I nie opuszczę Cię aż do...

I nie opuszczę Cię aż do...
(fot. christopherselac/flickr.com)

Wielu nowożeńców w gruncie rzeczy nie wie, w jaki sposób sakrament małżeństwa może wpłynąć na owocność i trwałość ich związku. Młodzi często pytają, co w ich wspólnym życiu zmienia fakt małżeństwa zawartego w Kościele, i przyjmują ten sakrament, chociaż nie wiedzą po co.

GUS podaje, że w 2010 roku w Polsce zanotowano blisko 72 tys rozwodów. Jest to prawie 1/3 wszystkich małżeństw zawartych w zeszłym roku. Prawie 35 % rozpadających się małżeństw upatruje przyczynę fiaska związku w "niezgodności charakterów", dopuszczonej jako podstawa do rozwodu przez prawo cywilne. Jest to jednak dość "rozciągliwa" kategoria prawna, która w rzeczywistości obejmuje takie czynniki jak różnice w światopoglądzie lub wieku, podział obowiązków w domu, finanse, rozbieżne cele życiowe i inne podejście do religii. Poza tym do głównych powodów rozpadu małżeństw zalicza się: zdradę (24%), nadużywanie alkoholu (23%), problemy finansowe (9%) i inne przyczyny.

Jeśli weźmiemy pod uwagę, że spośród par decydujących się na definitywne rozstanie aż 40 tys to małżeństwa konkordatowe, czyli zawarte również w kościele, liczby te powinny niepokoić tych, którzy czują się odpowiedzialni za Kościół. Nawet jeśli nie wszyscy wchodzą w powtórne relacje, to i tak odsetek tych, którzy przestają się spowiadać i przyjmować komunię św., zwiększa się z roku na rok o kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Czy ten problem nie powinien nam spędzać snu z oczu?

Cieszymy się wprawdzie, że ludzie młodzi wciąż jeszcze tłumnie proszą o ślub kościelny, choć motywacje bywają nierzadko dość osobliwe: bo tak będzie ładniej, bo taka tradycja, bo rodzina tego oczekuje, bo jestem katolikiem. Ale czy ktoś przygląda się, co dzieje się z tymi parami po ceremonii ślubnej? Ilu z nich udaje się zbudować trwały i owocny związek? Dlaczego małżeństwa, które przysięgają miłość, wierność i uczciwość małżeńską przed ołtarzem, nieraz już po paru latach rozwodzą się? O tym już głośno mówić w Kościele nie chcemy, by nie zaburzać dobrego samopoczucia i po prostu, żeby nie zmierzyć się z problemem. Czy nam się to podoba czy nie, podskórnie dochodzi jednak do powolnej erozji sakramentalnego małżeństwa i trzeba coś zrobić, by ją wyhamować.

Dlaczego tak się dzieje?

Moim zdaniem, przede wszystkim szwankuje przygotowanie do małżeństwa. Najpierw po stronie wielu narzeczonych. Mówię to po trosze w oparciu o pewne doświadczenia z rekolekcji dla narzeczonych, które prowadzę co pewien czas wespół z doświadczonymi już małżeństwami, ale też z innych praktyk duszpasterskich. Jakże tu mówić o skuteczności sakramentu, skoro okazuje się, że całkiem spora grupa narzeczonych po prostu nie zna podstaw zdrowej i ludzkiej komunikacji, nie potrafi nazywać i wyrażać swoich uczuć i robi wielkie oczy, kiedy słyszy, że tego wszystkiego trzeba się po prostu uczyć. Przy tym zdarzają się i tacy, którzy naiwnie uważają, że wszystko jakoś samo się ułoży, że ta druga strona na pewno się zmieni "rozgrzana" małżeńską miłością.

Nie poprawia tego stanu tzw. mieszkanie razem przed ślubem, bo najczęściej chodzi tutaj o względy ekonomiczne i lokalowe. Życie pod jednym dachem wcale nie oznacza, że młodzi gruntownie się poznają, bo i te związki doświadczają nieraz poważnych kryzysów i rozpadają się.

