Singiel - kosztowny wybór?

Singiel - kosztowny wybór?
(fot. Mitya Ku / Foter / CC BY-SA)
4 lata temu
Logo źródła: Życie Duchowe Stanisław Morgalla SJ / slo

"O piątej trzydzieści zaniosłem jej herbatę z mlekiem, by dziecko chociaż napiło się czegoś gorącego, zanim pojedzie do pracy. A ona nawet na mnie nie spojrzała. Pochylona nad służbowym laptopem była już myślami daleko ode mnie, w tym swoim świecie" - z troską w głosie opowiada ojciec prawie czterdziestoletniej "samotnej profesjonalistki" (ang. single professional woman).

Trochę martwi się o córkę, choć nie ma ku temu żadnych racjonalnych powodów. Przeciwnie, powinien być z niej dumny, bo robi przecież tak oszałamiającą karierę: zdobyła świetne wykształcenie, biegle włada kilkoma językami, zarządza armią ludzi, dobrze zarabia i z dużą łatwością porusza się po świecie. Na dodatek nadal jest bardzo atrakcyjną i zadbaną kobietą, która o życiu osobistym mówi krótko: "szczęśliwe"…

Tylko sercu ojca czegoś żal. Czego? Może staroświeckiej rodziny, wnucząt, wspólnych wakacji na wsi… Trzeźwe uwagi sąsiadów studzą jednak rozbudzone fantazje: z zięciami różnie bywa, a opieka nad wnukami odbiera zasłużonej emeryturze nieliczne blaski. Milczy więc i unika drażliwych tematów. Bierze życie takie, jakie jest. Tego nauczył się od córki, bo teraz rodzice życia uczą się od dzieci.

Skąd się wzięli?

Gdy w 1989 roku przechodziliśmy ustrojową transformację, nikt nie przewidywał, że wraz ze zmianami tak szybko zawitają do Polski najnowsze trendy z Zachodu, w tym moda na "singlowanie". Wolny rynek, który stworzył nieznane u nas wcześniej możliwości kariery dla młodych, zdolnych i wykształconych ludzi, sprawił, że tradycyjne modele życia - małżeństwo i konsekwentnie rodzina w trakcie lub zaraz po studiach - musiały odejść na dalszy plan, a w ostatecznym rozrachunku do lamusa.

Wraz z nimi znalazły się tam dobre rady rodziców czy dziadków i ich mądrość życiowa rodem z innej epoki. Młodzi w imię kariery musieli stać się dyspozycyjni, mobilni, konkurencyjni i gotowi do poświęceń dla zdobycia dodatkowych kwalifikacji. Jednym słowem, na ołtarzu atrakcyjnej pracy złożyli swoje życie osobiste i rodzinne; początkowo na kilka lat, w rzeczywistości - na czas nieokreślony. Każda rewolucja, nawet ta bezkrwawa z 1989 roku, niesie ze sobą ofiary. Mamy za to nowość: singli made in Poland.

Co prawda nowoczesne modele życia nie były i nadal nie są zbyt wiarygodne czy sprawdzone, ale zostały wymuszone przez nowe realia i dobrze wypromowane w mediach. Nadejścia ery singli - co bardzo ważne - nie ogłosili socjolodzy czy psycholodzy, ale specjaliści od pop kultury i marketingu; ci pierwsi dopiero od niedawna zaczynają głowić się nad problemem.

Od wielu lat obserwujemy medialny boom filozofii życia w pojedynkę: zaczynając od publikacji w kolorowych czasopismach, poprzez zalew książek i poradników (na przykład "Dziennik Bridget" Jones Helen Fielding, "Quirkyalone. Manifest bezkompromisowych romantyków" Sashy Cagen czy "Dobre życie w pojedynkę" Stephena Johnsona), na serialach telewizyjnych kończąc ("Seks w wielkim mieście", "Ally McBeal", "Przyjaciele" czy w Polsce "Magda M.").

Jawnie lub skrycie wszędzie głosi się pochwałę życia w pojedynkę. Wyrafinowany, filozoficzny indywidualizm, dawniej domena oryginałów i ekscentryków, został przełożony na język zwykłego zjadacza chleba i - jak to bywa przy pospiesznym tłumaczeniu - stracił tak na wyrafinowaniu, jak i na filozoficznej głębi.

"Wolny, a nie samotny" - deklaruje współczesny singel. "Pozytywnie zakręceni i żyjący w pojedynkę" - tak można przetłumaczyć angielski neologizm quirkyalones (QA), który jest ideologiczną wizytówką singli - angażują swoją wolność najpierw w prestiżową działalność zawodową, a w wolnych chwilach w nietypowe i pasjonujące formy wypoczynku, na przykład skoki spadochronowe. Oczywiście w zwartej grupie przyjaciół, jakby nie zauważali wewnętrznej sprzeczności filozofii QA: pojedynczy, ale potrzebujący wspólnoty, a przynajmniej wspólnej tożsamości.

Wolny rynek, który stworzył singli, teraz wychodzi im naprzeciw i potwierdza, nastawiając się na nowy typ konsumenta: pojedynczego, zamożnego, oczekującego wysokiej jakości towarów i usług. A jest o kogo powalczyć. Sondaż Centrum Badań Opinii Społecznej Kontrowersje wokół różnych zjawisk dotyczących życia małżeńskiego i rodzinnego, z marca 2008 roku, podaje, że ludzi w wieku od dwudziestu pięciu do pięćdziesięciu lat żyjących w pojedynkę mamy w Polsce około pięciu milionów i liczba ta ciągle rośnie.

W Europie singli jest już sto sześćdziesiąt milionów. Zjawisko więc raczej nie zniknie, lecz będzie narastało. Liczby jednak nie rozróżniają chyba klasycznych ludzi samotnych od nowoczesnych singli.

Kij ma i drugi koniec - negatywne skutki. Pomińmy te najbardziej oczywiste, dotyczące długofalowych konsekwencji społecznych (degradacja roli rodziny, spadek liczby zawieranych małżeństw, perspektywa demograficznej klęski) czy ekonomicznych (jednoosobowe gospodarstwa nie są ani ekonomiczne, ani ekologiczne). Skupmy się na tych psychologicznych i duchowych, a ku temu posłuży nam bardziej uważna analiza obrazu singli w mediach i w ich własnych deklaracjach.

Singla portret własny

W różnego rodzaju opracowaniach na temat stylu życia singli - jak zauważa Ewa Grzeszczyk - pojawia się "podwójny przekaz". Z jednej strony, singel prezentowany jest zgodnie z zachodnimi trendami jako mieszkaniec wielkiego miasta, mający ciekawą i świetnie opłacaną pracę, posiadający modnie urządzone mieszkanie, prowadzący intensywne i radosne życie.

Wiążą się z tym wizyty w modnych galeriach i drogich restauracjach, uprawianie clubbingu, wycieczki do egzotycznych miejsc i promiskuityzm seksualny. Z drugiej strony, pojawiają się opinie ekspertów, którzy kulturę singli odsądzają od czci i wiary, posądzając ją o kult pieniądza i zabawy, egoizm i narcyzm, płyciznę egzystencjalną i pójście na łatwiznę.

Znacznie bardziej intrygujący jest jednak "podwójny przekaz", który można usłyszeć z ust samych singli. Paradoksalnie są oni tym, czym wcale nie chcą być. Najbardziej ograny scenariusz wspomnianych wyżej książek i seriali polega na opowiadaniu niekończących się perypetii singla, który szuka swojej lepszej połowy, czyli życia nie w pojedynkę, ale z kimś drugim.

Podobnie dzieje się w realnym życiu. Polskie "pojedyncze profesjonalistki", do wypowiedzi których odwołuje się w swoim artykule Ewa Grzeszczyk, na ogół przyznawały się do pragnienia znalezienia właściwego partnera życiowego i założenia rodziny. W tym klasycznym modelu upatrywały zwieńczenie swojej kariery życiowej i ostateczne spełnienie. W tym samym duchu wypowiadają się czołowi przedstawiciele męskiego rodzaju singli: "nie wykluczają oni trwałego związku z kobietą, jednak odkładają to na później".

Identyczne deklaracje można usłyszeć z ust przyszłych singli: współczesnej młodzieży. W jednym z badań, w którym pytano studentów czwartego i piątego roku o preferowane formy życia małżeńsko-rodzinnego, spośród stu pięciu kobiet tylko jedna, a wśród siedemdziesięciu dwóch mężczyzn tylko dwóch zadeklarowało chęć życia w pojedynkę. Zdecydowana większość - ponad 96 procent kobiet i ponad 86 procent mężczyzn - widziało się w małżeństwie z dziećmi.

