Współczesne Święte Rodziny. Wojna to najgorszy czas na macierzyństwo

Współczesne Święte Rodziny. Wojna to najgorszy czas na macierzyństwo
(fot. Orlok / Shutterstock.com)
2 lata temu

Dziewczynka urodziła się dwa lata temu. To znaczy, że rodzice musieli wiedzieć o jej rychłym pojawieniu się na świecie, kiedy pod osłoną nocy wyruszali w drogę z Rakki do Damaszku. Czy to dlatego po przeszło roku wahania nagle zapadła decyzja o tym, żeby wszystko sprzedać i poszukać bezpieczniejszego miejsca do życia?

To była jedna z pierwszych rodzin, o których usłyszałam po przyjeździe do Syrii. Jej historię poznałam niedługo po dotarciu do Damaszku. Kiedy Karam i Halima uciekali z małej miejscowości w okolicach Rakki, do Damaszku szli pieszo 6 dni. Był rok 2015, a oni nie mieli pozwolenia, aby opuścić strefę zajmowaną przez Państwo Islamskie w Syrii. Dlatego z dnia na dzień znaleźli kupca na swoje rolnicze gospodarstwo i pod osłoną nocy wraz z dziećmi ruszyli w drogę. Odtąd byli IDP - osobami wewnętrznie przesiedlonymi, uchodźcami wewnętrznymi.

Wcześniej przez ponad rok Karam bił się z myślami. Nie chciał opuszczać swojego domu, bo niby gdzie miał iść? Ale wraz z żoną codziennie bał się o dzieci. Jego bracia wyjechali z Syrii, kiedy tylko okazało się, kto przejmie kontrolę nad regionem. Część rodziny uciekła do Libanu, część do Jordanii. Od nich wiedział, że tam również nie mają czego szukać. Za granicą nie mieli ani pozwolenia na pracę, ani gdzie mieszkać. Karam czasem przez telefon słuchał, jak jego bracia gasną w obozach dla uchodźców po drugiej stronie granicy.

Jednak po kilku miesiącach mieszkania nieopodal stolicy tak zwanego kalifatu już dość się napatrzyli. Na egzekucje pojmanych przeciwników nowej władzy jako publiczność siłą spędzano okolicznych mieszkańców. Kazano im patrzeć na śmierć tych, którzy odważyli się podnieść rękę na ekstremistów. Kiedy w okolicy pojawiły się wieści, że w ramach lekcji na egzekucje bojownicy Państwa Islamskiego zaczną przyprowadzać także szkolne dzieci, Karam i Halima podjęli ostateczną decyzję.

"Nie mogliśmy pozwolić na to, aby fanatycy zaczęli prać mózgi naszym dzieciom" - mówił Karam. Opowiadał o tym, jak po wielu pogróżkach ze strony bojowników Państwa Islamskiego, że każdy chłopiec pod groźbą kary ma się obowiązkowo stawić na zajęciach, z drżeniem puścili do szkoły swojego 8-letniego syna, Abdullaha. Domyślali się, że chłopcy będą szkoleni na żołnierzy kalifatu. Za to ich córka, 11-letnia Wiam, nie mogła odtąd uczęszczać na zajęcia. Kobiety, także te najmłodsze, miały odtąd zostawać w domu. "Nikt bez uzasadnienia i pisemnego zezwolenia nie mógł opuścić Rakki" - wspomina Karam. "Ucieczka była naszym jedynym wyjściem" - mężczyzna mówiąc, nerwowo pocierał ciemne, spracowane dłonie.

Na początek czekało ich 6 dni marszu bez żadnej gwarancji, że w nowym miejscu będzie im lepiej. W stolicy nie znali nikogo. Jako rolnicy, przyzwyczajeni do życia z tego, co wyhodowali, nie wiedzieli, jak odnaleźć się w wielkim mieście. Mieli problemy ze znalezieniem mieszkania i pracy. Zresztą już wtedy Damaszek pęczniał od uchodźców. Kto tylko mógł, uciekał do stolicy, która chociaż sparaliżowana strachem, jeszcze dawała złudne poczucie bezpieczeństwa. Miejscowi za wygórowane sumy wynajmowali przybyłym z różnych części Syrii każdą ledwo nadającą się do zamieszkania dziurę. Z powodu wysokich cen i braku miejsca jedno mieszkanie w jeszcze nieukończonym bloku - bez drzwi i okien, z cienkim dywanem na gołym betonie - zajmowały po dwie lub trzy rodziny.

Po ucieczce do Damaszku dzięki interwencji organizacji humanitarnych udało się znaleźć miejsce w szkole dla Wiam i Abdullaha. Dzieci trafiły do klas wyrównawczych z powodu braków w edukacji spowodowanych pozostawaniem na terytorium zajętym przez ekstremistów.

Odwiedziłam ich w dzielnicy, która nawet przed wojną była znana jako slumsy Damaszku. Po kilku latach konfliktu znajdujące się tam budynki niemal zapadły się w błoto.

Kiedy weszłam do zimnego pomieszczenia, Wiam i Abdallah odrabiali lekcje na betonowej podłodze przykrytej przybrudzonym, tureckim dywanem. Na środku jedynego zajmowanego przez rodzinę pokoju znajdował się mały, olejowy piec. Pod ścianami kilka materaców, jedna niska szafka i telewizor. Wnękę, w której powinno znajdować się okno, przykrywał gruby, drapiący koc z niebieskim logiem Biura Wysokiego Komisarza do spraw Uchodźców ONZ. U sufitu na białym kablu zwisała samotna żarówka.

