Obłęd, świętość i dzieje pewnego obrazu

Obłęd, świętość i dzieje pewnego obrazu
(Fot. S. Albertynki)
Sebastian Duda

Niektórzy w zmaganiach prowadzących do świętości będą widzieli obłęd. Za obłąkanych często też uważa się wybitnych artystów. Św. Brat Albert dobrym jest tu przykładem.

Męczyła mnie niedawno znajoma feministka w sprawie różnicy między religijnym obłędem a "autentycznym" czy też "wartym refleksji" przeżyciem mistycznym. Ba, gdybym to ja naprawdę powiedzieć, czym w istocie jedno od drugiego się różni. Myślę za to, że taka np. siostra Faustyna byłaby dziś – przy wyraźnej zgodzie ogółu i episkopatu Polski - czym prędzej ze swoimi wizjami wysłana do Tworek i świat nie bardzo miałby okazję dowiedzieć się czegoś ważnego o miłosierdziu jako najważniejszym boskim przymiocie. Mnie zresztą bardzo denerwowało, gdym był jeszcze mało uczony, że Jezus „Dzienniczku” Faustyny Kowalskiej wypowiada się niegramatycznie i - o zgrozo! - nieortograficzne. Oburzenie przeszło mi trochę, kiedy - podszkolony tu i ówdzie -zobaczyłem, co święty Jan wyprawia ze szlachetną greką w swojej Apokalipsie. Polszczyzna Jezusa w „Dzienniczku” siostry Faustyny jest przy tym naprawdę perłą wspaniałego stylu.

DEON.PL POLECA



Malarz, który został świętym

Zdarza mi się czasem, gdy bywam w Krakowie, zaglądać na Prądnik Czerwony, na ulicę Woronicza – do kościoła sióstr albertynek. Znajduje się tam obraz „Ecce Homo” – wizerunek umęczonego Chrystusa w koronie cierniowej, którego po ubiczowaniu ukazuje Piłat rozwrzeszczanej gawiedzi. Czerwony płaszcz opada z ramion Jezusa tak, że na jego poranionej piersi zarysowuje się duże serce. Namalował to dzieło, jak wiadomo, Adam Chmielowski czyli Brat Albert.

Do 35 roku życia rozpościerał się nad nim nimb sławy cenionej w Polsce najbardziej. Był nie tylko powstańcem styczniowym (w tym tyleż beznadziejnym co pięknym zrywie stracił nogę), ale i malarskim zdolniachą z nadziejami na artystyczną wybitność. Dość powiedzieć, że do przyjaciół i admiratorów Adama Chmielowskiego należeli nie tylko najwybitniejsi polscy malarze - Józef Chełmoński, Aleksander Gierymski, Józef Brandt, ale również i sławna aktorka Helena Modrzejewska. Kiedy więc nagle Adam postanowił wstąpić do nowicjatu jezuitów, wywołało to wśród naszych kulturalnych elit wielki szok. Mało kto poważnie traktował jego uskarżanie się na „wewnętrzną pustkę”. A on od ponad roku malował już przecież swoje najsłynniejsze, zagadkowe nigdy nieukończone dzieło – właśnie „Ecce Homo” Swoją decyzję o wstąpieniu do zakonu Chmielowski objaśniał, pisząc do Heleny Modrzejewskiej, w sposób następujący:

- Już nie mogłem dłużej znosić tego złego życia, którym nas świat karmi, nie chciałem już dłużej tego ciężkiego łańcucha nosić. Świat, jak złodziej, wydziera co dzień i w każdej godzinie wszystko dobre z serca, wykrada miłość dla ludzi,- wykrada spokój i szczęście, kradnie nam Boga i niebo. Dla tego wszystkiego wstępuję do zakonu; jeżeli duszę bym stracił, cóż by mi zostało.

Artystyczna sława zdała się nagle miałka. Co więcej, Chmielowski najwyraźniej uświadomił sobie, że sztuka z towarzyszącym jej środowiskowym blichtrem może być główną przeszkodą w osiągnięciu duchowej dojrzałości:

- Sztuka i tylko sztuka, byle jej uśmiech albo cień uśmiechu, byle jedna róża z wianka bogini, bo z nią sława i dostatek, i osobiste zadowolenie - mniejsza o resztę; gubi się w szalonej gonitwie rodzinę, moralność, ojczyznę, związek z Bogiem, gubi wszystko, co dodatnie i święte - lata uciekają, organizacja fizyczna niszczeje, a z nią i talent tak zwany - zostaje tylko rozpacz albo idiotyzm na dnie czaszki - poza tym śmierć - ale żeby tylko śmierć i nicość, ale i to nie, bo dusza nie umiera nigdy.