Podsumowując, odnosi się wrażenie, że singlem zostaje się nie z wyboru, ale raczej z konieczności. I nawet jeśli wybór jest świadomy, to obowiązuje tylko czasowo. Psychicznymi konsekwencjami singlowania staje się więc poczucie tymczasowości i przejściowości, czyli swoiste zaburzenie własnej tożsamości, a w konsekwencji jej gorączkowe poszukiwanie. Pośród modeli tożsamości, do których odwołują się single, wiele pomysłów czerpie się z filozofii i literatury.

Chciałbym tu posłużyć się jednym - Wilkiem stepowym Hermanna Hessego, który dla wielu jest swoistym punktem odniesienia. Fragmentem tego dzieła można dobitnie oddać wewnętrzny dramat niejednego współczesnego singla. Hesse bowiem tak charakteryzuje tytułowego bohatera: "Chodził na dwóch nogach, nosił suknie i był człowiekiem, ale jednak był to przecież wilk stepowy. Dużo uczył się tego, czego ludzie z dobrą głową mogą się w ogóle nauczyć, a był wcale niegłupim człowiekiem. Jednej tylko rzeczy się nie nauczył: zadowolenia z samego siebie i z własnego życia".

"Nieznośna lekkość bytu"

Czy współczesny singel jest kimś niezadowolonym z siebie samego i z własnego życia? Czy tym niezadowoleniem pulsuje serce jego kruchej tożsamości? By nie popaść w wewnętrzną sprzeczność, musimy zdecydowanie zaprzeczyć. To najbardziej absurdalna teza, o jaką w tym temacie można się pokusić.

W istotę "singlowania" wpisuje się przecież idea samorealizacji i szczęścia. Realizowanie najskrytszych marzeń to cel tego życia, a singlowanie pozostaje tylko środkiem do niego lub - jeśli ktoś woli - skutkiem ubocznym. Jeżeli single nie są zadowoleni z siebie i ze swego życia, to kto na tym świecie może być szczęśliwy?

Sygnalizowana sprzeczność jest prawdziwa, ale powierzchowna. Dotyczy jedynie zewnętrznych pozorów, a nie istoty bytu singla, który mimo szumnych deklaracji własnej odmienności pozostaje człowiekiem i nosi w sobie ludzką naturę.

Nieznośna dla większości singli natura ich pojedynczości objawia podstawową prawdę o tejże naturze: jesteśmy ludźmi dla ludzi. Jak ludźmi stajemy się tylko dzięki innym ludziom, tak wyłącznie poprzez bycie dla bliźnich możliwy jest dalszy rozkwit naszego człowieczeństwa. Innej drogi nie ma. Nie można pozostać człowiekiem, jeśli owo "bycie dla innych" nie znajdzie żadnego przełożenia na konkret życia innych ludzi.

Nie można na dłuższą metę żyć dla siebie, nie ryzykując utraty własnego człowieczeństwa. Barwne określenie "nieznośna lekkość bytu", co prawda ukute w zupełnie innym kontekście i dla innych celów, dobrze jednak oddaje sygnalizowany problem.

Konsekwentne hołdowanie własnym potrzebom i zamykanie się w tym skrojonym na pojedynczą miarę świecie grozi katastrofą: człowiek dla siebie i innych stanie się kimś obcym, nieznośnym, owym przysłowiowym wilkiem - nieufnym, agresywnym, podejrzliwym i kąsającym drapieżnikiem (i niech wilki wybaczą nam tak instrumentalne potraktowanie ich skądinąd stadnej natury).

Ten psychiczny mechanizm można wytłumaczyć, posługując się myślą współczesnej filozofii i rozróżnieniem między potrzebą a pragnieniem. Potrzeba jest pewną rzeczywistością skończoną i ograniczoną, która z natury zamyka człowieka na nim samym i nawet sympatyczne określenie "pozytywne zakręcenie" nie może tego odczarować. Kiedy jestem głodny, sięgam po pokarm i głód ustaje na pewien czas, ale wróci.

Natomiast pragnienie jest rzeczywistością nieskończoną, która raz otwarta nigdy nie ustaje, niejako karmi się swoim głodem. To ona pozostaje wewnętrznym motorem rozwoju człowieka, ponieważ sprawia, że nie zadowala się on sobą samym, ale przekracza samego siebie i dąży do czegoś większego i nieogarnionego.

Rozróżnienie na potrzebę i pragnienie, które zawdzięczamy Emmanuelowi Levinasowi, dobrze oddaje sygnalizowany tu problem singli: gdy zaspokojone zostają wszystkie potrzeby, wyraźnie daje o sobie znać coś znacznie głębszego i podstawowego: pragnienie nieskończonego. Dlatego osiągnięta lekkość bytu zaczyna nieznośnie ciążyć.

Wewnętrzny dramat, który opisujemy, nie jest jednak jakąś wyłączną domeną singli. Każdy bez wyjątku człowiek tego doświadcza, choć nie każdy w tej samej formie. Dobitnie mówi o tym ostatni sobór w "Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym", na którego antropologię tu się powołujemy.

Paradoksalna natura człowieka została w nim oddana metaforą swoistego zawieszenia człowieka pomiędzy dwoma światami: "doświadcza on z jednej strony wielorakich ograniczeń, z drugiej strony czuje się nieograniczony w swoich pragnieniach i powołany do wyższego życia". Oto wspólny korzeń, z którego wszyscy wyrastamy: niespokojne ludzkie serce, wewnętrznie podzielone, pociągane ku rzeczom niskim i przyziemnym, ale jednocześnie przekonane o powołaniu do rzeczy większych i wyższych.

I w tym kontekście możliwa staje się odpowiedź na szersze pytanie: Jak będąc singlem, pozostać człowiekiem? Dotyczy to wszystkich, ponieważ w sensie metafizycznym każdy człowiek jest pojedynczy i dopiero we wspólnocie staje się człowiekiem.


Redakcja DEON.pl poleca:

KWADRANS UWAŻNOŚCI. ĆWICZENIA DUCHOWE
Wojciech Werhun SJ

Potrzebujesz zwolnić? Daj sobie kwadrans. Czas tylko dla siebie. Żeby się zatrzymać. Żeby odkryć prawdę o sobie. Żeby znaleźć to, czego pragniesz. 49 ćwiczeń na uważność to indywidualny program rozwoju osobistego i duchowego.