Poza tym, niektórzy narzeczeni starają się tylko do ślubu, a potem wpadają w pułapkę, jak to nazywam, małżeńskiego niechlujstwa. Nie mają czasu na miłość, czyli bycie ze sobą, rozmowę nie tylko o pogodzie i kupnie mebli, słuchanie z uwagą, okazywanie sobie wdzięczności. Rzucają się w wir obowiązków. Inwestują głównie w mieszkanie, a nie w dom, czyli w ich wzajemne relacje. Brakuje im również czasu na seks, który będzie celebracją, prawdziwym spotkaniem, a nie pośpiesznym spełnianiem małżeńskich "powinności". Powracają do swoich starych nawyków, zawieszonych chwilowo dla niepoznaki w trakcie narzeczeństwa, by oczarować i zdobyć drugą stronę.

A po stronie oficjalnego Kościoła? Pewną naiwnością jest przekonanie, że kilka małointeresujących wykładów wygłoszonych w ramach kursu przedmałżeńskiego przez księdza lub siostrę zakonną, załatwi całą sprawę. Zwłaszcza że dotyczą one głównie formalno-prawnych aspektów sakramentu małżeństwa i metod planowania rodziny. Lepsze to niż nic. Trudno też ludzi przymuszać do czegoś więcej. Jednak powiedzmy sobie szczerze, że dla wielu narzeczeńskich par jedyną motywacją uczestnictwa w tego typu kursach przedmałżeńskich jest wymóg przedstawienia zaświadczenia z odpowiednimi pieczątkami, że się takowy kurs zaliczyło. Sami nie czują, że coś takiego jest potrzebne.

Czynnikiem sprzyjającym łatwemu rozchodzeniu się małżeństw sakramentalnych jest również nader legalistyczne podejście do małżeństwa, a także do innych sakramentów, jak chrzest, Eucharystia czy bierzmowanie. Często kandydatom do przyjęcia tych sakramentów wszystko kojarzy się jedynie z tzw. duszpasterstwem karteczkowym: wypełnieniem określonych prawnych wymogów, zaliczaniem, przedstawianiem świstków z podpisami i pieczątkami. Dzieci muszą zbierać podpisy, że chodziły w niedzielę do Kościoła, że obeszły pierwsze piątki miesiąca. Narzeczeni, chrzestni i kandydaci do bierzmowania muszą pójść do spowiedzi. Wygląda to wówczas tak, jakby załatwiali sprawę w urzędzie, a nie spotykali się z Bogiem i wspólnotą Kościoła. Nic dziwnego, że później małżeństwo sakramentalne traktuje się jak kontrakt, który w dowolnym momencie można w miarę swobodnie zerwać. Przecież to tylko papier. Podobnie z komunią świętą czy spowiedzią. Jak to się dzieje, że przez lata katechezy i przygotowania do tych sakramentów, dzieci i młodzież często nie odkrywają głębszej motywacji religijnej, nie dostrzegają, że w sakramentach spotykają Boga i że te sakramenty mają istotny związek z ich życiem? Do czego więc wychowujemy rzesze tych młodych ludzi? Czy w duszpasterstwie nie chodzi jednak o coś więcej?

Poza tym, okazuje się, że wielu nowożeńców w gruncie rzeczy nie wie, ( bo również nie wiedzą tego, ci którzy ich przygotowują) w jaki sposób sakrament małżeństwa może wpłynąć na owocność i trwałość ich związku. Niektórzy myślą wręcz, że idzie tutaj tylko o zalegalizowanie współżycia seksualnego ("teraz to już wszystko wolno"). Wprawdzie mówi się o świętości małżeństwa, o powołaniu małżonków, ale brzmi to jak teologiczny slogan, który trudno przełożyć na życie codzienne. Młodzi często pytają, co w ich wspólnym życiu zmienia fakt małżeństwa zawartego w Kościele, i przyjmują ten sakrament, chociaż nie wiedzą po co.