Ciekawe, co mogła sądzić o Chmielowskim Modrzejewska, przeczytawszy te słowa? Pewnie, jak i inni przyjaciele Chmielowskiego, posądzała go po prostu o obłęd „na tle religijnym”.

 

W sukurs przypuszczeniom artystów przyjaciół Adama Chmielowskiego poszli zresztą jezuiccy przełożeni nowicjatu, którzy co prędzej posłali rozbudzonego religijnie do słynnego szpitala psychiatrycznego na Kulparkowie we Lwowie. Chmielowski, wstępując do jezuitów, złożył sobie przyrzeczenie, iż nigdy nie będzie już palił cygar. W pewnym jednak momencie – podczas wewnętrznych, klasztornych rekolekcji – sięgnął po niedopałek papierosa. Wywołało to wielkie wyrzuty sumienia i poczucie winy, którego nie byli w stanie opanować ani sam Adam, ani czcigodni rekolekcjoniści.

Chmielowski w wielkim smutku mówił im, że jest już potępiony na wieki i że nie ma dla niego ratunku. Biografowie Brata Alberta dokopali się do dokumentów z kulparkowskiego szpitala. Okazało się, że psychiatrzy stwierdzili u chorego melancholię, hipochondrię, lęk, przeczulicę psychiczną oraz nade wszystko obłęd religijny. W historii choroby Chmielowskiego można przeczytać iż: „wystąpiła zrazu z licznymi wyrzutami sumienia, potępianiem się, własną trwogą przed niechybną śmiercią, wiecznym potępieniem, niegodnością należenia do jezuitów”. To, co dla jednych jest oznaką świętości, dla wielu bywa symptomem poważnych psychicznych zaburzeń. Być może Brat Albert miał szczęście, iż urodził się w czasach, gdy rozwój psychiatrii nie był jeszcze zbyt daleko posunięty. To samo można zresztą pewnie i powiedzieć o siostrze Faustynie Kowalskiej

Adam Chmielowski widział później w swych rekolekcyjnych zmaganiach duchową mękę a nie psychiczną chorobę:

- Byłem przytomny, nie postradałem zmysłów, ale cierpiałem okropne męki i najstraszliwsze katusze; torturowały mię przerażające skrupuły.
Wypuszczono go z psychiatrycznego szpitala tylko dlatego, że interweniował osobiście Józef Chełmoński. Adam zamieszkał u swego brata na Podolu. Duchowej udręki pozbyć się jednak nie potrafił. Skrupuły i rozpacze nie ustępowały. Cierpienie wewnętrzne w ogóle nie było dla otoczenia zrozumiałe. Chmielowski nie odzywał się do nikogo, na całe dni zamykał się w swoim pokoju, nie wychodził nawet do kościoła na mszę. Targały nim poczucie beznadziei i trwoga. Być może przeżywał wtedy to, co najsłynniejszy hiszpański mistyk - św. Jan od Krzyża nazywał „nocą ciemną”. Chciał kochać Boga, porzucając dla niego wszystko, a miał wrażenie, że Bóg go odrzucił.

Stan ten trwał miesiącami, aż wreszcie, zupełnie niespodziewanie, pomoc nadeszła od prostego wiejskiego proboszcza. Adam porozmawiał z nim. Ten go wyspowiadał i polecił iść do komunii. Ów podolski – można mniemać, że tyleż pobożny, co raczej słabo wykształcony, proboszcz zwrócił uwagę Chmielowskiego na tercjarstwo św. Franciszka z Asyżu, tj. zgromadzenie świeckich katolików chcących naśladować przykład „biedaczyny z Asyżu”. Uznany malarz, skoro nie mógł zostać księdzem, postanowił być wędrownym kaznodzieją szerzącym tercjarstwo wśród ludu wiejskiego. Po miesiącach wewnętrznych zmagań próbował na nowo malować obrazy, ale zaczął też odnawiać kościoły, przydrożne kapliczki i święte figury na Podolu.
Zwrócił tym samy na siebie uwagę władz carskich. Był dla nich nie tyle stuknięty, co, jako były powstaniec, niebezpieczny. Chmielowskiego zaczęto nękać, tak że Adam zdecydował się w końcu udać do Krakowa.