Nauczysz się trwać w obecności Boga, staniesz się kimś wdzięcznym i świadomym siebie. Każdy etap ćwiczeń wprowadzi Cię na głębszy poziom relacji z Bogiem i samym sobą.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Singiel - kosztowny wybór?
Komentarze (84)
T
tomi
16 sierpnia 2014, 18:57
Najwiekszym powodem ze ludzie zyja sami jest coraz wieksza samowystarczalnosc, wygoda i strach przed podjeciem na siebie obowiazkow. Zycie jest trudne. Nie ma wymarzonej pracy, nie ma zadnej kariery, nie ma idelanego chlopaka czy dziewczyny. Trzeba zyc z tym co sie ma i w tym co sie ma. 
DP
DO Pauliny:
16 sierpnia 2014, 18:44
Droga Paulino.Ja  się nie spotkałam z takim czymś jak potępienie ze strony księży. Może Ty się spotkałaś,to  macie jakiś dziwnych tych kapłanów. Chyba powinni wiedzieć,że człowiek może iść inną drogą w życiu niż tylko w małżeństwie lub w kapłaństwie.Bóg ma dla nas najlepszy plan.To powinno być dla nich oczywiste,a jak nie no to sorry to coś nie tak.
P
Paulina
16 sierpnia 2014, 00:15
To Kościół doprowadza nas do samotności, a potem nas za nią potępia, i kiedy jest już za późno, księża warczą na nas że jesteśmy egoistami bo nie założylismy rodzin. Punktem wyjścia jest jeden z najważniejszych katolickich dogmatów, brzmiący: "Świecki jest zawsze winny a najbardziej winna jest kobieta".
T
TOMASZ
16 sierpnia 2014, 09:35
Zgadzam sie w 100%. A ksieza  nie sa singlami? KK jest pelen sprzecznosci.  A nauka Jezusa jest taka prosta! Bycie singlem jest OK! Lepsze to, niz malzenstwa, w ktorych ludzie sie nienawidza lub prowadza drugie, np gejowskie zycie. Singiel nie oszukuje swojego zycia, on po prostu tym zyciem zyje!!!
.
...
18 sierpnia 2014, 17:38
To w takim razzie nie ma czegoś takiego jak powołanie do samotności.
D
dorota
15 sierpnia 2014, 23:17
Mam wrażenie, że prawie wszyscy nie-single uważają, że single to karierowicze hedoniści i egoiści. Być może część z nich tak ale nie wszyscy. Ja np jestem sama bo nie akceptuje swojego ciała i nie są to żadne wymysły że o kilka kg za dużo itp, po prostu mam solidne powody aby siebie nie lubić. Z tego powodu też wiem, że nie powinnam się z nikim wiązać bo kosztowało by to mnie zbyt wiele wstydu, a ponadto osoba zakompleksiona jest koszmarnym partnerem, a nie chce nikomu robić piekła na ziemi. Z tego też powodu staram się skupiać na dobrym wykształceniu, aby przynajmniej mieć wymarzoną pracę i poprzez pracę odciągać od siebie depresyjne myśli. Oczywiście samotność kosztuje mnie wiele łez ale innego wyboru nie mam. Podsumowując robienie kariery to nie zawsze powód bycia singlem ale często skutek.
A
Abel
16 sierpnia 2014, 09:58
Uważam że powinnaś we wspólnocie modlic się o uwolnienie od zranień z przeszłośći. Złego obrazu siebie itp. Każdy człowiek ma w sobie tą piękną stronę którą może obdarować innych.Jesteśmy istotami pięknymi .
D
dorota
16 sierpnia 2014, 13:18
Czasami są zbyt duże bariery wewnętrzne (poniekąd wynikające z tych zewnętrznych), które nie pozwalają obdarowywać mężczyznę/ kobietę swoją lepszą stroną. Hmm nie wiem czy moim problemem są zranienia z przeszłości, to chyba nie to, ale dziekuję za radę :) pozdrawiam
A
artt
16 sierpnia 2014, 15:10
Doroto na pewno masz piękne ciało, ale powiem Ci ze w czlowieku najważniejsza jest dusza a Ty pewnie masz piękną duszę
J
JO
15 sierpnia 2014, 22:29
Powstały już setki takich ideologicznych wypracowań, z jedynie słusznym morałem, a mimo tego liczba singli stale rośnie. Może nie potrafią czytać? Ciekawe, że nikt nie jest zainteresowany poznaniem prawdy, co wymagałoby resetu i pozbycia się uprzedzeń. Ta nieprzebrana liczba singli, to są nadal dzieci Boże. Czego się boicie? Dopóki się boicie, niczego nie zrozumiecie.  
F
Flame
15 sierpnia 2014, 22:28
Nie mam już za bardzo siły wyjaśniać, że nie każdy kto jest tzw singlem jest z nim z wyboru...może ktoś by się w końcu zreflektował, że dla niektórych to straszny ból żyć w takim stanie. I wcale nie dzieje się tak dlatego, że jest wybredny... może w końcu ktoś by uwierzył, że męża i żonę daje Pan Bóg a jeśli nie daje, to może z jakichś powodów....nie do końca przeze mnie zrozumiałych i akceptowanych. Ale tak jest. I sam tylko Pan Bóg wie dlaczego...
KM
ks Mateusz
16 sierpnia 2014, 08:54
Jesteś wspaniałą dziewczyną Flame. Bóg daje różne powołania, do małżeństwa, bycia samemu czy kapłaństwa. Kazde powolanie jest darem i krzyżem jednocześnie. Ja jako kapłąn staram się cieszyć i dawać się innym. Nie szukam szczęścia gdzieś gdzie go nie znajdę, nie szukam miłosci tam gdzie nie powinno sie jej szukać. 
MR
Maciej Roszkowski
16 sierpnia 2014, 11:24
Życzę Ci szczęścia
MR
Maciej Roszkowski
15 sierpnia 2014, 18:39
Jak poradzić sobie z problemem. Nazwać go sukcesem.
T
TOMASZ
16 sierpnia 2014, 09:38
A kto widzi w tym problem? Jezus mowi o ludziach, ktorzy decyduja sie na zycie bez malzenstwa. Nazywa ich blogoslawionymi. Wiec o co chodzi? Czy dyskusja nad gender nie wystaczy, zeby odwalic sie od singli?
MR
Maciej Roszkowski
16 sierpnia 2014, 11:23
Błogosławieni wybierają miłość Boga, co wybierają dzisiejsi single?
T
TOMASZ
16 sierpnia 2014, 13:38
Co wybieraja? Milosc! A co wybiera siostra zakonna? Ksiadz? Zakonnik? Wszedzie trzeba pracowac, kochac, po prostu zyc! Kazdy z nas wybiera zycie! A zycie to Bog! Nieprawdaz?
MR
Maciej Roszkowski
16 sierpnia 2014, 19:53
To chyba nadmierne uproszczenie.  Bóg, to Bóg, a życie to życie.Jeden żyje bliżej Boga drugi trochę dalej w tym sensie pytałem o milość osób konsekrowanych i singli. Miłość do człowieka najpełniej realizuje się w małzeństwie i rodzinie.
A
AP
1 października 2013, 07:15
Singiel z datą ważności to jak dla mnie idealne rozwiązanie. Więzy rodzinne zawsze pozostają, przyjaciel to ktoś z kim nie widuje się rok czy 2 lata, a jak się spotkam to rozmawiamy jakbyśmy się wczoraj rozstali. Co innego z miłością (do drugiej połówki). Trzeba ją nieustannie pielęgnować i co prawda krótkie rozstania dobrze jej robią to długie i częste wręcz przeciwnie. Widziałem i widzę u innych jak ta zależność się potwierdza. Po co mam wisieć na telefonie, tęsknić, żałować że nie mogę przytulić żony czy zobaczyć córki, syna jak rośnie i się rozwija? Nie chciałem rezygnować z takich rzeczy. Dzięki temu mogłem się bez reszty oddać pracy. 140 godzin tygodniowo? A jaki problem? Do tego... pełna niezależność i niski koszt podejmowanego ryzyka. Czy można zaryzykować wszystkim jak się ma rodzinę na utrzymaniu? Nie. Ja sobie tego nie wyobrażam. A jak ktoś jest sam to naprawdę niewiele rzeczy potrzeba (a większości to tylko narzędzia jak ubrania, łóżko, stół, krzesło czy komputer, które łatwo odtworzyć) a swoboda działania pełna. Pracodawca żąda ode mnie wykonania niemoralnych działań. Odmawiam. Co może mi grozić? Zwolnienie? Wow, strasznie się boję... Mógłbym tak jeszcze długo pisać i pisać... Jedna uwaga: clubbing zastąpiłbym bar hoppingiem :-) Do tego dołożyłbym także churching. Wszystko jednak ma swój czas i miejsce. Od trzech lat jest mała osóbka (mam nadzieje, że to nie koniec), która jest najważniejsza na całym świecie i jakby trzeba było za 5 minut oddać za nią życie to zrobiłbym to prosząc tylko o możliwość uklęknięcia i przeproszenia za grzechy. Singiel z datą ważności. Polecam! ps.
R
Rysio
1 października 2013, 00:48
