Nie zaglądam nikomu do łóżka

Nie zaglądam nikomu do łóżka
(fot. sxc.hu)
5 lat temu
Logo źródła: w drodze Katarzyna Kolska / slo

Nikt nie powiedział małżonkom: musicie być idealni. Małżeństwo, tak jak każde powołanie, to jest droga wzrastania. Pewien ideał, do którego dążymy z Maciejem Soszyńskim OP rozmawia Katarzyna Kolska.

Katarzyna Kolska: Dlaczego Kościół uznaje antykoncepcję za grzech?

Maciej Soszyński OP: Dlatego, że antykoncepcja sprzeciwia się zamysłowi Boga. Jest antypoczęciem, antyżyciem. Bóg tak stworzył człowieka, kobietę i mężczyznę, że dał parze małżeńskiej dni płodne i niepłodne. Sięgnięcie po antykoncepcję to powiedzenie Bogu: Sam będę decydował o tym, kiedy mam być płodny, a kiedy nie.

Mówiąc o płodności, podkreśla ojciec tylko jeden wymiar aktu seksualnego, czyli gotowość na przyjęcie dziecka. Ale przecież nie można zapominać, że współżycie seksualne decyduje o bliskości i jedności małżonków. Na jednej szali są więc oni jako potencjalni rodzice, a na drugiej oni jako para. I muszą wybierać. Czy Kościół nie żąda od nich w ten sposób heroizmu?

Nie. Ktoś może powiedzieć: nie jesteś małżonkiem, więc nie wypowiadaj się o tym, co się dzieje w małżeńskim łóżku. Ale tu nie o łóżko chodzi, tylko o to, jak małżonkowie zdefiniują bliskość. Więź seksualna jest oczywiście bardzo ważnym elementem przeżywania miłości przez dwoje kochających się ludzi i bardzo dużo mówi o jedności między nimi. Ale nie jest jedynym sposobem przeżywania tej bliskości. Mam niestety poczucie, że w ostatnich czasach z seksualności, czy może bardziej z erotyczności, zrobiliśmy bożka i sprowadziliśmy miłość tylko do tego jednego wymiaru. Jeśli bliskość możemy wyrazić tylko poprzez seks, to mamy kłopot, bo nie zawsze w ten sposób da się ją wyrazić. Wystarczy, że pojawi się choroba - i już nie ma bliskości seksualnej. Czy to znaczy, że małżeństwo się rozpadnie? Ktoś powie: Ależ nie, to jest szczególna sytuacja, my sobie z tym poradzimy. Znam małżeństwa, które sobie nie poradziły. I zaryzykuję stwierdzenie: jeśli para buduje swój związek, zaczynając od seksu, to właśnie w takich trudnych życiowych momentach może się okazać, że oprócz seksu niewiele ich łączy.

Jeśli natomiast swoją seksualność, swoje potrzeby erotyczne małżonkowie wpisują w całokształt bliskości, to sobie z tym poradzą, co wcale nie znaczy, że to będzie dla nich łatwe. Bo na pewno nie będzie.

Inna jest otwartość i gotowość na przyjęcie dziecka w wypadku małżonków, którzy nie mają jeszcze dzieci albo mają i planują kolejne, a inna u małżonków, którzy mają już troje, czworo czy pięcioro dzieci. Oni są otwarci na życie, ale nie są w stanie - z różnych powodów - kolej- nego dziecka przyjąć.

Jeśli małżonkowie absolutnie nie są w stanie przyjąć kolejnego dziecka, to antykoncepcja będzie dla nich wątpliwą pomocą, bo nie ma takiej, która byłaby stuprocentowo pewna. Dzieci, które poczęły się mimo stosowania środków antykoncepcyjnych, nie jest wcale tak mało.

Nie chcę wchodzić w rolę nauczyciela ars amandi i nie zamierzam mówić małżonkom, jak mają się kochać, ale jeśli tak bardzo obawiają się poczęcia kolejnego dziecka, to mają tylko dwa wyjścia: albo zachować całkowitą wstrzemięźliwość seksualną, albo współżyć wyłącznie w dniach pewnej niepłodności.

Ale wiele par ma tych pewnych dni bardzo mało. Jeśli nałożą się na nie jeszcze choroby dzieci, wyjazdy służbowe czy zwyczajne zmęczenie, wówczas okazji do współżycia jest naprawdę niewiele. Coraz częściej zdarza się też, że mąż pracuje w innym mieście, do domu wraca tylko na weekendy. Rada: niech mąż znajdzie pracę w tym samym mieście jest dość arogancka.

To prawda. Ale już powiedzenie komuś: Twoje dzieci bardzo cię potrzebują, nie możesz ich wychowywać przez telefon i skype’a jest mniej aroganckie.

