Bycie singlem nie jest chorobą. A małżeństwo nie jest lekarstwem

Bycie singlem nie jest chorobą. A małżeństwo nie jest lekarstwem
(fot. shutterstock.com)

Spowiednik powiedział, że musisz się nad sobą pracować, bo latka lecą. Zamężna znajoma ze wspólnoty znowu zapytała, czy już sobie kogoś znalazłaś. Może za mało wychodzisz z domu?

Zamężna znajoma ze wspólnoty znowu zapytała, czy już sobie kogoś znalazłaś. Może za mało wychodzisz z domu? Próbowałaś już katolickiego speed datingu? Druga koleżanka odciąga cię na bok i poklepuje cię po plecach powtarzając, żebyś się nie martwiła - wszystko będzie dobrze, jeszcze możesz korzystać z życia i cieszyć się wolnym czasem. Będziesz za tym tęsknić, kiedy już będziesz mieć dzieci.

Tymczasem w pierwszą niedzielę po Bożym Narodzeniu przypada Święto Świętej Rodziny z Nazaretu. W drodze na mszę już mentalnie przygotowywałaś się na kazanie, które cię nie dotyczy. Tradycyjnie do tych, którzy nie założyli własnej rodziny, nie padło z ambony ani jedno słowo.

Znowu ktoś z twojej wspólnoty bierze ślub. Oczywiście, że cieszysz się szczęściem swoich przyjaciół. Do momentu, kiedy ktoś zaczyna pytać, kiedy wreszcie przyjdzie twoja kolej.

Idziesz do spowiedzi. Słyszysz, że musisz szybko zacząć pracować nad sobą, bo sobie męża nie znajdziesz. A zegar biologiczny tyka.

***

Jak to się dzieje, że w Kościele tak często podkreślamy wartość bezżenności kapłanów czy osób konsekrowanych, a do świeckich singli - szczególnie kobiety - podchodzimy z lekceważeniem, litością lub przeciwnie spychamy ich na margines duszpasterskiej troski licząc na to, że singielstwo to taki stan przejściowy, którym nie warto się zajmować, bo powinien jak najszybciej minąć?

Miotamy się ze skrajności w skrajność nie wiedząc, jak do takich osób podejść. Czasem widzimy w singlach bezproduktywnych lekkoduchów, osoby niedojrzałe, wygodnickie, samolubne, które nie rozumieją wartości małżeństwa. A czasem postrzegamy ich jako osoby głęboko nieszczęśliwe, które żyją od jednej mszy o dobrego męża do drugiej, a nocami płaczą w poduszkę.

Myślimy, że dopiero, kiedy przyjdzie na nich czas do małżeństwa i wreszcie założą rodziny, to wydorośleją. Wtedy będzie można zacząć ich traktować jak równoprawnych członków Kościoła, znajdzie się dla nich właściwe miejsca we wspólnotach i parafiach. Na razie mają w sobie coś do poprawienia, pustkę, którą trzeba wypełnić.

Tymczasem single są nadzieją dla Kościoła. W czasach, kiedy z uzasadnionych względów przeżywamy kryzys rodziny i drastycznie spada zaufanie do kapłanów, single są tymi osobami, które nie chcą pozostawać w izolacji, aktywnie uczestniczą w działaniach wspólnot, wspierają parafie, są autorami wielu inicjatyw i akcji na rzecz wykluczonych. Docierają ze swoim świadectwem do środowisk, w których Kościół jest nieobecny. Umacniają go tam, gdzie zawodzą zarówno duchowni, jak i małżonkowie.

Bycie singlem to nie choroba, a małżeństwo to nie lekarstwo. Czy tego chcemy czy nie społeczna rzeczywistość, w której żyje Kościół nie sprzyja utrzymywaniu więzi międzyludzkich, ale raczej ich rozczłonkowaniu. Media społecznościowe zamiast przybliżać tylko oddalają nas od siebie nawzajem. Stajemy się coraz bardziej samowystarczalni, kolejne zranienia potęgują w nas lęk przed budowaniem relacji.

W Kościele będzie coraz więcej singli. Musimy przestać ich oceniać i doradzać jak z tego "koszmarnego stanu" najszybciej wyjść. I raz na zawsze włożyć między bajki opowieści o trzecim po małżeństwie i życiu konsekrowanym oraz zdecydowanie najgorszym rodzaju powołania - mitycznym "powołaniu do samotności". Takiego powołania nie ma. Bez względu na to, czy jesteśmy w związkach czy nie, wszyscy jesteśmy powołani do świętości. Do samotności nie jest powołany nikt.

Tak jak wszyscy członkowie Kościoła, single potrzebują wrażliwego duszpasterstwa. Potrzebują słuchać kazań, które ich dotyczą, nawet jeśli w Biblii nie znajdujemy tak wielu bezpośrednich odwołań do ich sytuacji - w czasach Jezusa bycie singlem również nie cieszyło się specjalnym uznaniem, raczej wszyscy dążyli do tego, aby wyjść za mąż lub się ożenić. Jednak to nie znaczy, że Kościół nie ma singlom nic do powiedzenia poza tym, że jeśli chcą założyć rodziny, to muszą starać się bardziej. A jeśli z jakiegoś powodu im się to nie udało, to coś jest z nimi poważnie nie tak.

W Kościele musi znaleźć się więcej miejsca dla świeckich, którzy z różnych powodów nie założyli własnych rodzin. I to nie w roli koni pociągowych wspólnot i parafii, ale pełnoprawnych uczestników życia Kościoła na wszystkich poziomach. Uczestników, którym również należy się uznanie i wdzięczność za ich działania, poświęcanie czasu, aktywność na rzecz wspólnoty mimo, że te często traktują ich jako członków drugiej kategorii. Uczestników, na których nie patrzymy z wyższością ani pobłażaniem, kiedy mówią o tym, że marzą o założeniu rodziny albo wręcz przeciwnie.

Bo kto wie - kiedy rozpadają się rodziny i zawodzą duchowni - może to single uratują Kościół.

Anna Wilczyńska - arabistka, publicystka, tłumaczka. Autorka bloga islamistablog.pl Zajmuje się edukacją na temat islamu i kultury arabskiej oraz działaniami integracyjnymi na rzecz cudzoziemców w Polsce

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Zuzanna Radzik
26,91 zł
29,90 zł

Historia wielkiego przemilczenia

W Kościele pierwszych wieków kobiety pełniły ważne funkcje: nauczały, studiowały Biblię, były apostołkami. W ich domach spotykali się wierni i sprawowano Eucharystię. To one jako jedne z pierwszych fundowały i utrzymywały klasztory....

Skomentuj artykuł

Bycie singlem nie jest chorobą. A małżeństwo nie jest lekarstwem
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.