Największe kłamstwo naszych czasów: "Nie potrzebuję nikogo"

Największe kłamstwo naszych czasów: "Nie potrzebuję nikogo"
fot. depositphotos.com

Walentynki. Święto miłości, które co roku dzieli ludzi na dwa obozy. Jedni publikują zdjęcia kwiatów i kolacji przy świecach. Drudzy odpowiadają ironią, dystansem i demonstracyjnym: "nie potrzebuję nikogo".

Brzmi dumnie. Brzmi dojrzale. Brzmi jak efekt terapii, pracy nad sobą i wyciągniętych wniosków z poprzednich związków. To zdanie nie ma w sobie dramatu. Nie ma desperacji. Jest chłodne, wyważone, pewne siebie.

DEON.PL POLECA


I właśnie dlatego tak łatwo w nie uwierzyć.

Tyle że ono rzadko opisuje rzeczywistość. Częściej opisuje mechanizm obronny. Bo "nie potrzebuję nikogo" to bardzo wygodna narracja w świecie, który panicznie boi się zależności. A zależność kojarzy się dziś z czymś podejrzanym. Z utratą kontroli. Z emocjonalnym uzależnieniem. Z zagrożeniem dla autonomii.

Współczesny ideał człowieka jest prosty: masz być kompletny sam w sobie. Stabilny, niezależny finansowo, emocjonalnie ogarnięty, z jasno postawionymi granicami. Masz nie wchodzić w relacje z braku. Masz nie "szukać połówki". Masz nie potrzebować – tylko wybierać.

Problem polega na tym, że w tej narracji potrzeba zaczyna być traktowana jak wada.

DEON.PL POLECA


Mówimy dziś o self-love, o pracy nad sobą, o dbaniu o swoje granice i bardzo dobrze. Tyle że gdzieś po drodze ta słuszna troska o siebie przekształciła się w kult samowystarczalności. Relacje mają być dodatkiem do naszego życia, a nie jego fundamentem. Mają pasować do planu. Nie generować za dużo napięcia. Nie wymagać zbyt wiele kompromisów.

Jeśli zaczynają kosztować – przestają być "zdrowe".

Efekt? Tworzymy świat, w którym łatwiej zakończyć relację niż ją naprawić. Łatwiej zniknąć niż zostać. Łatwiej powiedzieć "nie potrzebuję nikogo" niż przyznać "boję się, że jeśli pozwolę komuś się zbliżyć, to będę cierpieć".

To zdanie stało się dziś znakiem siły, bo daje iluzję kontroli. Jeśli nikogo nie potrzebuję, nikt nie ma nade mną władzy. Nikt nie może mnie zostawić. Nikt nie może mnie zranić.

Tyle że to iluzja.

Człowiek nie jest bytem jednoosobowym. Nie buduje swojej tożsamości w próżni. Nie rozwija się w izolacji. Nawet najbardziej "niezależny" człowiek funkcjonuje w sieci relacji: zawodowych, rodzinnych, przyjacielskich, społecznych. Nawet najbardziej introwertyczny indywidualista potrzebuje uznania, rozmowy, potwierdzenia swojej wartości.

"Nie potrzebuję nikogo" jest więc nie tyle opisem faktu, ile próbą odcięcia się od własnej natury.

To nie jest o miłości romantycznej

Walentynki prowokują do myślenia głównie o związkach. Ale problem jest szerszy. Coraz częściej nie potrzebujemy już nie tylko partnera. Nie potrzebujemy wspólnoty. Nie potrzebujemy autorytetów. Nie potrzebujemy korekty. Nie potrzebujemy zobowiązań.

Zaczynamy traktować relacje jak usługi. Jeśli spełniają oczekiwania – zostają. Jeśli nie – zmieniamy dostawcę.

Ta mentalność widać w przyjaźniach, które rozpadają się przy pierwszym konflikcie. W rodzinach, w których zerwanie kontaktu jest szybkim rozwiązaniem każdego napięcia. W środowiskach zawodowych, gdzie lojalność bywa traktowana jak naiwność.

Oczywiście, są sytuacje, w których trzeba odejść. Są relacje toksyczne, są przemocowe schematy, są granice, które trzeba postawić. Ale czym innym jest ochrona siebie, a czym innym systemowe wycofanie z ryzyka bliskości.

"Nie potrzebuję nikogo" często oznacza: nie chcę być od nikogo zależny. Nie chcę, żeby ktokolwiek miał realny wpływ na moje życie.

A wpływ jest wpisany w każdą prawdziwą relację.

Jeśli ktoś jest dla mnie ważny, jego słowa coś znaczą. Jego nieobecność boli. Jego decyzje mnie dotyczą. To nie jest słabość, to jest cena więzi.

Być może wychowujemy właśnie pokolenie ludzi, którzy perfekcyjnie zarządzają dystansem. Potrafią mówić o emocjach. Potrafią nazywać schematy. Potrafią analizować swoje traumy. Ale coraz trudniej przychodzi im zwykłe "zostaję". Bo zostanie oznacza rezygnację z pełnej kontroli.

Łatwiej więc ogłosić niezależność. Łatwiej powiedzieć, że nikogo się nie potrzebuje. To daje poczucie siły. Wizerunkowo wygląda dobrze. Nie brzmi jak desperacja.

Tylko że człowiek, który naprawdę nikogo nie potrzebuje, przestaje być zdolny do głębokiej relacji. Bo każda głęboka relacja zakłada ryzyko. Zakłada, że ktoś stanie się ważny na tyle, by móc mnie zranić.

Może więc największą odwagą w Walentynki nie jest publiczne "kocham". Może największą odwagą jest przyznanie, że potrzebuję. Że chcę być z kimś. Że chcę mieć przyjaciół, którym zależy. Że chcę wspólnoty, która mnie koryguje i wspiera.

To nie jest cofanie się do emocjonalnej zależności. To jest powrót do realizmu.

Największe kłamstwo naszych czasów nie polega na tym, że za bardzo idealizujemy miłość. Polega na tym, że coraz częściej próbujemy udowodnić, że jest nam zbędna.

A jeśli naprawdę zaczniemy wierzyć, że nikogo nie potrzebujemy, to nie będziemy silniejsi.

Będziemy tylko bardziej samotni i coraz lepiej nauczymy się to nazywać wolnością.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Emily Rand-Przykaza

Za dużo kupujesz? Za bardzo się martwisz?
Za często jesz? Za wiele spraw do załatwienia?

Przesyt dotyka różnych obszarów naszego życia. Nadmiar rzeczy wypełnia nasze domy, a natłok myśli – głowy. Jesteśmy przebodźcowane i...

Skomentuj artykuł

Największe kłamstwo naszych czasów: "Nie potrzebuję nikogo"
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.