Wiele wskazuje na to, że w Kościele powszechnym, a u nas w Polsce w sposób szczególny, nie odkryliśmy jeszcze w pełni konsekwencji istniejącego związku między małżeństwem i Eucharystią, między małżeństwem a Kościołem, o czym wspomina św. Paweł w Liście do Efezjan (Ef 5). To zadanie wciąż stoi przed nami otworem. Za słabo na ambonach wybrzmiewa również wspólnotowy i społeczny wymiar małżeństwa. Wbrew pozorom, ślub kościelny to nie prywatna sprawa dwojga ludzi, tyle że w ładnym wystroju i rodzinnym gronie.

Szukać sposobów odnowy

Co więc robić? Dążyć do prawnego zakazu rozwodów? To chyba nie byłoby najlepsze rozwiązanie. Co chwilę, zwłaszcza podczas masowych zgromadzeń z okazji kościelnych uroczystości, kaznodzieje i biskupi wygłaszają peany na cześć rodziny, przypominają o godności małżeństwa, bronią tej instytucji przed rozmaitymi wrogami, pochwalają geniusz kobiety i macierzyństwa. I często, niestety, na tym się kończy. Samo gadanie o małżeństwie i rodzinie nie pomoże. Konieczne są bardziej miarodajne kroki. Najwyższy czas, by zacząć solidną pracę u podstaw.

Potrzebujemy pogłębionej refleksji nad egzystencjalnym powiązaniem wszystkich sakramentów z codziennością, a małżeństwa w szczególności. Często widzimy w nich (nie wykluczając duszpasterzy) jednorazowe akty, "święte rzeczy", a przecież są to dynamiczne rzeczywistości mające podtrzymać relację z Bogiem i bliźnimi oraz przemieniać nas wewnętrznie. Przypominają one raczej drogę niż krótkotrwały i na poły magiczny rytuał. Sakrament małżeństwa jest o tyle specyficzny, że jego "materią" (tak jak w Eucharystii chleb i wino), przez którą przepływa łaska Chrystusa są sami małżonkowie z krwi i kości. Jeśli oni udzielają sobie tego sakramentu, to także po ślubie ten proces się nie kończy. Pytanie jak uobecnia się ten sakrament w relacjach małżonków tak, aby czerpali z niego siłę na co dzień. Przez jakie akty i gesty łaska Chrystusa przychodzi do małżonków? Te pytania wcale nie są takie łatwe, ale musimy sobie je stawiać, jeśli chcemy bardziej świadomego przeżywania sakramentu małżeństwa.

Należy również gruntownie zastanowić nad udoskonaleniem formy i treści przedmałżeńskich kursów. Nie mówię, żeby znieść "karteczki", bo doświadczenie pokazuje, że czasem coś może człowiekowi zaświtać w głowie, nawet jeśli grzeje ławę w salce z "musu". Kursy takie zdecydowanie wypadają lepiej, gdy osobami przygotowującymi są małżonkowie, ewentualnie razem z duchownymi. Małżonkowie są bardziej przekonujący, jeśli świadczą o swoim przeżywaniu małżeństwa i nie wpadają w pokusę moralizowania lub "teologizowania", co zdarza się właśnie osobom duchownym i zakonnym. Wprawdzie tu i ówdzie pojawiają się takie ambitniejsze propozycje, jak wspomniane przeze mnie rekolekcje dla narzeczonych prowadzone przez ruchy oddolne (Małżeńskie Drogi czy Spotkania Małżeńskie), ale w skali kraju wciąż mamy ich tyle co na lekarstwo. "Góra" wykazuje mniej wrażliwości na tego typu potrzebę w Kościele.

