauperum po cyfrową alegorię

Dawniej sztuka pełniła rolę Biblii pauperum – była powszechnie zrozumiałym językiem. Dlaczego tamten język zanikł?

– Bo straciliśmy język symboliczny na rzecz alegorii. Symbol to nie jest potoczne znaczenie czegoś małego. Jak uczył kardynał Joseph Ratzinger w kontekście liturgii, symbol uczestniczy w rzeczywistości, na którą wskazuje. Greckie symbolon oznaczało dwie połówki przełamanego przedmiotu – gdy przychodziłeś do banku i połówki się stykały, wiedziano, że ty to ty. Symbol ma autentyczną wartość.

Dobrym obrazem są obrączki ślubne. Nie chodzi o wartość złota. Niedawno w moim domu rodzinnym miało miejsce włamanie i skradziono obrączkę ślubną mojej mamy. Strata nie polegała na utracie tysiąca czy dwóch tysięcy złotych za kruszec, ale na utracie nośnika ponad 40 lat małżeńskiej historii, relacji i wspólnego życia.

– W starożytności czy średniowieczu symbole miały niezwykłą głębię... W chrześcijańskich bestiariuszach paw był symbolem zmartwychwstania i nieśmiertelności, bo wierzono, że jego mięso się nie psuje. Jeż był symbolem sprytnego złodziejaszka, który zakradał się do winnicy, potrząsał krzewem, turlał po winogronach i zanosił je młodym – łączył spryt z troską. Dziś jeż kojarzy się raczej z dylematem Schopenhauera: pragniemy bliskości, ale gdy się zbliżamy, kłujemy się kolcami. Tracimy umiejętność czytania symboli.

Marek Blaza SJ zażartował kiedyś podczas zajęć na których uczyliśmy się przed święceniami odprawiania Mszy, że niektóre obrzędy, które zostały wprowadzone do liturgii, jako jej objaśnienie, trzeba dzisiaj ludziom… objaśniać.

– Nasz umysł stał się leniwy i woli proste alegorie. Jak mawiała pewna mistyczka z Opola, musimy czasem puknąć się w głowę patelnią, żeby zabrzmiało echo puknięcia i żebyśmy zorientowali się w tym absurdzie!

Puste ściany czy sakrament patrzenia? O łamaniu przykazań i ikonie

To zjawisko widać też w architekturze sakralnej. Współczesne kościoły bywają surowe, mają puste ściany, albo wiszą w nich plastikowe drogi krzyżowe i tandetne wydruki z AI...

– Sztuka romańska była prawdopodobnie szczytem złączenia teologii, architektury i sztuki. Nawy prowadziły do półkolistej absydy, która symbolizowała szeroko wyciągnięte ramiona Ojca czekającego na nas. Krzyż wisiał na środku, bo nie był ostatnim słowem – ostatnim słowem są ramiona Ojca. Współczesne, minimalistyczne kościoły bywają projektowane przez ludzi niewierzących, którzy zupełnie nie rozumieją chrześcijaństwa. A przecież ściany budynku są autoportretem wspólnoty! Jeśli są puste albo wiszą na nich plastikowe stacje drogi krzyżowej, to co to o nas świadczy?

Ale czy puste ściany nie mogą być wyrazem duchowości na miarę hiszpańskich mistyków? Bóg jest tajemnicą, jest niepoznawalny, a każde ujęcie w obraz go spłaszcza, zamyka w naszym ograniczonym spojrzeniu. Pustka pokazuje, że Bóg przekracza nasze pojęcia, a konkretyzuje się na ołtarzu w Eucharystii.

– Zapominamy wtedy o tajemnicy Wcielenia! Bóg stał się człowiekiem. Spór o ikonoklazm, czyli walkę z obrazami, został uroczyście rozstrzygnięty na II Soborze Nicejskim w 787 roku. Ogłoszono wówczas, że w kościołach nie tylko mogą, ale muszą znajdować się przedstawienia Chrystusa, Matki Bożej i świętych. Teologia ikony mówi o „sakramencie patrzenia”. Ikona jest oknem do zbawionego świata. Jeśli patrzę przez to okno, to po drugiej stronie Ktoś patrzy również na mnie. Puste ściany pozbawiają nas tej relacji.

Różne szkoły duchowości inaczej rozkładały akcenty. Św. Teresa z Avila czy św. Jan od Krzyża szukali Boga ukrytego w ciemności. Jan Paweł II w poemacie „O Bogu ukrytym” pisał genialnie o kontemplacji: „Z wolna słowom odbieram blask...”. Z kolei św. Ignacy Loyola w Ćwiczeniach Duchowych nakazywał uruchamiać całą wyobraźnię i zmysły. Św. Teresa pewnie uznałaby, że nasz ojciec założyciel nie umie się modlić…

– To pokazuje zachwycającą powszechność Kościoła – jest w nim miejsce dla każdego. Ja sam uwielbiam malarstwo Caravaggia. U niego ciemność nie jest tylko tłem, ale pełnoprawnym bohaterem obrazu. Istnieją zresztą różne kolory ciemności: czym innym jest czerń żyznej ziemi, czym innym czerń mocnego espresso, czym innym czerń depresji czy żałobnego kiru, a czym innym ciemność dająca bezpieczny spoczynek. Kiedy w zeszłym roku miałem zrobić czarno-białe ilustracje do książki i poszedłem kupić akwarele, okazało się, że jeden producent robi aż sześć różnych czerni! Różnią się odcieniem, kryciem i granulacją. Akwarela to wspaniały nauczyciel życia duchowego. Malowanie nią znajduje się na granicy tego, co mogę opanować, i chaosu, który wnosi woda. Rozlana plama uczy nas, że nie nad wszystkim w życiu jesteśmy w stanie zapanować. To lekcja akceptacji braku kontroli.