Dobrze ojciec wie, że pracodawcy bywają bezwzględni, nie oglądają się na rodzinę i mówią krótko: albo decydujesz się na pracę w innym mieście, albo do widzenia. Mąż wraca w piątek wieczorem do domu, potrzebuje bliskości swojej żony, ale żona jest właśnie w okresie płodnym i mówi: nie możemy teraz ze sobą współżyć.

Jedność małżeńska buduje się przez taką zwykłą bliskość na co dzień - to, że małżonkowie nie mieszkają razem zadaje ból i ranę tej jedności. I wcale nie jestem pewien, czy stosunek małżeński odbyty raz na tydzień, czy raz na miesiąc nadrobi to, że mąż i żona nie mieszkają razem, że nie dzielą się obowiązkami, nie rozmawiają twarzą w twarz, nie siadają przy wspólnym stole, nie spędzają ze sobą czasu. W takich sytuacjach nawet trudno jest się pokłócić, bo już trzeba znowu wyjeżdżać i sprawy rozchodzą się po kościach, co wcale nie znaczy, że zostały twórczo rozwiązane.

Jako duszpasterz towarzyszę wielu parom, rozmawiam z nimi bardzo szczerze, także o ich intymnych problemach. Każda z tych historii jest inna, niepowtarzalna - to, co jest dobre dla jednej pary, dla drugiej jest nie do przyjęcia. Nie ma jednej rady dla wszystkich i takiej tu nie udzielę. Ale wszyscy powinni sobie zadać pytanie: jaki my mamy stosunek do etyki seksualnej Kościoła katolickiego - czy uznajemy ją za swoją drogę życiową, czy za zło konieczne, coś, co musimy ominąć, nagiąć, z czym musimy walczyć.

Wiele małżeństw traktuje ją jako swoją drogę życiową, ale w jakimś momencie sytuacja, w której się znaleźli, sprawia, że coś, co było pewnością i oczywistością, staje się - z różnych powodów - problemem. I nie traktuje antykoncepcji jako zasadę, ale jako wyjątek.

Świętość jest pewnego rodzaju heroizmem i mało kto z nas do niej dorasta. Ale jakoś nie przychodzi nam do głowy żeby powiedzieć: skoro ta świętość jest taka trudna, obniżmy jej standardy, wtedy będziemy mieli więcej świętych ludzi.

Z seksualnością i przeżywaniem jej w małżeństwie jest podobnie: nie można jej oderwać od reszty życia duchowego. Powiedziałbym nawet: jakie życie duchowe, jaka relacja z Panem Bogiem, takie też przeżywanie seksualności. Nikt nie powiedział małżonkom: musicie być idealni. Małżeństwo, tak jak każde powołanie, to droga wzrastania. To pewien ideał, do którego dążymy. Taka poprzeczka, którą ustawiamy na wysokości dwóch metrów i próbujemy przez nią przeskoczyć.

Niektórym się to udaje od razu, inni ją strącają, niektórzy patrzą i mówią - to dla nas za wysoko. Ale są też tacy, którzy mówią: obniżmy ją do 50 centymetrów, żeby wszyscy mogli przeskoczyć. Z życiem duchowym jest podobnie: wkurzamy się, że nie dorastamy, i chcemy tak odwrócić zasady, żeby mieć lepsze samopoczucie. A przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by przyjść do konfesjonału i powiedzieć: nie daliśmy rady. Nasze pragnienie bliskości, nasza namiętność były silniejsze od tego, czego byśmy chcieli. Nie zapominając przy tym, jaką drogę obraliśmy w naszym życiu i w jakim kierunku chcemy iść. A że potknęliśmy się? No cóż, bywa. Czy jest to nam aż tak obce, czy nie przeżywamy tego na co dzień w różnych dziedzinach naszego życia?

Niełatwo przyznać się do porażki i powiedzieć: to dla nas za trudne.

Jestem pewien, że niejeden ksiądz powiedziałby po cichu: ja myślę, że etyka seksualna proponowana przez Kościół jest bardzo trudna. Powiem więcej: ja też tak myślę i nie boję się do tego głośno przyznać w tej rozmowie. Moja seksualność też jest dla mnie trudem. To nie jest bułka z masłem. Ale mając 40 lat, wiem, że nie chodzi o to, żeby własną słabość nazwać świętością. Mam tyle pokory, że zwyczajnie mówię: nie dorastam. Potykam się. A Pan Jezus, który jest dawcą miłosierdzia, nie pyta: dlaczego się potykasz, tylko pyta, czy chcesz powstać. Ale pycha nam mówi: my naszego potykania się nie będziemy nazywać potykaniem się. Proszę tak to zdefiniować, żeby potykanie się było nazywane krokiem poloneza.

Tylko że to potykanie się w przypadku antykoncepcji nazywane jest grzechem ciężkim. I może właśnie to tak boli małżonków.