Co rusz słyszę o konieczności zajęcia się w Kościele parami niesakramentalnymi, tymi bez ślubu kościelnego i tymi po rozpadzie pierwszego związku sakramentalnego. Słuszny postulat, zważywszy na fakt, że liczba wierzących żyjących w takim stanie rośnie. Poza tym, ta sytuacja stwarza poważne wyzwanie duszpasterskie, które również wolimy przemilczeć niż spokojnie i rzeczowo o nim podyskutować. Udajemy w ten sposób, że problemu nie ma. A statystyki dowodzą, że jest. Różne są bowiem powody rozpadu małżeństw. Nie każdy związek ustaje wskutek wygodnictwa i zgody obu stron. Nieraz cierpi na tym szczególnie jedna strona. Jeśli, na przykład, młody małżonek zostanie zdradzony i opuszczony przez współmałżonka, to według prawa kościelnego powinien on do śmierci trwać w samotności lub czekać cierpliwie na ewentualny powrót pogubionego współmałżonka. Ale czy w ten sposób nie wymaga się od takiej osoby heroizmu? W praktyce, wiele z tych opuszczonych osób wchodzi w powtórne związki, ale równocześnie pozbawia się pełnego uczestnictwa w Eucharystii. Niektóre zachowują związek z Kościołem, inne dają sobie spokój.

Jednak zdecydowany nacisk należy położyć na prewencję i profilaktykę, niż na leczenie ran. Jeszcze większej troski potrzebują już istniejące małżeństwa sakramentalne. I nie może się ona sprowadzać jedynie do niedzielnej mszy św. i "doszkolenia" rodziców przy okazji komunii św i bierzmowania dziecka. W ten sposób za dużo czasu poświęca się w duszpasterstwie dzieciom, za mało dorosłym. Cóż z tego, że dziecko przyjmie Pierwszą Komunię św., jeśli niedługo po niej znika z kościoła, bo rodzice "zaliczyli" religijny obowiązek i już się z dzieckiem w kościele nie pokazują?

Trzeba więc szukać nowych dróg wspierania małżeństw, jeśli rzeczywiście zależy nam na ich dobru. Można zacząć od wspólnot parafialnych, by w ich obrębie tworzyć grupy wsparcia i modlitwy, umożliwiać rozmowy w darmowych lub częściowo odpłatnych poradniach małżeńskich, zwłaszcza dla tych, którzy przeżywają kryzys. Oczywiście, nie wszyscy od razu zaleją poradnie i salki przyparafialne, bo jak zaznaczyłem, problem tkwi również w słabej świadomości niektórych małżonków co do konieczności ciągłej pracy nad ich związkiem. Nie zmienia to jednak faktu, że znajdą się małżonkowie, którzy oczekują dodatkowego wsparcia i porady, jak wypełniać ich chrześcijańskie powołanie w świecie. W związku z poczęciem i wychowaniem dzieci, pracą, prowadzeniem biznesu, rodzi się mnóstwo dylematów. Często małżonkowie nie mają się do kogo zwrócić w godzinie przeciążenia i frustracji, bo księża nie są przygotowani do tego typu towarzyszenia. Okazanie większej pomocy małżonkom zakłada jednak gruntowne reformy zarówno w formacji kapłańskiej jak i w sposobie prowadzenia parafii. Zrozumiałą bowiem jest rzeczą, że księża będą unikać małżonków i ich kłopotów, jeśli w seminarium ten sakrament traktuje się jako "jeden" z wielu sakramentów, jeśli klerycy mają mizerny kontakt z małżonkami i rodzinami, jeśli brakuje im przygotowania do towarzyszenia duchowego, jeśli ksiądz obładowany zostaje (lub sam obładowuje się) katechezą, jeśli w parafiach nastawieni będziemy tylko na szafowanie sakramentami.
Tak czy owak, w Kościele w Polsce musimy twórczo i odważnie podjąć te wyzwania, potraktować je jako znak czasu, nawet jeśli zachęcają one do zmiany utartych szlaków w myśleniu o małżeństwie i duszpasterstwie. Jeśli tego nie zrobimy, nie dziwmy się, że liczba rozwodów rośnie, a małżeństwa sakramentalne zawierane są zbyt lekkomyślnie.

Tekst ten traktuję jedynie jako pewien wstęp i zachętę do dyskusji, do której serdecznie zapraszam czytelników portalu DEON.pl. Jakie są Wasze spostrzeżenia w tej kwestii? Także te dotyczące prawnych, ekonomicznych i społecznych uwarunkowań małżeństwa w Polsce. Co można by zrobić, aby było lepiej?

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

I nie opuszczę Cię aż do...
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.