"Nie mogłam patrzeć na ten zimny mur" - wprowadzając mnie do pokoju, Halima skrzywiona wskazywała na ściany wokół siebie. "Dlatego przykryliśmy go tym, co było: kolorowymi zasłonami i tymi kawałkami materiału, których nie zdążyliśmy spalić w piecu. Przynajmniej w niektórych miejscach nie widać prześwitującego betonu" - dodała.

Na piecyku grzała się woda. Halima zalała herbatę w szklankach z grubym dnem. Podała każdemu herbatę i usiadła pomiędzy dziećmi, mi wskazując honorowe miejsce przy piecyku.

Nagle z materaca w samym kącie zerwał się rumiany maluch w żółtym sweterku. Najpierw uśmiechnięty podszedł kilka kroków do Halimy, a potem zauważając przy piecu nieznajomą twarz, resztę drogi dzielącej ją od matki pokonał biegiem. Zaraz, zaraz… Czy to ja o kimś zapomniałam, czy w ich historii o przeprawie z Rakki do Damaszku nigdzie nie pojawiało się trzecie dziecko? Dwoje rolników, dwójka dzieci, dwa miasta, sześć dni drogi. Żadnych niemowląt. Kiedy ja usiłowałam połączyć fakty, dziewczynka zadowolona gramoliła się na kolana matki.

"Szam urodziła się dwa lata temu, zaraz po tym, jak już przenieśliśmy się tutaj" - Karam tłumaczy zakłopotany. Po raz pierwszy widziałam jego uśmiech. "Dlatego tak daliśmy jej na imię. Szam to po syryjsku Damaszek" - dodaje.

Dziewczynka urodziła się dwa lata temu. To znaczy, że rodzice musieli wiedzieć o jej rychłym pojawieniu się na świecie, kiedy pod osłoną nocy wyruszali w drogę z Rakki do Damaszku. Czy to dlatego po przeszło roku wahania nagle zapadła decyzja o tym, żeby wszystko sprzedać i poszukać bezpieczniejszego miejsca do życia?

Nigdy nie zadałam tego pytania Karamowi i Halimie, bo w sekundzie dwuletnia dziewczynka pochłonęła uwagę wszystkich w pomieszczeniu. Naraz skończyły się rozmowy o smutnej dzielnicy, o betonowym pudle, w którym mieszkali, o tym, jak ciężko znaleźć pracę w przeludnionym mieście ogarniętym konfliktem. Zniknęła przytłaczająca ciemność ich jedynego pokoju. Wszyscy wzrokiem śledzili żółty sweterek.

Szam okazała się brakującym elementem tej historii. A dla rodziny podwójnym nowym początkiem - nowe dziecko, nowe miasto. Nowe, wciąż niesamowicie trudne, ale już inne życie. Po narodzinach dziewczynki troska o jej dobro była silniejsza niż ciężar życia po migracji. Jej dziecięcy śmiech ogrzewał bardziej niż olejowy piec. Chociaż zaczęła życie z etykietką osoby przesiedlonej, dla swoich rodziców i rodzeństwa była słońcem, motorem do działania i ratunkiem przed zapadnięciem się w rozpacz nad utratą wszystkiego. Trzeba było dać radę i zacząć od nowa. Dla Szam.

Anna Wilczyńska - arabistka, twórca bloga islamistablog.pl. Zajmuje się islamem i arabskojęzycznymi cudzoziemcami w Polsce. W 2017 roku przy współpracy organizacji humanitarnych odwiedziła Syrię

___________________________________________________________________________________________________________________________________________

 

Rodzic. To nie takie proste

Jest taki jeden moment w życiu, w którym radość i zwątpienie są jak nierozłączne siostry. Pomagają ci zrozumieć wyjątkowość tej chwili. To wtedy, gdy dowiadujesz się, że zostałeś rodzicem. Nawet jeśli twoje dziecko jest wciąż bezimienne i mierzy kilka milimetrów - czujesz, że świat już na zawsze się zmienił. Snujesz plany pełne nadziei i wątpliwości. Rzeczywistość gorzko weryfikuje wiele z nich. Miało być inaczej… - czyjeś dziecko urodziło się chore; inne nie narodziło się wcale; wiele matek zaskoczyła wojna, musiały rodzić na morzu. To samo czuła młoda żydowska dziewczyna, Maria - radość i zmieszanie. Kim będzie to dziecko, jakie ono będzie? Co powie mój mąż? Nie przypuszczała, że urodzi w stajni.

Młodzi małżonkowie rozpoczynając wspólne życie, mają tylko swoją nadzieję i żadnych pewników. Każdy dzień wystawia ich miłość i przysięgę na próbę. Niektórzy się poddają, inni w tych trudnych doświadczeniach uczą się znajdować szczęście tam, gdzie się go zupełnie nie spodziewali. W naszym adwentowym cyklu reportaży pokażemy ci, że bycie rodzicem to jedna z najbardziej nieoczywistych życiowych ról.

___________________________________________________________________________________________________________________________________________

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Grażyna Jagielska
24,43 zł
34,90 zł

Reportaż wojenny z wnętrza kobiecego świata

On był ciągle w drodze, w centrum krwawych wydarzeń. Spotykał się z wojskowymi dowódcami, mordercami i lokalnymi watażkami. Kolekcjonował pamiątki od nich, a po powrocie do kraju otrzymywał dziennikarskie...

Skomentuj artykuł

Współczesne Święte Rodziny. Wojna to najgorszy czas na macierzyństwo
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.