O ciężkości grzechu nie świadczy tylko i wyłącznie materia. To nie jest tak, że grzech przeciwko szóstemu przykazaniu zawsze jest ciężki, a kłamstwo (chociaż to wcale nie jest prawda) nigdy nie jest ciężkie. Wskaźnikiem jest tutaj świadomość i dobrowolność tego grzechu. Przecież są grzechy przeciwko szóstemu przykazaniu, które nie zawsze są grzechem ciężkim. Powiem więcej: pod względem materii to samo zachowanie raz może być grzechem ciężkim, a innym razem nie musi być grzechem ciężkim. Nikt za nas nie odpowie, jakie były nasze najgłębsze motywacje. To już jest osąd naszego sumienia, które - jeśli jest dobrze ukształtowane - nigdy nas nie zawiedzie.

Strach przed zajściem w ciążę może być większy niż przed tym, że popełnimy grzech.

Ale sięganie po środki antykoncepcyjne nie jest rozwiązaniem problemu. Jeżeli kobieta mówi: nie mogę sobie pozwolić na kolejne dziecko, i panicznie się boi, że zajdzie w ciążę to warto ją zapytać: Czego pani się boi? Boję się, że mój mąż mnie zostawi. No, jeśli tak, to sytuacja jest zupełnie inna, to znaczy, że w tym małżeństwie nie ma jedności.

I co wtedy?

To bardzo trudne i bolesne. Rzeczą nadrzędną wydaje się tu troska o jedność tego małżeństwa. Choć cena, jaką za tę jedność trzeba zapłacić jest bardzo wysoka. I nawet jeżeli taka osoba przyjdzie do konfesjonału i usłyszy słowa pocieszenia, jej to nie wystarczy. Bo ona ma świadomość, że żyje pod prąd, w niezgodzie z sobą, z tym, w co wierzy, co jest dla nie ważne. Trudno nawet podejrzewać, by takie współżycie seksualne sprawiało jej jakąkolwiek radość czy przyjemność.

Czy stosowanie środków antykoncepcyjnych jest zawsze grzechem obojga małżonków? Przecież to żona bierze tabletki. Mąż musi się z tego spowiadać?

Oczywiście. Chyba że się na to nie zgadza.

Mężczyźni często nie mają poczucia, że to też ich grzech.

To prawda. Ale znam też odwrotne sytuacje: małżonek się spowiada, że żona bierze tabletki antykoncepcyjne, a ona nie mówi w konfesjonale na ten temat ani słowa.

Przeciwnicy metod naturalnych mówią: dlaczego mamy się kochać wtedy, kiedy możemy, a nie wtedy, kiedy chcemy?

No i co?

No i twierdzą, że współżycie w dni niepłodne może być bardzo instrumentalne - współżyjemy, bo nie chcemy żeby "się zmarnowały" te sprzyjające dni. Czasem wynika to bardziej z małżeńskiego obowiązku niż z miłości.

Jestem mężczyzną i wydaje mi się, że mężczyzna w każdym momencie ma tę samą ochotę.

Ale kobieta nie…

I to jest fenomenalne, że kobieta ma największą ochotę, by współżyć wtedy, gdy może dojść do poczęcia nowego życia. Strasznie by to było smutne, gdyby życie rodziło się bez takiej ochoty, bez tego poweru.

Lubię żeglować, więc użyję takiego porównania: jeśli mamy sprzyjające wiatry, to możemy płynąć tam, dokąd chcemy, bez większego wysiłku. Ale to jest raczej sytuacja idealna i nie zawsze się tak da. Przecież mamy zamierzony cel i chcemy go osiągnąć. Morze bardzo uczy pokory, cierpliwości i posłuszeństwa. Chcąc dopłynąć do zaplanowanego portu, musimy czasami robić to przy mniej sprzyjających wiatrach, a czasem nawet płynąć pod wiatr. W praktyce oznacza to, że trzeba się więcej nakombinować, namęczyć, częściej przerzucać żagle z burty na burtę. Nikt zbytnio się temu nie dziwi. Taki urok żeglowania. Morze ma swoje prawa i ono tu rządzi. Jestem trochę wyznawcą zasady, że w życiu nie ma nic za darmo. A chciałoby się. Prawda?

Dzięki rozwojowi medycyny jakość naszego życia jest o wiele lepsza - cieszymy się z możliwości przeszczepów, trwają prace nad sztucznym sercem, ratujemy ważące zaledwie kilkaset gramów noworodki, a w tej jednej dziedzinie, dotyczącej naszej seksualności, mówimy medycynie: nie.

W jakim sensie?

Wielu małżonków postrzega środki antykoncepcyjne jako wielkie osiągnięcie medycyny, a Kościół temu osiągnięciu mówi: nie.