W singllowaniu nie chodzi o profesjonalistów-singlów dobrze zarabiajacych ale o tysiace oszukanych ludzi co mysla,ze jak nie załoza rodziny to bedzie im lepiej a przynajmniej nie pogorszy sie.To manipulacja rzadów w PL.Kiedy jestes młody możesz walczyc o dzieci a gdy bedziesz stary - dzieci beda walczyc o Ciebie.Inaczej rzady ciemniaków zabija Cie.
JN
julia niemirska
30 września 2013, 11:49
Bycie singlem nie jest złe, ale na dłuższą metę męczy i zamienia ludzi w egoistów niezdolnych do wyższych uczuć.
C
computo
15 sierpnia 2014, 21:19
Napisał ten, co nie ma zielonego pojęcia o zyciu,bo przynajmniej 3 sprzeczności tu widzę.
D
danka
30 września 2013, 11:19
Pamiętam jakby to było dzisiaj jak na rekolekcjach wielkopostnych lub adwentowych,rekolekcjonista powiedział.Musimy się bać co po transformacji przyjdzie do nas z zachodu a nie ze wschodu.Jak wiele jest w tym prawdy.Single to nie wszystko.Proszę zliczyć wszelakie zło takie jak,pedofilia,legalny homoseksualizm,pary homoseksualne,bezdomność,bezrobocie,słabe płace,niskie emerytury.Oczywiście sprawy gospodarcze na zachodzie w tamtych czasach dobrze się miały.Terażniejszość przyniosła tego typu zmiany.Głównym żródłem tego zła to złe zarządznie,komercja,korupcja.Za tym wszystkim drugi wielki kryzys światowy.
E
Ewa
15 sierpnia 2014, 18:12
danka jestes chyba bardzo młodziutka...Pedofilia była od zarania dziejów i w PRLu. Afery z sierocincami zakonnymi sa przeciez z czasów PRLu nic wiec nie przyszło z zachodu w tej materii. Dalej...o ile pamietam homoseksualizm istniał za PRLu też i były pary homo. Zwłaszczxa wsród artystow. Nie potrzeba było do tego zachodu. No bezdomnosci może rzeczywiscie za komuny nie bylo. Bezrobocia równiez ale za to fikcyjna praca " czy się stoi czy się leży..." Emerytury...był tak zwany "stary portfel" - wlaśnie bardzo niski. Nie te sprawy wcale nie przyszly z zachodu. One były tylko może mniej jawne, bardziej zakamuflowane, no cóz internetu nie bylo, była za to cenzura.
J
J
30 września 2013, 08:52
Ale jak sobie przypomnę wyjaśnianie różnych niejasności na zasadzie co się stało, co powiedziałem czego nie powinienem był, a czemu jesteś smutna a czemu tak a czemu nie inaczej (i oczywiście powinienem sie domyślić) a i Wy też nie macie z nami łatwo to czasem naprawde życie w pojedynkę mając szerokie grono znajomych + kilka przyjaciół takich bliższych przedstawia się w jaśniejszych barwach.
D
dana
30 września 2013, 07:09
przydalby sie taki kacik dla samotnych matek i ojcow,ktorzy sami wychowuja dzieci....:
D
dana
30 września 2013, 07:08
A może Redakcja zrobiłaby jakiś cykl o ojcach rodzin wielodzietnych?:) Żeby pokazać mężczyzn, którzy idą do przodu, pokazać porywające wzory, dodać ludziom odwagi. I cykl o żołnierzach wyklętych- jak brać się z życiem za bary, walczyć, kochać .Dużo ludzi jest z rozbitych rodzin, nie ma wzorów.Tak zachęcić mężczyzn,żeby szli jak burza- nie bali się być ojcami, adoptowali dzieci , pomagali biedniejszym rodzinom. Żeby rozkręcić trochę :) . ...POPIERAM!!! ...
D
dana
30 września 2013, 07:07
lubie was,bo piszecie tak jak jest naprawde:
D
D
30 września 2013, 00:01
A może Redakcja zrobiłaby jakiś cykl o ojcach rodzin wielodzietnych?:) Żeby pokazać mężczyzn, którzy idą do przodu, pokazać porywające wzory, dodać ludziom odwagi. I cykl o żołnierzach wyklętych- jak brać się z życiem za bary, walczyć, kochać .Dużo ludzi jest z rozbitych rodzin, nie ma wzorów.Tak zachęcić mężczyzn,żeby szli jak burza- nie bali się być ojcami, adoptowali dzieci , pomagali biedniejszym rodzinom. Żeby rozkręcić trochę :) . ...POPIERAM!!!
D
D
30 września 2013, 00:00
mysle, ze u nas niezaleznie czy singlowo czy nie jet ciezko z kariera... tzn nie jest to powodem ze ktos rodziny nie zaklada ani nie jest to powodem, ze ktos ja zakłada. w kazdym razie nie jest to głownym powodem. a singielki karierowiczki jak najbardziej sa w polsce... i sa takie co dla kasy za maz wychodza. no moze nie tylko dla kasy, ale wiedza ze same sobie nie poradza w tym zwariowanym swiecie :) artykuł nie jest skopiowany. porusza problem jak najbardziej polakom aktualny. zwłaszcza ze wielu polaków nie tylko w kraju bywa. poruszony w poscie inny problem braku perspektyw jest tez wazny. a powiedzialabym, że znacznie wazniejszy niz problem singli. ale jeden i drugi istnieje i nie wolno zzadnego pagatelizowac.
R
Rosa
29 września 2013, 23:58
A może Redakcja zrobiłaby jakiś cykl o ojcach rodzin wielodzietnych?:) Żeby pokazać mężczyzn, którzy idą do przodu, pokazać porywające wzory, dodać ludziom odwagi. I cykl o żołnierzach wyklętych- jak brać się z życiem za bary, walczyć, kochać .Dużo ludzi jest z rozbitych rodzin, nie ma wzorów.Tak zachęcić mężczyzn,żeby szli jak burza- nie bali się być ojcami, adoptowali dzieci , pomagali biedniejszym rodzinom. Żeby rozkręcić trochę :) .
D
D
29 września 2013, 23:53
Bycie singlem boli :( I to bardzo boli - wiem z własnego doświadczenia. Jeżeli ten ból utrzymuje się przez długi czas, to może mieć koszmarne skutki. Dziś prawdziwych romantycznych dziewcząt już nie ma... ... ależ są :)
MY
Mike Yak
29 września 2013, 23:19
Bycie singlem boli :( I to bardzo boli - wiem z własnego doświadczenia. Jeżeli ten ból utrzymuje się przez długi czas, to może mieć koszmarne skutki. Dziś prawdziwych romantycznych dziewcząt już nie ma...
J
JAnka
29 września 2013, 23:14
Myślę, że bycie singlem nie musi byćegoistycznąpogoniąza karierą,pieniędzmii pozycja. Jako singiel można swój czas spożytkować na bycie dla innych.Wszystko zależy od człowieka, niezależnie od jego stanu
A
ada
9 stycznia 2013, 20:29
a cóż cię tak uraziło w tym artykule, skoro tak ostro reagujesz? ja znam własnie takich singli i to w Polsce.
U
usmiana
9 stycznia 2013, 16:08
mozliwosci kariery??? a to sie usmiałam,smieszne te artykuły kopiowane z zachodu w Polsce nie ma mozliwosci kariery a tym bardziej zarobku i to jest przyczyna singlowania,BO LUDZI NIE STAC NA DZIECI NA SLUB ITD porownajcie sobie zarobki w aglii i w Polsce i nie bedziecie pisac durnych art
AG
Agata Gabryjel
7 sierpnia 2010, 22:51
 Polecam portal Przeznaczeni.pl - tam jest szansa zaradzić byciu silngem :)
7 sierpnia 2010, 21:20
zapraszam singel wychowany na ćd ...do kontaktu... może razem będzie łatwiej?
26 marca 2010, 23:20
Trudno oczekiwać, że ludzie będą przekładali trudno definiowane szczęście trudno definiowanego narodu nad szczęście własne subiektywne. To tak jak z posiadaniem dziecka: nie dla ojczyzny, nie dla Kościoła ale dla miłości je mam.
A
assi
26 marca 2010, 22:51
Mocna, dobrze, że napisałaś, że ma stać pod domem, bo chyba nie wpuszczą go na te rekolekcje dla singielek.. :) a potem może razem na rekolekcje na zakochanych..
26 marca 2010, 22:42
polonopitek: metoda jest taka: - otwierasz stronę internetową jezuickich domów rekolekcyjnych - wyszukujesz zakładkę "sesje", lub "inne rekolekcje" - wyszukujesz tam sesję "jak być singielką" lub coś w tym guście - spisujesz miejsce i termin zakończenia - jedziesz pod dom reklekcyjny w stosowny terminie - i przebierasz w pobożnych singielkach :)
P
polonopitek
26 marca 2010, 20:43
Ja chętnie przestane byc singlem, ale gdzie w dzisiejszych czasach szukac kobiety?:) Mam wolny zawód więc "w codziennej pracy"babek nie widuję, a teraz dodatkowo tej pracy nie ma :( Więc gdzie szukac? Po knajpach?
M
M
26 marca 2010, 20:11