Strajk włoski algorytmu. Czy AI to nowy Skynet, czy tylko pędzel?

Sztuczna inteligencja tworzy kolarze z tego, co już było. Sławomir Shuty wydał kiedyś książkę posklejaną z fragmentów innych tekstów – kolaż intertekstualny, którego – przyznaję bez bicia – nie dało się czytać. Czy AI nie robi dokładnie tego samego? A z drugiej strony: czy AI to nie jest po prostu nowe narzędzie, jak pędzel czy aparat fotograficzny?

– Pędzel nigdy nie zaproponuje ci czterech wersji obrazu w 30 sekund! Człowiek malujący pędzlem ma za sobą długą drogę praktyki, kunsztu i nauki pod okiem mistrza, jak w słynnych florenckich cechach z czasów Leonarda da Vinci. Do wpisania prompta nie potrzeba kunsztu.

Nie zgodzę się. Dobre prompterstwo wymaga głębokiego namysłu. Sztuczna inteligencja ma mentalność „strajku włoskiego” – robi dokładnie i bezdusznie to, co jej każesz. Kreatywność leży w prompcie!

– Sam korzystam ze sztucznej inteligencji, pomaga mi w pracy w szkole i dostrzegam jej zalety. Ale uważam, że sfera twórcza powinna pozostać domeną ludzką. To narzędzie jest zbyt aktywne i może zdominować oraz przejąć proces twórczy. Naukowcy, jak Jan Betley w USA czy Jacob Coxon z Anthropic, ostrzegają, że rozwój AI niesie ze sobą egzystencjalne zagrożenia dla ludzkości.

Słynna badaczka Margaret Boden już w 2009 roku podzieliła kreatywność na kombinacyjną, eksploracyjną i transformacyjną. AI radzi sobie z dwoma pierwszymi typami, ale nigdy nie osiągnie kreatywności transformacyjnej – tworzenia zupełnie nowych reguł poza bazą danych. Tam brakuje natchnienia. Immanuel Kant w „Krytyce władzy sądzenia” pisał, że prawdziwy artysta sam nie wie, skąd biorą się jego idee i na czym polega jego szał twórczy...

– Ja wiem, skąd bierze się natchnienie. Ono wychodzi z mojego wnętrza, a w moim wnętrzu jest Pan Bóg, który mnie inspiruje. Sztuczna inteligencja nigdy nie będzie miała dostępu do tej przestrzeni.

Czy trzeba cierpieć, by stworzyć arcydzieło? AI nie potrafi cierpieć, bo nie jest osobą.

Czy cierpienie jest konieczne do stworzenia prawdziwej sztuki? Nie boisz się mówić publicznie o swoim doświadczeniu depresji. Czy to trudne doświadczenie zmieniło Cię jako artystę?

– Nie wiem, czy dzięki depresji jestem lepszym artystą, ale na pewno jestem dzięki niej lepszym księdzem. Cierpienie jest nieodłączną częścią naszego życia. Unikanie go za wszelką cenę – co widzimy po uginających się od leków przeciwbólowych półkach w sklepach – jest zaprzeczeniem części naszego człowieczeństwa. Chrystus także cierpiał i dobrowolnie przyjął to cierpienie w Ogrójcu oraz na Drodze Krzyżowej.

Ale cierpienie chyba nie jest celem samym w sobie?

– Cierpienie jest drogą, a nie celem. Gdyby było celem, życie nie miałoby sensu. Ostatnim słowem chrześcijaństwa nie jest krzyż, ale poranek wielkanocny, pusty grób, zmartwychwstanie i dom Ojca. Emil Cioran czy Fryderyk Nietzsche pisali, że cierpienie pozwala człowiekowi wyjść na wyżyny ludzkiego ducha. Nietzsche mówił też o śmierci Boga – ale On nie pisał, że Bóg po prostu nie istnieje, tylko że myśmy Go zabili naszymi własnymi bożkami.

Czy konkluzja tej rozmowy może być taka, że tylko człowiek, ze swoją unikalną biografią, zdolnością do miłości, doświadczeniem cierpienia i żywą relacją z Bogiem, nosi w sobie prawdziwą iskrę twórczą?

– Nie dajmy się uśpić technologicznym skrótom. Twórzmy, brudźmy sobie ręce farbą i szukajmy prawdziwego piękna, bo jak pisał św. Augustyn: „Późno cię umiłowałem, Piękności tak dawna a tak nowa!”. To piękno ostatecznie prowadzi nas prosto do Boga.

Całość rozmowy w Podcaście Jezuickim:

Przemek Wysogląd SJ - ksiądz, rysownik, autor komiksu "Kostka", duszpasterz młodzieży w Opolu. Prowadzi bloga "Wiara rodzi się z patrzenia".

Absolwent filologii polskiej, dziennikarstwa i teologii. Pracował w Gazecie Częstochowskiej, Radiu Jasna Góra i Radiu Watykańskim. Obecnie dyrektor jezuici.pl, autor Podcastu Jezuickiego i Męskiego Punktu Widzenia. Jego pasją i sposobem na relaks jest czytanie książek i jazda na rowerze.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Musisz ubrudzić sobie ręce. Dlaczego maszyny nigdy nie stworzą prawdziwej sztuki?
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.