Nie trzeba być wielkim naukowcem, żeby zrozumieć, czym różni się przeszczepienie wątroby od stosowania środków hormonalnych. Owszem, jedno i drugie zaczyna się w laboratorium, ale przeszczep ma poprawić jakość istniejącego życia, a środki antykoncepcyjne psują coś, co dobrze funkcjonuje. Oczywiście, szuka się środków optymalnie zdrowych dla kobiety, ale na razie chyba takich nie wynaleziono.

Co ojciec mówi na kursach przedmałżeńskich, kiedy narzeczeni pytają o antykoncepcję?

Najczęściej nie pytają, bo wielu z nich od dawna stosuje środki antykoncepcyjne albo ma na ten temat wyrobione zdanie Ponad połowa uczestników kursów przedmałżeńskich nie zachowuje czystości przedmałżeńskiej i neguje nauczanie Kościoła dotyczące etyki seksualnej. Zastanawiam się wtedy, po co oni przychodzą na spotkania, które mają ich przygotować do przyjęcia sakramentu małżeństwa.

I próbuje ojciec przekonać nieprzekonanych?

Nikogo do niczego nie przekonuję i nie przerzucam się argumentami. Mówię natomiast, że chrześcijaństwo jest drogą, którą trzeba świadomie wybrać. Ta droga nie jest łatwa, czasem będzie wymagała wielu wyrzeczeń. Jednak jest to nasz sposób życia. I w ten sposób życia wpisuje się też przeżywanie naszej seksualności, naszej płodności. Ono nie może pochodzić z innego porządku. Szóste przykazanie wcale się nie różni od pozostałych dziewięciu. Problem polega trochę na tym, że w większości przypadków prawo stanowione jest po tej samej stronie co prawo kościelne.

Nie rozumiem.

Jeżeli zabijamy lub kradniemy, to idziemy do więzienia, a przy okazji mamy grzech. A jeżeli stosujemy środki antykoncepcyjne, które możemy kupić w aptece, to poczucie grzechu nie jest już dla nas takie oczywiste.

No tak, i wtedy łatwiej powiedzieć, że Kościół się czepia albo że się wtrąca.

Dlatego, chcąc uniknąć rozmowy na takim właśnie poziomie, tłumaczę narzeczonym, że decydując się na małżeństwo, decydują się na pewien rozwój. Dokładnie tak samo, jak młody kleryk, który zostaje księdzem i decyduje na to, że będzie się rozwijał w swoim kapłaństwie. On jeszcze nie wie, co go czeka, z iloma różnymi pragnieniami, pokusami i marzeniami będzie musiał sobie poradzić, i jakie to będzie trudne. Niektórzy mają na to prostą receptę: to w takim razie znieśmy celibat. A to nie jest kwestia zniesienia celibatu tylko przeżycia swojego wyboru, który niesie ze sobą pewne ograniczenia.

W małżeństwie jest podobnie. Jeżeli odkryję swoją drogę, swój trud, swoją niedoskonałość, to sobie z tym poradzę. A jeśli mi się coś nie uda, to mogę przyjść do konfesjonału i powiedzieć: zgrzeszyłem.

I co usłyszę? Bóg, Ojciec miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, niech ci udzieli przebaczenia i pokoju przez posługę Kościoła. I ja odpuszczam Tobie grzechy. Udzielam ci rozgrzeszenia. I pokoju.

Umiejmy przyznać się do słabości, a nie krzyczmy: zmieńmy zasady. Pewnie, że można je zmienić. Tylko nie wiemy, dokąd nas to zaprowadzi. Dlatego czasami warto zaufać Kościołowi.