Przyznam, że bardzo wciągneła mnie państwa dyskusja. Intersujący temat i w dodatku wiele emocji się kryje w każdej z wypowiedzi. Uwazam ze samorealizacja jest ściśle sprawą indywidualną i mozna do niej dążyć na wielu płaszczyznach, zarówno zawodowej jak i osobistej. Kwestią indywidualną jest co daje nam więcej satysfakcji i jaką ścieżką zyciową dążymy. "Single" zawsze żyli w naszej społeczności od zarania dziejów i tak samo ludzie którzy zdecydowali się żyć w związkach. Jednym do częścia wystarcza towarzystwo czworonoga innym pełna chata. Wedug mnie tak wielu ludzi żyje dzis w pojedynkę( a według opini będzie ich coraz więcej ) dlatego ze w obecnej sytuacji ekonomicznej bycie członkiem rodziny i udana kariera zawodowa wymagają coraz większego wysiłku. Żyjemy w coraz bardziej konkurencyjnym społeczenstwie i kariera pochłania wiele czasu, który jest równie cenny w budowaniu jakiejkolwiek relacji. Znam pary które swietnie godza i jedno i drugie, znam osoby które uważają, że partner i rodzina to przeszkoda na drodze zawodowej i zgodnie ze swoją osobowością wybrali życie w pojedynkę. Do tego nie znam nikgo komu sprzyja samotność, odizolowanie i kto świadomie skazał się na te stany bez jakiegoś celu np medytacji. Człowiek jest istotą stadną
L
lekarz
30 października 2009, 17:31
zgadzam się z Tobą Pacyfiku
L
lekarz
30 października 2009, 15:26
Szanowny magistrze! Samotność nie jest dla mnie niczy szokującym. Zwłaszcza taka z wyboru. Szanuję ją. Samotność nie powinna być wszakże niszczycielska dla innych. Często osoby, które z różnych powodów wybrały w życiu jedynie karierę oczekują, czy wręcz zmuszają swoich współpracowników, zwłaszcza podwładnych, do przyjęcia identycznej hierarchii wartości. Osoby takie wykorzystując swoją pozycję często uprawiają naprawde wredne formy mobbingu.Uważam to za niedopuszczalne.  Bardzo szanuję pasjonatów, są to niezwykli ludzie, pod warunkiem, że są jeszcze ludźmi.
L
lekarz
30 października 2009, 15:18
Dyskusja z magistrem jest bez sensu. Przyznaję. Posiadam stopień doktora nauk medycznych, uczelnię medyczną ukończyłem z wyróżnieniem. Myli się nasz magister, ale nie o to chodzi, co myśli o mnie. Może myśleć co chce. Aż kipi od emocji w Jego wypowiedziach, ale można je przecież zastapić nauką, czy zepchnąć w podświadomość. Idee nadwartościowe są  istotne dla postępu ludzkości, ale czasem lęgną się w głowach ludzi niezrównoważonych i to niekoniecznie prowadzi do postepu... Przykładów nie trzeba podawać. W moim przekonaniu człowiek jest natyle wielowymiarową istotą, że w chwili gdy jeden z jego wymiarów zaczyna totalnie dominować nad resztą, staje się on mało ludzki. Ps. Ciekawe, że Bach jakoś pogodził swój geniusz z obowiązkami rodzinnymi (miał około 16-oro dzieci)
A2
autor 2
30 października 2009, 14:54
czyżby dyskusja zamarla. szkoda
G(
gość (przez małe "g")
29 października 2009, 21:21
No cóż podsumowane zostały przeze mnie wpisy ~Magistra (nie osoba). Też mam prawo do opinii własnej. Moje zdziwienienie reakcją cytuję: " Jak widać jak się nie ma nic do powiedzenia to jedyną żałosną metodą zwrócenia na siebie uwagi jest obraza innych. Zrobiono komuś krzywdę pozostawiając ją na uczelni. łasnej." To pan Magister się zirytował, nie ja, że nie chcę z nim dyskutować po prześledzeniu wymiany opinii między nim a pozostałymi osobami. A to, że nie chcę, nie oznacza, że nie potrafię i że nie mam nic do powiedzenia. Kto konkretnie mnie skrzywdził, proszę podać konretnie?
A
autor
29 października 2009, 17:57
dyskutujcie, dyskutujcie, bo robi się coraz ciekawiej
Jurek
Jurek
29 października 2009, 16:13
Kochani, myślałem, że z panem Magistrem będzie można porozmawiac na argumenty. Ale ze smutkiem stwierdzam, że jest to przykład trola. Na innch forach piszemy tak: Nie karmić trola Proponuję nie reagować. A jeżeli będą treści obraźliwe to prośba do admina o ich usuwanie
NZ
Nie zauważony przez Ciebie otto
29 października 2009, 15:36
Magistrze, nerwy Ci chyba puszczają, trochę :-) To dobry znak, bo znaczy, że jednak emocje nie są ci obce. Razi jednak twój dogmatyzm i to poczucie wyższości, które niestety jest czasem przywarą ludzi nauki. Czy Kościół się myli broniąc tradycyjnej wizji rodziny i małżeństwa? Biada, gdyby głosił coś innego, bo to byłoby sprzeczne z nauczaniem Pisma św. i z wielowiekową tradycją. Na tragiczne skutki "nowoczesnej" wizji rodziny czy relacji damsko-meskich nie musimy wcale czekać: to już widać na tzw. Zachodzie, który fizycznie umiera, a Polska pędzi w tę samą stroną owczym pędem. Jesli więc coś możesz, także w sferze naukowej, to zachęcaj do używania przynajmniej zdrowego rozsądku, którego tak wielu dzisiaj brakuje. No i życzę większego dystansu do samego siebie :-) To nie boli, a jest bardzo blisko naukowego obiektywizmu
M
Magister
29 października 2009, 13:58
Teza więc się broni.
M
Magister
29 października 2009, 13:53
Oczywiście należy dodać w uzupełnieniu poprzedniego postu, że obecna propozycja modelu małżenśtwa Urzędu Nauczycielskiego Kościoła jest dla coraz większej grupy osób niesatysfakcjonująca i musi zostać zmieniona o ile ta instytucja ma przetrwać. Przetrwa, tylko, zanim zostanie wypracowany model spełniający wyższe oczekiwania, to wieledzisąt miliardów ludzi zapłaci za bezczynność Hierarchii. Jak widać jest ona mało dojrzała i niepodpowiedzialna, pozwalając na skazywanie ludzi na męki i nie próbując wyjść nawet z impasu.
M
Magister
29 października 2009, 13:12
Szanowny lekarzu. Widzę, że nigdy nie pracowałeś naukowo a słowo nauka dla ciebie znaczy tyle co wkuwanie (jak dla większości lekarzy). Raczej bym powiedział, że jesteś upośledzony poznawczo, i trochę gamoniowaty, gdyż samotność jest dla ciebie czymś szokującym (może jednak jesteś lekarką) i świadczy o zdziecinnieniu emocjonalnym. Mogę pomoc psychterapeutyczna by się przydała, trochę odstawić siebie od mamusinej spódnicy? Proszę zauważyć, że naukowiec też jest człowiekiem jak również człowiekiem jest osoba robiąca karierę. Z twoich wypowiedzi wynika tylko jedno - zazdrość. A panu JurekS-owi: napisał pan, że jest pan sługą szatana, więc powiem panu, że pana bożka można unicestwić. Będzie to lekcja dla satanistów takich jak pan, aby się zastanowili.
L
lekarz
29 października 2009, 12:02
[ A ja znam uniwersytety, gdzie ponad 90% naukowców żyje samotnie. Nie piszę również, że współczesna cywilizacja pragnie wykluczyć stadność, choć ubocznym jej celem będzie taki rezultat (tak przypuszczam), a jedynie to, że małżeństwo nie stanowi miejsca samorealizacji życia coraz wiekszej grupy jednostek, które mając do wyboru silnie zakorzeniony seks w sobie, realizowalny w małżeństwie razem ze wszystkimi jego blaskami i cieniami, i karierę zawodową wybiorą karierę zawodową jako pełniejsze miejsce realizacji ich człowieczeństwa. Pewnego rodzaju osamotnienie, brak seksu, bliskości emocjonalnej, poczucia ciepła i akceptacji jest z nawiązką kompensowane przez karierę. Zaś na pewnym poziomie intelektualnym fascynacja nauką jest tak silna, że zadowolenie z dzieci nawet się z tym nie może równać. Drogi Magistrze! Bardzo mi Ciebie żal, Prowokacyjność Twoich wypowiedzi świadczy o tym, jak mało doświadczyłeś akceptacji i miłości w swoim życiu. Karierą nie można zastapić bliskości emocjonalnej, poczucia akceptacji, głębokich relacji międzyludzkich. Widać, że tego nie doświadczyłeś, bo nie pisałbyś w ten sposób, gdyby było inaczej. Dzieci to raczej chyba nie masz, skoro piszesz podobne farmazony. Nie można porównywać miłości istoty ludzkiej z karierą... To tak jakby postawić w jednym rzędzie gwiazdę i teleskop. Jako naukowiec, powinieneś wiedzieć, że porównywać można zmienne należące do jednej kategorii. Wydajesz mi się osobą poważnie zaburzoną emocjonalnie i psychologicznie. Może przydałaby się fachowa pomoc?   