Tam – przy ulicy Basztowej – urządził sobie pracownię malarską. Wciąż próbował sztukę tworzyć, ale coraz częściej zapraszał do siebie krakowskich nędzarzy i żebraków. Coraz częściej też udawał się na krakowski Kazimierz, na którym nie tylko mieszkała stara, żydowska społeczność, ale i chmara. wszelkiej maści społecznych wyrzutków. Bezdomni, alkoholicy, nędzarze, tanie prostytutki i opryszkowie nocowali w tzw. „Ogrzewalni” na rogu ulic Krakowskiej i Skawińskiej. Chmielowski postanowił regularnie przynosić trochę jedzenia biedakom. Szybko jednak przekonał się, że żadna forma filantropii w tak tragicznej sytuacji nie może być skuteczna. I zdał sobie sprawę, iż trzeba z cierpiącymi szukać wspólności w cierpieniu:
Żeby podeprzeć kulawy stół – mawiał później - nie można go z góry obciążać; pochylić się trzeba i z dołu podeprzeć. To samo z nędzą ludzką. Chcąc ratować nędzarzy, nie należy obarczać ich napomnieniami, ani prawić morałów, będąc samemu sytym i dobrze ubranym: trzeba się stać nędzniejszym od najnędzniejszego, aby go dźwignąć.

Obłąkany święty

Postanowił zamieszkać w kazimierskiej „Ogrzewalni” z nędzarzami. Była to duża sala, pełna smrodu i robactwa. Przez środek przechodziła rura od stojącego na zewnątrz pieca. Ponad 200 osób tłoczyło się w strasznym zaduchu. Na podłodze leżeli obok siebie ludzie różnego wieku i pokroju, również nastoletnie łobuzy i małe dzieci. Ławy pod ścianą zarezerwowane były jednak dla złodziei i innych przedstawicieli krakowskiej elity rzezimieszków. Raz po raz wybuchały awantury, w powietrzu unosiły się przekleństwa i krzyki bitych. Chmielowski widział to wszystko a mimo to uważał, iż jego miejsce jest właśnie w tej brudnej sali, będącej siedliskiem największego zła i grzechu.

25 sierpnia 1887 roku, siedem lat po swojej pierwszej próbie wstąpienia do jezuitów, Adam Chmielowski przywdział habit tercjarski w Kaplicy Loretańskiej u Kapucynów w Krakowie, przyjmując imię Albert. Jego przykład porwał innych. Wokół Brata Alberta gromadzą się mężczyźni i kobiety, którzy pragną mieszkać razem z nędzarzami i pomagać mu w dziele. W rok po nałożeniu habitu Brat Albert złożył śluby zakonne na ręce kardynała Dunajewskiego, zakładając tym samym Zgromadzenie Braci Albertynów Posługujących Ubogim. Po trzech latach powstała również żeńska gałąź tego zakonu.

 

Kazimierska „Ogrzewalnia” stała się przytuliskiem. Naczelną zasada zgromadzeń albertyńskich zgromadzeń było (i jest) radykalne ubóstwo. Miało ono umożliwić uwolnienie się od posiadania i przywiązania do czegokolwiek, aby przez prosty styl życia i ciężką pracę bardziej zbliżyć się i upodobnić do nędzarzy. Drugą zasadą albertyńskich zgromadzeń miała być natomiast ofiarna, bezinteresowna służba ubogim. Wszystkie domy albertyńskie, podobnie jak kazimierską „Ogrzewalnię”, Brat Albert nazywał przytuliskami. Każdy będący w potrzebie, o każdej porze znajdował w nich dach nad głową, odzież i pożywienie. Albertyni i albertynki próbowali w przytuliskach stworzyć coś na kształt rodziny. Brat Albert mawiał, że, aby czuć z nędzarzami jakąkolwiek wspólność w cierpieniu, trzeba im „duszę dać”. Odwoływał się do słów wypowiedzianych przez Jezusa na noc przed śmiercią (wedle Ewangelii wg św. Jana 15,13): „Nie ma większej miłości nad tę, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”. „Życie” w tym miejscu to po grecku „dusza” – ten wymiar człowieczeństwa, bez którego niemożliwe jest wczucie się w położenie innych.

No i co – autentyczne to dobro, czy raczej wielkie wariactwo?