Maciej Soszyński - ur. 1972, dominikanin, prowadzi Dominikańską Akademię Małżeńską, mieszka w Poznaniu.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Nie zaglądam nikomu do łóżka
Komentarze (29)
MJ
Malgorzata Janusevic
10 września 2018, 20:57
Jestem dorosla i sama bede decydowac kiedy chce lub nie chce dzieci. Tylko ze ja bede je kiedys rodzic,karmic i  wychowywac a nie kosciol ktory mi ani grosza nie da.
S
Stafan
8 lutego 2015, 19:40
Pan domonikanin powiedział : Jestem mężczyzną i wydaje mi się, że mężczyzna w każdym momencie ma tę samą ochotę. Ma rację, wydaje mu się. Zakładam, że sądząc po sobie - jesli faktycznie nie współzyje, to nie dziwię się, że jest wyposzczony.
S
szpileczka
24 stycznia 2015, 20:17
no i znowu włażenie ludziom z butami DO ŁÓŻEK, czy sobie tego życzą, czy nie. Mam już tego dosyć. Kto dał wam do tego prawo???????????????Czy my zajmujemy się waszymi problemami? Dajcie nam spokój. 
S
sz
13 stycznia 2015, 02:58
Kolejny, który do łóżka ludziom nie zagląda. Co roku przerabiamy to na kolędzie - mieszkamy w jednej parafii od dobrych kilku lat, jesteśmy małżeństwem, rok temu po raz kolejny ksiądz kolędujący zaczął wizytę od ukradkowego zerknięcia do naszej sypialni, potem upewnił się 3 razy, że jesteśmy po ślubie kościelnym. Nie wiem, mam na kolędę odpisy dokumentów przygotować, czy jak? Następnie - skoro temat pogadanki nie wypalił - zaczęło się o dzieciach, których nie mamy. Niestety kilka tygodni temu poroniłam i zwyczajnie nie mam siły się księdzu tłumaczyć, czemu dzieci nie mamy oraz kiedy planujemy, ani wysłuchiwać, co powinniśmy, czego nie powinniśmy - więc w tym roku przyjęcia wizyty nie przewiduję. Wybaczcie, wy wszyscy, którzy - jak w powyższym artykule - do łóżek nam nie zaglądacie. Niezaproszeni nie macie prawa wchodzić w to, co dzieje się między małżonkami - tylko się Wam wydaje, że tak świetnie wszystko wiecie, bo jesteście mężczyznami i z wieloma ludźmi żyjącymi w rodzinach rozmawiacie. Ale nie jesteście kobietami, nie weszliście nigdy w tę specyficzną relację, jaką jest małżeństwo. Ja nie wtrącam się w Wasze przeżywanie życia kapłańskiego, Wy nie wtrącajcie się w nasze przeżywanie małżeństwa.
S
Sternik
13 stycznia 2015, 00:45
I tak Ojciec bajdewindem do każdego portu da radę dopłynąć... Hmm...  Moja Maui lubi tylko jak do niej przy pełnym wietrze podchodzę. I taka nawałnica się wtedy zrywa... Obowiązkowo kapoczek!
J
Jerzy
29 listopada 2014, 10:25
Uważam,że sprawy seksualności należy zostawić każdemu z nas jako sprawę prywatną. Czy ktoś stosuje prezerwatywy,tabletki,metodę naturalną,czy sie masturbuje....itd.- jego prywatna sprawa.Każdy z nas całe życie grzeszy. Czy jest ktoś, kto raz zgrzeszył i więcej tego grzechu nie popełnił...........nie ma takiej osoby.Na szczęście mamy spowiedź.   Krótki okres ulgi i znowu grzech........tak do śmierci. 
P
Piotr
27 listopada 2014, 18:41
Ten wywiad jest STARY. Wpiszcie w google "nikomu nie zaglądam do łóżka dominikanie". On został przeprowadzony chyba na początku 2013 jakoś. A co do treści. Można się zabijać, pewnie, można nawet rozwalić sobie małżeństwo w imię "katolickiej moralności". Jak ktoś bardzo chce? Proszę bardzo.
W
west
17 lipca 2014, 09:57
"Jestem mężczyzną i wydaje mi się, że mężczyzna w każdym momencie ma tę samą ochotę." Macieju Soszyński, masz rację. Wydaje ci się.
R
rumcajs
27 listopada 2014, 19:05
West, albo nie jesteś mężczyzną, albo masz problem. Ojcu Maciejowi dobrze się wydaje. Również jestem mężczyzną i również w każdym momencie mam tę samą ochotę. Moi koledzy również mają. Żadni budowlańcy, ani robotnicy, środowisko akademickie i trochę lat na karku.
P
Piotr
27 listopada 2014, 19:09
Kwestia indywidualna, jak każda inna. Załóżmy nawet że jest jak piszesz. Albo w ogóle pomińmy temat faceta. Jak ma postepować kobieta, która w dni płodne dosłownie chodzi po ścianach, ciężko jej, najchętniej by się na męża "rzuciła", a w 3. fazie odchodzi jej ochota całkowicie? Ma się najpierw powstrzymywać, a potem zmuszać? Chrzanię takie dobre rady, to w żaden sposób nie jest bardziej naturalne, niż prezerwatywa. Albo inne "według kościoła grzeszne i bezbożne zachowania".
R
rumcajs