B
bino
29 października 2009, 11:31
Czasem jednak można pogodzić obowiązki rodzinne i życie zawodowe nie rezygnując ze swoich marzeń. Irytujące wydają mi się takie kategoryczne rozgraniczenia- albo robisz karierę, albo dzieci i dom. Kilka dni temu obroniłam doktorat. Mam troje dzieci, jestem szczęśliwą mężatką. Mam cudowną rodzinę, w której znalazłam wsparcie. Wbrew obiegowym opiniom o niewyobrażalnych obowiązkach jakie wiążą się z byciem matką muszę stwierdzić, że nigdy nie mówi się o tym, co matka otrzymuje od dzieci i jaką daje to satysfakcję, spełnienie i poczucie bycia "w centrum wszechświata". W życiu nie mogłabym być singlem. To byłoby na dłuższą metę frustrujące i deprymujące.
Jurek
Jurek
29 października 2009, 11:07
Nie dziw się swojemu przedmówcy, ale to irytacja na Twoje tezy, kompletnie pozbawione argumentów. Np. piszesz: Wybór celibatu jest egoizmem, oczym pisze otwarcie Kościół i o czym mówi otwarcie Chrystus. Pustelnicy też drugiego człowieka nie zauważają a jeszcze są bezproduktywni, więc nie giną z głodu. I wniosek nasuwa się taki. Robisz to celowo (nazywa się to trolowaniem), albo nie masz zupełnie wiedzy na temat tego czym jest Kościół, czym żyje. Ja będę jeszcze cierpliwy. Przytocz mi konkretny dokument kościoła (nazwa, data wydania) na obronę Twojej tezy, którą przytoczyłem. Być może posługujesz się zasłyszanymi opiniami. Nie dziwię się. Kościół jest atakowany od samego początku swojego istnienia. A dzisiaj są coraz lepsze narzędzia i techniki manipulacji, których przykładem ofiary (nie w złym znaczeniu) jesteś Ty. No i skoro rozmawiamy, nie bój się zarejestrować.
M
Magister
29 października 2009, 10:32
Post przypomina pewnego Żyda, który obraził Ojca Świętego JP II. Jak widać jak się nie ma nic do powiedzenia to jedyną żałosną metodą zwrócenia na siebie uwagi jest obraza innych. Zrobiono komuś krzywdę pozostawiając ją na uczelni.
G(
gość (przez małe "g")
29 października 2009, 02:31
Wpisy osoby, podpisującej się jako ~Magistrem są jałowe, bez smaku, nijakie. Szkoda marnować czas na reagowanie. Lepiej poczytać coś sensownego.
M
Magister
28 października 2009, 22:58
Drogi panie JurkeS-sie. Wybór celibatu jest egoizmem, oczym pisze otwarcie Kościół i o czym mówi otwarcie Chrystus. Pustelnicy też drugiego człowieka nie zauważają a jeszcze są bezproduktywni, więc nie giną z głodu. Owszem alternatywą jest również szerzej wymrodowanie się nawzajem, o czym wyraźnie pisałem. Masz rację w tym sensie, że można nic nie robić i patrzeć na to co się stanie, co jest życzeniem Pana Boga. Zatem jak tak postanowił: to nie róbmy nic, niech szatan swobodnie działa, o czym pisał św. Paweł - biernością zło zwyciężaj i o czym mówił Anioł do Apostołów po Wniebowstąpieniu Pana: nie róbcie nic tylko się gapcie. Zatem teza pozostaje taka sama jak wybierzesz obecny stan to wylądujesz na marginesie społecznym za jakiś czas, co jest życzeniem Boga - marginalizacja Kościoła i potępienie wszystkich, o czym wyraźnie mówi w Starym Testamencie. Czyli drogi panie temu Bogu panu służy, czy jakiemuś innemu? Zatem Urząd Nauczycielski Kościoła nie przedstawia satysfakcjonującej współczesnego człowieka propozycji modelu rodziny.
Jurek
Jurek
28 października 2009, 19:17
Zgadzam się z Tobą kolego Magistrze w 100%. ;) Piszesz: tylko, że mając do wyboru ograniczenia wynikłe z życia rodzinnego i karierę coraz więcej ludzi wybiera karierę a nie życie rodzinne, które z nią koliduje. Możesz dokonać takiego wybory. Ale taki wybór jest wyborem między egoizmem a miłością. Tylko Chrystus tak nie nauczał, a Kościół jest wierny nauczaniu Chrystusa Piszesz dalej: Poświęcając więcej czasu pracy będą bardziej konkurencyjni wobec tych, którzy poświęcają jej mniej, ze względu na obowiązki rodzinne. Tak jest. Tylko, że nie zauważysz człowieka, który może będzie potrzebował Twojej pomocy. Jak bogacz łazarza. Chrystus tak nie nauczał. Piszesz dalej: Patrząc na wybór wielu ludzi widać, że rodzina nie jest alternatywą i ginie w zwykłej konkurencji wyboru. Tak, jest to zagrożenie i nawet w szerszym aspekcie wziąwszy pod uwagę związki partnerskie, nie mówić juz o związkach homoseksualnych i innych. Tylko, że Chrystus tak nie nauczał. A na końcu stawiasz tezę: Zatem teza powraca: propozycja Nauczycielskiego Urzędu Kościoła jest niesatysfakcjonująca współczesnego człowieka i musi zostać poważnie zmieniona lub zostanie odrzucona. Ale to jest zadanie dla Kościoła i Pana Boga. Tak, masz rację, ale w innym sensie. Jest to wielkie życzenie szatana. I to ostatnie zdanie - rzeczywiście, iście szatańska przewrotność. Czy można tak? Można. W księdze Ptp Bóg mówi: "Kładę przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście, wybieraj" To Ty kolego Magistrze dokonujesz wyboru.
M
Magister
28 października 2009, 15:44
Drogi socjologu. Nie piszę o eliminacji stadności przez cywilizację, a jedynie o stadnym charakterze związku małżeńskiego. A to jest różnica. To, że znasz naukowców świetnie się realizujących w małżeństwie to dobrze, a nawet bardzo dobrze. A ja znam uniwersytety, gdzie ponad 90% naukowców żyje samotnie. Nie piszę również, że współczesna cywilizacja pragnie wykluczyć stadność, choć ubocznym jej celem będzie taki rezultat (tak przypuszczam), a jedynie to, że małżeństwo nie stanowi miejsca samorealizacji życia coraz wiekszej grupy jednostek, które mając do wyboru silnie zakorzeniony seks w sobie, realizowalny w małżeństwie razem ze wszystkimi jego blaskami i cieniami, i karierę zawodową wybiorą karierę zawodową jako pełniejsze miejsce realizacji ich człowieczeństwa. Pewnego rodzaju osamotnienie, brak seksu, bliskości emocjonalnej, poczucia ciepła i akceptacji jest z nawiązką kompensowane przez karierę. Zaś na pewnym poziomie intelektualnym fascynacja nauką jest tak silna, że zadowolenie z dzieci nawet się z tym nie może równać. Oczywiście samorealizacja nie stoi w sprzeczności z tworzeniem związków a nawet z nim współgra, tylko, że mając do wyboru ograniczenia wynikłe z życia rodzinnego i karierę coraz więcej ludzi wybiera karierę a nie życie rodzinne, które z nią koliduje. Oczywiście znajdzie pan wiele udanych związków ludzi, którzy zrobili kariery, jednak wzrastająca liczba ludzi wybierająca karierę zamiast rodziny przeczy na dłuższą metę takiej możliwości na prostej zasadzie. Poświęcając więcej czasu pracy będą bardziej konkurencyjni wobec tych, którzy poświęcają jej mniej, ze względu na obowiązki rodzinne. Patrząc na wybór wielu ludzi widać, że rodzina nie jest alternatywą i ginie w zwykłej konkurencji wyboru. Zatem teza powraca: propozycja Nauczycielskiego Urzędu Kościoła jest niesatysfakcjonująca współczesnego człowieka i musi zostać poważnie zmieniona lub zostanie odrzucona. Ale to jest zadanie dla Kościoła i Pana Boga.
I
internauta
28 października 2009, 14:42
Zgadzam się z ~ Obserwatorem. Słowotok pisany, magma itp.
O
Observator
28 października 2009, 14:03
Trujecie w tych komentarzach. Na dodatek uważacie, że wasze spojrzenie jest jedynie słuszne. Uczyć się od autora tekstu.
S
socjolog
28 października 2009, 14:03