Ecce homo

Siostry albertynki twierdzą, iż wiedzą, dlaczego Brat Albert nigdy nie ukończył obrazu „Ecce Homo”. W zdeprawowanych twarzach żebraków i włóczęgów – piszą w broszurze - dostrzegł Znieważone Oblicze Chrystusa. Doświadczywszy tego zrozumiał, że swojego obrazu na płótnie już nie dokończy, lecz będzie odnawiał wizerunek Boga w człowieku zdeprawowanym i odepchniętym przez innych. W zdeprawowanych twarzach żebraków i włóczęgów Brat Albert dostrzegł Znieważone Oblicze Chrystusa. Doświadczywszy tego zrozumiał, że swojego obrazu na płótnie już nie dokończy, lecz będzie odnawiał wizerunek Boga w człowieku zdeprawowanym i odepchniętym przez innych.

Koleje losów niedokończonego obrazu „Ecce Homo” były zresztą niesamowite. Gdy zobaczył go Andrzej Szeptycki, greckokatolicki metropolita Lwowa, cieszący się dziś wielką czcią na Zachodniej Ukrainie, tak długo męczył Brata Alberta, aż ten zdecydował się dzieło swe mu oddać (ciekawym, czy jest to fakt znany ukraińskim grekokatolikom).

Co się działo później? Albertynki piszą następująco:

- Ten najlepszy z obrazów św. Brata Alberta pozostał we Lwowie. W 1939 roku znalazł się na Wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie. Szeptycki, pod koniec swego życia przekazał go do Muzeum Archidiecezjalnego pod opiekę studytów - mnichów bazyliańskich. Według relacji Brata Starszego Bonawentury Mroza, bracia albertyni prosili Metropolitę o odstąpienie im tego obrazu, ale odmówił, ofiarując w zamian jego kopię (nie wiemy, czy udaną). Bracia, po wojnie opuszczając w pośpiechu Lwów, kopii tej ze sobą nie zabrali. Studyci zostali rozproszeni, a zbiory archiwalne dostały się do Muzeum Sztuki Ukraińskiej we Lwowie przy ul. Drahomanowa.

Po II wojnie światowej nikt nie wiedział, co się stało z obrazem „Ecce Homo”. Można było przypuszczać, że został zniszczony w zawierusze wojennej przez Sowietów. Siostry albertynki próbowały różnych sposobów, by go odnaleźć, jednak bezskutecznie. We Lwowie mieszkała wychowanka sióstr, Olga Moskalewicz, z którą siostry nawiązały kontakt. Ona to, 7 lutego 1972 roku przekazała wiadomość, że po długich poszukiwaniach odnalazła obraz w Muzeum Ukraińskim i zorientowała się, że istnieje możliwość odzyskania go przez Zgromadzenie Sióstr Albertynek. Obraz ten jako religijny dla muzeum nie przedstawiał żadnej wartości, więc dyrektor wyraził chęć zamiany go na jakieś inne dzieło ukraińskiego malarza, np. Iwana Trusza. W trakcie poszukiwań okazało się, iż w DESIE znajdował się obraz tego malarza; przedstawiał krajobraz, cyprysy na tle zachodzącego słońca. Wyszukał go o. Władysław Kluz i zakupił 4 sierpnia 1972 roku

W lutym 1976 roku siostry otrzymały od pani Olgi ze Lwowa kolorowe zdjęcia i diapozytywy obrazu „Ecce Homo”. W marcu 1976 roku doc. Helena Blumówna i mgr Barbara Domańska oceniły obraz Trusza jako autentyczny i wartościowy. Dnia 5 marca 1976 roku siostry albertynki wysłały do radzieckiego Ministerstwa Kultury i Sztuki list polecony w sprawie wymiany obrazów. Dołączono fotografie obydwu obrazów oraz oświadczenie z Muzeum Narodowego w Krakowie.

2 kwietnia 1976 roku siostry otrzymały wiadomość ze Lwowa, że sprawa wymiany obrazów jest aktualnie omawiana. Dnia 13 lipca 1978 roku na wiadomość otrzymaną od pani Olgi zawiozły obraz Trusza do Warszawy i oddały go w Ministerstwie Kultury i Sztuki w ręce Jarosławy Szczepańskiej, która została wydelegowana do Lwowa w celu dokonania wymiany i przywiezienia obrazu „Ecce Homo”. Po udanej wymianie, 20 lipca 1978 roku - nie bez kłopotów i przygód - pani Szczepańska dotarła z obrazem 21 lipca do Przemyśla, gdzie skrajnie wyczerpana zatrzymała się w domu Sióstr Albertynek. Przekazanie obrazu miało miejsce następnego dnia, kiedy przybyły siostry z Krakowa i z wielką wdzięcznością odebrały cenną relikwię.

„Habent sua fata libelli” – mają swoje losy książki. Mają je też i obrazy.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Obłęd, świętość i dzieje pewnego obrazu
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.