27 listopada 2014, 19:20
West pisał o "facecie", więc skomentowałem temat faceta. Wracając do tematu poruszonego przez Ciebie - czemu się po prostu nie rzuci? Koniecznie musi ich dzielić lateks? Tabletka raczej na pewno sprawi, że nie będzie miała ochoty na to rzucanie się - ogranicza libido. Gdy pływasz, mokniesz. Gdy biegasz, męczysz się. Z seksu są dzieci. Zaakceptuj to. Przy okazji, żeby było jasne - sam nie jestem święty, ale uważam, że droga wyznaczona przez Kościół jest rozsądna i uczciwa. To ja mam problem, a nie Bóg. Po prostu my ludzie nie dorastamy do normy. Świętość to w rzeczywistości stan normy. My jesteśmy upośledzeni.
P
Piotr
27 listopada 2014, 19:24
Bardzo się cieszę, że jako przedstawiciela "środowiska akademickiego" zapewne Cię stać na całą gromadkę dzieci. Jesteś jednak, przynajmniej w Polsce, w mniejszości. Witamy w prawdziwym świecie.
R
rumcajs
27 listopada 2014, 23:40
Prawdziwym? Nie 100, ale 30 lat temu ludzie obywali się bez mnóstwa wodotrysków, które obecnie wydają się absolutnie niezbędne do życia. Na które musi być stać każdego, absolutnie każdego. Ale nie na dzieci. To kwestia wyborów. Podobnie, jak życie zgodnie z zasadami zdefiniowanymi przez Boga. Albo bez zasad.
P
Piotr
28 listopada 2014, 09:28
No tak, książki buty i kurtki to są zbędne wodotryski. W średniowieczu mało kto się uczył i ludzie żyli. Więc to kwestia wyboru, można nie posyłać dzieciaka do szkoły. Łatwo gadać o "kwestii wyborów" komuś, kto przed nimi nie staje. Pozdrawiam.
R
rumcajs
28 listopada 2014, 11:04
Te komentarze ad personam są zupełnie zbędne i świadczą o braku kultury w dyskusji. Nic o mnie nie wiesz i nawet jeśli napiszę, że są zupełnie chybione, to nie można tego udowodnić. Wracając, książki można kupować na wyprzedażach w szkole, od starszych roczników. Poza tym w gminach jest dofinansowanie. Dla rodzin wielodzietnych w naszej okolicy 150 zł na dziecko niezależnie od dochodów, a w przypadku niskich dochodów - więcej. Dzieci  z ubogich rodzin mają darmowe wyżywienie w szkołach. Są dla nich organizowane "dodatkowe" pieniądze na wyjazdy szkolne. Dzieci w rodzinach wielodzietnych mają obecnie darmowe przejazdy. Ubrać można się niekoniecznie w Hilfigerze. Skórzane, zimowe buty dla dziecka na wiosennych wyprzedażach można kupić za 50zł. Albo i mniej, trzeba tylko poszukać. Rodzice również się organizują i oddają używane rzeczy swoich dzieci - za darmo. Nie mam komu oddać niemal nowego kombinezonu Coccodrillo po najmłodszej, bo wszyscy znajomi dookoła, nawet gorzej zarabiający, już zdążyli zaopatrzyć swoje dzieci na zimę. Wystarczy planować i zamiast większego, płaskiego telewizora, funpacka, tandetnego lakieru do włosów czy codziennych dwóch puszek piwa, wydać pieniądze na to, co ma w życiu sens. Poza tym naprawdę można trochę więcej pracować - mężczyzno. Ale przecież nie ma sensu "opowiadać o kwestii wyborów komuś, kto przed nimi nie staje". Również pozdrawiam.
O
Obserwator
28 listopada 2014, 12:37
Ubawiło mnie to "środowisko akademickie". Rozumiem, że libidalny charakter życia macie Państwo potwierdzony dyplomem.
R
rumcajs
28 listopada 2014, 13:01
Pomyłki językowe są automatycznie usprawiedliwiane geniuszem tylko od stopnia doktora w górę. W ustach, a tym bardziej pod ręką gorzej wykształconych "charakter libidalny" jest bełkotem. Miałeś na myśli "libidinalny", względnie "libidynalny". Jasne, że mamy. Elita.
P
Piotr
28 listopada 2014, 13:11
Otóż książek nie można kupować używanych. Dzieciaki w tej chwili chodzące do szkoły w większości wchodzą w "nowy program nauczania". Nawet jeśli nie, książki są robione w taki sposób, że się z nich wycina, pisze po nic i robi Bóg wie co jeszcze. Nie nadają się do odsprzedaży. A nawet jeśli niektóre się nadają, to są tzw. "pakiety", mówiąc wprost nie kupisz jednej, bo w księgarni jest cała paczka. I nie kosztuje ona 150, tylko 300 albo i 500 złotych. Dalej. W dobrej okolicy żyjesz. Nie każda taka jest. Jeszcze dalej. Kupowanie dzieciakowi ciuchów, butów z rocznym wyprzedzeniem, piszesz jakbyś nie wiedział ile dzieci w małym wieku potrafią urosnąć. I zniszczyć, nie jest niczym niezwykłym zajechanie butów w środku