Drogi Magistrze, na jakiej podstawie wysnuwasz swoje wnioski? Obserwuje Twoje komentarze i coraz częściej mam wrażenie, że się trochę powtarzasz, snując swoje dywagacje. Znam wielu świetnie wykształconych ludzi, którzy świetnie samorealizują się zarówno w małżeństwie jak i w karierze, pracy naukowej etc. Samorealizacja nie stoi w sprzeczności z budowaniem bliskich związków z drugim człowiekiem, co więcej, tworzenie tych zależność jest jednym z podstawowych pragnień jednostki ludzkiej jak i całych zbiorowości społecznych. Nie sądzę by, jak Ty to określasz, "współczesna cywilizacja" tego właśnie pragnęła. Ona raczej cały czas dąży do tworzenia takich relacji, tylko w swój, trochę pokraczny sposób. Ludzie tworzą związki "bezpośrednie" za pośrednictwem nowych technologii (internet, telefony). Nie są samotnikami, są w "stadzie", tylko inaczej skonstruowanym. Zapytam więc, dlaczego według Ciebie praca naukowa jest lepsza od posiadania dzieci? Na jakiej podstawie dokonujesz tak szerokiego uogólnienia. Dlaczego, cywilizacja według Ciebie dąży do wyeliminowania "instynktu stadnego" ludzkości. Nie odnajduję w ogóle konkretnej odpowiedzi na te stwierdzenia w Twoich wypowiedziach
M
Magister
28 października 2009, 13:40
Szanowna Mężatko. Odawaniu nie było jeszcze mowy, ale jest to wbudowane w samorealizację osobową. Jakoś tak się dzieje, że osoby niedojrzałe nie potrafią dawać, a dojrzałe stały się dlatego, że umieją i dają. Mam wrażenie, że piszesz tylko po to, aby wbić ,,szpilkę" i wygłosić kolejny truizm w rodzaju, no ale nie mówiłeś jeszcze o lotach w chmurach nad górami, jako samospłenieniu się małżonków (szczególnie płci żeńskiej). O. Koontza raczej nie będę czytał, gdyż z opisu wynika, że raczej to jest psychoterapia seksualna, w rodzaju seks jest dobry jeśli się ustawi go na poziomie życia drugiego człowieka i odpowiedzialności za niego. No i dobrze. Tylko na poziomie życia drugiego człowieka i odpowiedzialności za niego jest kariera, która daje wiecej spełnienia niż seks i to nie tylko mężczyznom. A praca naukowa jak wspomniałem jest lepsza niż posiadanie dzieci w małżeństwie. Zatem powraca teza, że katolicka wizja małżeństwa nie przystaje do rosnących aspiracji ludzi wykształconych, których jest coraz więcej i mają podobne zdanie niezależnie od siebie. Zatem nastąpi rozpad instytucji rodziny opartej o mechanizmy pierwotne, wykształcone przez miliony lat życia stadnego, a podmalowaną tylko zasadami chrześcijańskimi ukierunkowującymi moralność seksualną i rodzicielską zgodnie z zasadami Boga, które i tak są zbyt wymagające dla wielu. Model, który powstanie urodzi się w bólach, i ogromnych cierpieniach setek milionów ludzi zawiedzionych w obecnej propozycji oferującej powierzchowne zadowolenie - robię tak jak Bóg przykazał, a nie głębokie spełnienie - nie tylko jak Bóg, ale jeszcze mam gęboką radość duchową ze związku z żoną i posiadania dzieci, czego obecny model nie zapewnia. Czyli kryzys rodziny to nie kryzys człowieka czy cywilizacji tylko kryzys płytkiej oferty Nauczycielskiego Urzędu Kościoła.
M
Mężatka
28 października 2009, 10:50
Drogi Magistrze, Napisałeś:"Każdy bierze z cywilizacji jak potrafi", masz rację. W Kościele jest podobnie - każdy bierze z niego jak potrafi, a niektórzy nawet starają się coś z siebie dać. Sens życia. Odnośnie tego co Cię drażni w kościelnej wizji małżeństwa pojawiły się niedawno publikacje O.Knotza. Może zobaczysz kwestię w innym świetle. Pozdrawiam.
M
Magister
27 października 2009, 23:46
Droga m0cna. Otóż samorealizacja bez dojrzałości nie istnieje. Człowiek kręci się w kółko. Jakiej głebi dostarcza cywilizacja - głębi duchowej, głębi osobowej, głębi intelektualnej. Mówy raczej tobie m0cna one jej nie dostarcza. Raczej w ten sposób się wypowiadaj. Zatem widzisz, że każdy bierze z cywilizacji jak potrafi. Jeśli nie potrafisz to twoja sprawa. Skąd biorę model rodziny? Na przykład z Katechizmu Kościoła Katolickiego, z książek Jana Pawła II (Mężczyzną i niewiastą ich stworzył), z Pism św. Pawła - jest tam dużo o małżeństwie, zresztą zachęta do częstego współżycia itp. Taki model nie podoba mi się jest płytki i tyle. Nie podoba się też wielu innym ludziom, którzy podzielają moje zdanie. Jest ich coraz więcej i prawdopodobnie będzie ich coraz więcej. Kościół dostrzeże problem jak wróci do 12-stu Apostołów. Zazwyczaj jest ślepy i ociężały, a działanie są spóźnione. Teraz konsekwencje spóźnionych działań będą coraz boleśniejsze, może zacznie być wreszcie aktywny, kto wie. Pewnie bez paru razów kijem nie będzie.
D:
dziecko :)
27 października 2009, 18:52
sprawdza sie :) bo ja jestem :)
O
otto
27 października 2009, 18:07
Magistrze, trochę drażni twój ton, ale pewnie dla Ciebie to nie argument, bo uczuciami raczej się nie przejmujesz. Takie przynajmniej robisz wrażenie. Jeśli jednak jesteś tak dobrze wykształcony jak mimochodem (i ksywą) utrzymujesz, to warto byś zapoznał się z wielkim powrotem nauki właśnie do kwestii uczuciowych i emocjonalnych. To nie są sprawy, które można pomijać czy lekceważyć, zwłaszcza w naszych czasach, gdy cały ten showbiznes uczuciami stoi. A co do kwestii modelu rodziny, który proponuje Kościół, to trudno mi się z Tobą zgodzić, gdyż za mało mam danych. Ale nie wstawiałbym tak szybko tego modelu do lamusa, bo to właśnie ten model od wieków się sprawdza, czego raczej nie można powiedzieć o singlowaniu. Ale to temat na osobne i dłuższe rozmowy. pozdrawiam
27 października 2009, 13:05
do Juro pudło... "singlizm" jest właśnie tym, czego doświadczam... tylko odmawiam ubierania tego w ideologię nowego nurtu cywilizacji XXI wieku... bo nie spotkałam jeszcze nikogo (a wielu moich znajomych jest w podobnej sytuacji) kto sam by sobie taki stan wybrał... widzę to raczej jako brzemię wielu ludzi... nie uważam też, że współbycie (w parze czy "małżeństwie mimo wszystko") jest normą postępowania... wiem, że można dobrze i wartościowo żyć w pojedynkę... ale nie można samemu... bo samemu nie ma sensu...
27 października 2009, 12:15
Więc po kolei: kobiety żenią się zazwyczaj, żeby podnieść swój prestiż, poczucie bezpieczeństwa, dla seksu i przyszłej kariery męża, dzieci pełnią rolę zazwyczaj elementu, którym się można pochwalić. Może niektóre osoby mają takie właśnie motywacje. Użycie słowa "zazwyczaj" odzwierciedla zasadniczo Twoją percepcję rzeczywistości a nie fakty. Motywacje, które opisałeś mogą towarzyszyć także osobom wybierającym życie konsekrowane (księżom, zakonnikom i zakonnicom) - podniesienie prestiżu, poczucie bezpieczeństwa, karierę w danym środowisku, powód do chluby itd. Mogą też towarzyszyć osobom wybierającym życie samotne. Sęk w tym, że na żadnej z tych dróg życiowych, takie motywacje nie dadzą satysfakcji. Nie pomogą osiągnięciu szczęścia. Człowiek będzie się męczył, czy to kapłan, czy małżonek, czy singel-karierowicz. I nie mów mocna, że seks nie gra w twoim wyborze głównego lub blisko główgo znaczenia bo ci powiem, że kłamiesz. W wyborze życia małżeńskiego na pewno gra rolę. Nie tyle sam seks jako czynność, co atrakcyjność fizyczna - przyciąganie płci. To oczywiście przeczy Twojej tezie, że *zazwyczaj* ludzie się pobierają dla prestiżu itd.   Nie prawdą jest, że cywilizacja nie dostarcza głębi, właśnie, że dostarcza - cywilizacja nie świat. Kariera jest lepsza dla człowieka wykształconego niż seks, a praca naukowa niż posiadanie dzieci. Jakiej to głębi dostarcza cywilizacja? Co ma wspólnego kariera z głębią? Zaspokajanie siebie nie sluży szukaniu tego co głębokie, uniwersalne, absolutne, nie pozwala odnależć sensu istnienia. Bo skupiając się na sobie tracisz szerszą perspektywę.  Im wyższe wykształcenie i zdolności człowieka tym rodzina jest coraz mniej atrakcyjną formą pogłębiania własnego człowieczeństwa. Nie chodzi o bodźce emocjonalne tylko o zwykłą samorealizcję, No właśnie - tu się nie rozumiemy, dojrzewanie wewnętrzne człowieka to nie jest samorealizacja. Przynajmniej nie w wizji człowieka jaką proponuje Kościół. Kościół, mój Kościół zostanie zapędzony w kozi róg dość szybko, gdy będzie oferował taki model rodziny jak dotychczas. Jest on płytki egzystencjalnie. Tu mi się nasuwa pytanie - na czym opierasz swoją opinię na temat modelu rodziny proponowanego przez Kościół?