zimy. Tym bardziej takich tanich. Osoby, wśród których ja się obracam bardzo często zginęłyby jakby nie przekazywanie ciuchów po dzieciach między znajomymi. Ale niektórych takich ciuchów po prostu nie ma, bo dzieciarnia je niszczy. Nie wiesz czy piję piwo, ani jaki mam telewizor. A pracować zawsze można więcej, tylko nie zawsze jest ktoś chętny żeby za tę pracę zaplacić. Naprawdę po Twoim sposobie pisania widać, że problemy "szarych śmiertelników" nie są Ci znane. Abstrakcyjna jest dla Ciebie sytuacja, w której 5-osobowa rodzina musi się utrzymać za 2.5 - 3 tysiące miesięcznie. Możesz więc rzucać hasłami o lakierach do włosów i dofinansowaniach, albo przyjąć do wiadomości to, co jest stanem faktycznym, bez względu na to jak byś go zaklinał.
R
rumcajs
28 listopada 2014, 13:45
"Otóż książek nie można kupować używanych." Różnie bywa, część można. "Dzieciaki w tej chwili chodzące do szkoły w większości wchodzą w "nowy program nauczania"." Niektóre nie. Nie ma co uogólniać. Po to jest dofinansowanie do książek, to sie nazywa, o ile dobrze pamiętam, "wyprawka". Poza tym trwają prace nad darmowymi podręcznikami, może będzie lepiej. "Nawet jeśli nie, książki są robione w taki sposób, że się z nich wycina, pisze po nic i robi Bóg wie co jeszcze. Nie nadają się do odsprzedaży." Ćwiczenia - nie. Ale tak, jak pisałem, po to jest dofinansowanie. "A nawet jeśli niektóre się nadają, to są tzw. "pakiety", mówiąc wprost nie kupisz jednej, bo w księgarni jest cała paczka. I nie kosztuje ona 150, tylko 300 albo i 500 złotych." Różnie bywa. 6 klasa to około 300 zł. 2 gimnazjum mniej, bo część używane. Zerówka poniżej 100zł. Sam widzisz, że te 150 zł jest znaczącą kwotą. Przy okazji, powtórzę, że to jest dla rodzin wielodzietnych z dobrym statusem materialnym. Dla rodzin biednych, niezależnie od liczby dzieci, dofinansowanie jest na innych zasadach. "Dalej. W dobrej okolicy żyjesz. Nie każda taka jest." W dobrej? Czy ja wiem? Na wsi, Polska południowa. "Jeszcze dalej. Kupowanie dzieciakowi ciuchów, butów z rocznym wyprzedzeniem, piszesz jakbyś nie wiedział ile dzieci w małym wieku potrafią urosnąć." Przy kilku dzieciakach, statystycznie zawsze się przyda. "I zniszczyć, nie jest niczym niezwykłym zajechanie butów w środku zimy. Tym bardziej takich tanich." Dlatego kupuję markowe na przecenach. Dzieci zbyt krótko używają rzeczy, żeby je zniszczyć. Dopiero w przypadku nastolatków mam sytuację, że buty przejściowe po 3-6 miesiącach są mocno zniszczone. Poza tym przy numerze 37 czy 38 u dziewczynek ciężko liczyć na okazję. Ale nie ma źle. ->
R
rumcajs
28 listopada 2014, 13:58
Osoby, wśród których ja się obracam bardzo często zginęłyby jakby nie przekazywanie ciuchów po dzieciach między znajomymi. Ale niektórych takich ciuchów po prostu nie ma, bo dzieciarnia je niszczy. Nie wiesz czy piję piwo, ani jaki mam telewizor. A pracować zawsze można więcej, tylko nie zawsze jest ktoś chętny żeby za tę pracę zaplacić. "Naprawdę po Twoim sposobie pisania widać, że problemy "szarych śmiertelników" nie są Ci znane." :-) A jednak :-) "Abstrakcyjna jest dla Ciebie sytuacja, w której 5-osobowa rodzina musi się utrzymać za 2.5 - 3 tysiące miesięcznie." Kiedyś, 10-12 lat temu, zarabiałem mniej, niż 2,5 miesięcznie. "Możesz więc rzucać hasłami o lakierach do włosów i dofinansowaniach, albo przyjąć do wiadomości to, co jest stanem faktycznym, bez względu na to jak byś go zaklinał." Mógłbym napisać to samo :-) Każdy z nas przeżywa inną rzeczywistość i to jest do przyjęcia. Nie akceptuję wyłącznie Twojego narzekania, ani czarnowidztwa, ani siedzenia z założonymi rękami, ani dążenia do obniżenia norm moralnych w związku z własnymi niedoskonałościami. Życie jest dobre, a Bóg ułatwia zdobycie chleba powszedniego. Zwróć uwagę, że w przypadku rodzin wielodzietnych problemy finansowe nie wynikają zwykle z liczby dzieci, lecz np. z alkoholizmu lub nawet ze śmierci któregoś z rodziców. Wśród dalszych znajomych są jeszcze ze 3 rodziny wielodzietne i w żadnej z nich nie ma problemów finansowych. Utrzymanie trójki dzieci, a utrzymanie piątki dzieci, to nie jest jakaś przepaść. Najwięcej kosztuje utrzymanie jedynaka ;-)
O
Obserwator
28 listopada 2014, 14:11
Ot, lapsus. Wszyscy wiemy, o co chodzi.
R
rumcajs
28 listopada 2014, 14:48
Niezależnie od zawodu chodzi o testosteron.
O
Obserwator
28 listopada 2014, 17:31
No, niestety - tym razem chodzi o to, że próbuje Pan nobilitować własne zapędy przynależnością do rzekomo bardziej wysublimowanej grupy społecznej.
R
rumcajs
28 listopada 2014, 18:16
Ależ oczywiście :) Dlatego napisałem, że podobnie jak budowlańcy :) Gratuluję perfekcyjnej umiejętności przewidywania tego, co autor chciał powiedzieć. Również gratuluję tego "rzekomo", jak najbardziej racja. W końcu w demokracji głos profesora jest mniej istotny, niż głos dwóch meneli. Racja, racja. Sama kwintesencja miłoszowskiej stuprocentowej racji :)
R
rozgoryczona
23 grudnia 2013, 13:18
W Vademecum dla spowiedników pisze, że księża mają obowiązek pouczać wiernych w kwestii czystości wównież w małżeństwie, większość małzonków katolickich nawet nie wie, że niektóre czynności seksualne również w małżeństwie są grzechem. te tematy nie są podejmowane przez księży w czasie normalnej posługi czyli w kazaniach czy na rekolekcjach - nigdy nie słyszałam by o tym mówiono a całe życie chodzę do kościoła w niedzielę i narekolekcję. Księża idą na łatwiznę, bo musieliby jeszcze ludziom wytłumaczyć  dlaczego to grzech po co w ogóle żyjąc w małżeństwie maja mieć okresy wstrzemięźliwości - a to jest trudne wytłumaczenie tego. Więc te tematy są pomijane. Z kolei na kursach przemałżeńskich nie mówi się ludziom, że npr niesie ze sobą trudności. Np. okres po porodowy, czy przed menopauzą, gdzie u wielu kobiet wyznaczenie jakichkolwiek dni niepłodnych grniczy z cudem. Więc jeśli chcą wtedy unikać poczęcia dziecka pozostaje im tylko wstrzemięźliwość (która powinna trwać miesiącami lub nawet czasem latami), grzech, lub ewentualnie "katolicka ruletka" (liczymy na to, że się uda nie począć dziecka). Nauczyciele npr mówią tylko o zaletach tej metody, więc kiedy ludzie zaczynaja doświadczać trudności to czuja sie zostawienie sami sobie i często oddalają się od Boga i Kościoła. A wszystkie te trudności są do przewidzenia i można do nich ludzi jakoś przygotować - tylko nikomu się nie chce.
O
Obserwator
28 listopada 2014, 11:39
Problem polega na tym, że nauka KK wydaje się w tej materii co najmniej dziwaczna. W KKK 2370 stoi: "Okresowa wstrzemięźliwość, metody regulacji poczęć oparte na samoobserwacji i odwoływaniu się do okresów niepłodnych są zgodne z obiektywnymi kryteriami moralności(...)". I dalej: "Jest natomiast wewnętrznie złe "wszelkie działanie, które - czy to w przewidywaniu aktu małżeńskiego, podczas jego spełniania, czy w rozwoju jego naturalnych skutków - miałoby za cel uniemożliwienie poczęcia lub prowadziłoby do tego"". Czym jest "metoda regulacji poczęć oparta na (...) odwołaniu się do okresów niepłodnych", jeśli nie "działaniem, które (...) w rozwoju jego (aktu małżeńskiego) naturalnych skutków miałoby za cel uniemożliwienie poczęcia"?
P
Piotr
28 listopada 2014, 13:14
Już dosyć dawno temu to zauważyłem, przeważnie zwrócenei na to uwagi skutkowało nabranie wody w usta przez drugiego rozmówcę. Wyszedłem więc z założenia, że miłość jest ważniejsza od prawa. Jezus zapytany o najważniejsze przykazanie nie odpowiedział, żeby przestrzegać prawa faryzeuszy. Albo nawet proroków. Święty Paweł pisze natomiast, że miłość jest doskonałym wypełnieniem prawa (Rz 13, 8-10).
O
Obserwator
28 listopada 2014, 17:46
(...) przeważnie zwrócenie na to uwagi skutkowało nabraniem wody w usta (...) Mam niestety podobne doświadczenia - i w rozmowach ze świeckimi, i z duchownymi. Może więc tutaj znajdzie się ktoś, kto wytłumaczy, jak to właściwie jest?
O
Orinoko
9 lutego 2015, 01:48
" Jest natomiast wewnętrznie złe wszelkie działanie, które - czy to w przewidywaniu aktu małżeńskiego, podczas jego spełniania, czy w rozwoju jego naturalnych skutków - miałoby za cel uniemożliwienie poczęcia lub prowadziło do tego " - chodzi tutaj o stosowanie przez małżonków środków antykoncepcyjnych, a nie o okresową wstrzemięźliwość.

Skomentuj artykuł

Nie zaglądam nikomu do łóżka
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.