M
Magister
27 października 2009, 11:44
Rozumiem, że nie rozumiesz niczego, z tego co napisałem. Nic nie szkodzi, kobiety żenią się zazwyczaj, żeby podnieść swój prestiż, poczucie bezpieczeństwa, dla seksu i przyszłej kariery męża, dzieci pełnią rolę zazwyczaj elementu, którym się można pochwalić. I nie mów mocna, że seks nie gra w twoim wyborze głównego lub blisko główgo znaczenia bo ci powiem, że kłamiesz. Nie prawdą jest, że cywilizacja nie dostarcza głębi, właśnie, że dostarcza - cywilizacja nie świat. Kariera jest lepsza dla człowieka wykształconego niż seks, a praca naukowa niż posiadanie dzieci. Tak jest dla wielu ludzi. Seks jest prymitywny w swojej ofercie, a pseudouczucia przyjaźni małżeńskiej nie wytrzymują próby czasu, tak jak pseudogłębia seksu. Dlatego taka oferta jest nie doprzyjęcia. Ambicje człowieka owszem, mogą się realizować w rodzinie, tylko dla wielu ludzi coraz mniej. Im wyższe wykształcenie i zdolności człowieka tym rodzina jest coraz mniej atrakcyjną formą pogłębiania własnego człowieczeństwa. Nie chodzi o bodźce emocjonalne tylko o zwykłą samorealizcję, emcje są dobre dla kobiet czytających Harelquiny czy ogladające namiętnie opery mydlane. Kościół, mój Kościół zostanie zapędzony w kozi róg dość szybko, gdy będzie oferował taki model rodziny jak dotychczas. Jest on płytki egzystencjalnie.
27 października 2009, 10:06
Magister, Nie rozumiem tego, co piszesz. Kościół ma zmienić model rodziny na taki, który Tobie pasuje... bo ja wiem... dostrcza emocj, atrakcjii? Czy Twoim zdaniem ambicje człowieka nie mogą sie realizować w rodzinie? To chyba nie chodzi o to, żeby mieć wiecej bodźców, wrażeń, możliwości, ale żeby je przeżywać głębiej. A tej głębi świat Ci nie ofiaruje żadną miarą. Oferta cywilizacji nie jest głębsza. Współczesny świat oferuje Ci mnogość, ale płytką, taką która nie zaspokoi potrzeb. Kościół natomiast zachęca do odkrywania głębi na drodze, do której powołał Bóg. Jeżeli Bóg powołał do małżeństwa - to do odkrywania Boga w relacji małżeńskiej. Jeżeli żenisz się dla zaspokojenia potrzeby swojej dominacji, czy dla poczucia bezpieczeństwa (w stadzie) to możliwe, ze rodzina nie jest Twoim powołaniem.
M
Magister
27 października 2009, 05:55
Można tylko dodać, tyle, że oferta cywilizacji jest znaczanie głębsza i bardziej angażująca biolgicznie i na poziomie podświadomym niż seks czy instyknt stadny realizowany w rodzinie, czy też prymitywna potrzeba dominacji, również też tam zaspokajana poprzez ojcostwo. Zatem czeka rodzaj ludzki rozpad prymitywnej formy rodziny do czasu aż znajdzie Kościół ofertę godną człowieka w nowej cywilizacji. To nie człowiek ma się zmnienić ze swoimi ambicjami tylko Kościół ze swoją propozycją uświęcania człowieka poprzez rodzinę. Zatem Pan Bóg ma co robić.
CS
ciapek stepowy
26 października 2009, 23:17
No, niezle. dowiedziałem się, żem Wilk Stepowy, a ja byłem przekonany, że ze mnie po prostu Ciapek :)
J
Juro
26 października 2009, 20:39
Czy nic, czego sam nie doświadczyłeś - A. - nie istnieje? Jak mogłeś nie poddać się strachowi przed niezdefiniowanym, skoro nie mogłeś go doświadczyć? Każdy za czymś tęskni, pragnie i szuka, a ty akurat z własnej potrzeby współbycia chcesz robić normę postępowania. Singlizm nabrał pejoratywnego wydźwięku nie ze swej natury, ale najczęściej spotykanej formy występowania.
M
Magister
26 października 2009, 20:23
Czy ja wiem? A co z celibatem? A co jak usunąć seksualny promiskuityzm i wybrać dorgę samotności wśród bogactwa i kariery, ale bez rodziny? A co jak życie wewnętrzne będzie się charakteryzować, głębią modlitwy, a dopaminowy orgazm razem ze śmiechu wartą psychoterapią naturalną rodziny, będzie leczył słabość stadną wytresowaną przez setki tysięcy lat. Mam być małpoludem, czy świadomym człowiekiem? Problemem jest brak satysfakcjonującej wizji rodziny proponowanej przez Kościół, a czasy ciepłego łożeczka i mokrych czegoś tam odchodzą w niepamięć. Małżeństwu brakuje ducha, ale to sprawa Kościoła i jego wizji rodziny. Na razie prosty biologizm w doktrynie i tyle. Żal, że aż serce ściska. Jak nie będzie społeczeństw to co kogo to obchodzi. Ja mam się zbawić, i to jest mój cel, a nie zachować rodzaj ludzki w ciągłości. To jest cel Pana Boga.
26 października 2009, 19:34
nie wierzę w bycie "singlem"-to tylko nadmuchana teoria dyktowana strachem przed niezdefiniowaniem... nie spotkałam jeszcze nikogo kto by był sam z wyboru, bo tak mu lepiej, i nie tęsknił, i nie pragnął, i nie szukał...
O
otto
26 października 2009, 19:20
Właśnie o to chodzi, że nie ma trzeciej drogi: albo jesteś egoistą albo żyjesz dla innych. Dlatego zgadzam się, że można być egoistą zarówno w klasztornych łaszkach, jak i małżeńskich pieleszach. Problem z singlami polega na tym, że oni z definicji bardziej narażeni są na egoizm. Najbardziej leniwa żona i matka musi jednak czasem zwlec sie z łóżka, żeby coś tam upichcić i nakarmić dzieci. Singel, który nie ma dzieci, nie ma nawet tej wymuszonej okazji do zrobienia czegoś dla innych. Ale to wcale nie znaczy, że nie można być singlem i być dobrym dla innych. W tym sensie singlowanie może być nawet powołaniem.
G
Gosia
26 października 2009, 18:06
Otto, nie chodzi mi o zakonników :) bo przecież nie trzeba wybierać między małżeństwem a zakonem, jest jeszcze 3 droga :). By dawać siebie innym wcale nie trzeba wychodzić za mąż, czy iść do zakonu. Jezus ani się nie żenił ani nie zamykał w klasztorze :)
26 października 2009, 16:03
Znam egoistów żyjących w małżeństwie, a przypuszczam, że mogą się trafić i w zakonach... Tyle, że single funkcjonują jako negatywny stereotyp (przykładowo opisany w artykule jako 40 latka bez czasu na śniadanie). Czy takich karierowiczów nie ma i wśród małżonków?
O
otto
26 października 2009, 15:03
Gosiu, chyba nie zrozumiałaś dobrze tych słów. Temu autorowi nie chodzi o nieunikniony wybór między małżeństwem a życiem zakonnym, ale miedzy egoizmem a życim dla innych. W tym sensie myślę, że ma rację.
G
Gosia
26 października 2009, 14:52
"I w tym kontekście możliwa staje się odpowiedź na szersze pytanie: Jak będąc singlem, pozostać człowiekiem? Dotyczy to wszystkich, ponieważ w sensie metafizycznym każdy człowiek jest pojedynczy i dopiero we wspólnocie staje się człowiekiem."--- jak dla mnie przegięcie, nie wszyscy muszą za mąż wychodzić, czy się żenić. Każdy człowiek jest inny i ma swoją drogę. Najważniejsze by był na tej właściwej.

Skomentuj artykuł

Singiel - kosztowny wybór?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.