"W pewnym momencie przestałam udawać, że zawsze świetnie sobie radzę". Jak wygląda rodzicielstwo, gdy masz ADHD?
Rodzicielstwo to piękna, ale też niezwykle trudna przygoda. Tysiące spraw na głowie, ogromna odpowiedzialność i liczne wyzwania. A co z neuroatypowymi rodzicami? Jak wygląda ich codzienność? Z jakim unikatowymi problemami muszą się mierzyć? I czy nie czują się osamotnieni? Publikujemy fragment najnowszej książki Oli Pflumio, “My rodzice z ADHD”.
Gdy dziecko wyzwala trudne emocje
Ola Pflumio: Kiedy i w jakich okolicznościach pojawił się pierwszy, bardziej konkretny trop ADHD? Czy jesteś tym klasycznym przykładem mamy, która odkryła swoją neuroatypowość, kiedy zaczęła dostrzegać, że jej dziecko jest trochę inne od reszty, a ona jest do niego podobna?
Anna: Można tak powiedzieć. Obserwowałam swojego syna i rzeczywiście miałam poczucie, że jest nieco inny, bardziej wrażliwy. Mój były mąż nawet się z tego trochę śmiał, mówiąc, że jestem zupełnie jak syn, bo głód i brak snu totalnie mnie rozregulowują. Uznałam, że może rzeczywiście coś w tym jest, że może faktycznie jestem bardziej od innych wrażliwa na nieprzespane noce i te wszystkie trudności, których doświadczałam. ADHD pojawiło się jednak na tapecie dopiero przy okazji adaptacji mojego syna w żłobko‑przedszkolu. Długo szukaliśmy odpowiedniej placówki i ostatecznie zdecydowaliśmy się na fantastyczne półleśne przedszkole o bliskościowym podejściu. Wydawało mi się, że to dla niego idealne miejsce. Było tam spokojnie, nie było żadnej presji, a dzieciaki spędzały dużo czasu na zewnątrz. Tylko że po dwóch miesiącach adaptacji widziałam, że obydwoje jesteśmy wykończeni, a proces nie drgnął ani o centymetr. Syn miał duży lęk separacyjny i nie pozwalał mi się oddalić nawet o pół metra. Wpadał w panikę, gdy tylko robiłam krok w stronę łazienki. Z kolei przebywanie w jednej sali z gromadą dzieci w niesamowitym hałasie było dla mnie niezwykle trudne sensorycznie, a do tego dokładała się presja bycia obecną, cierpliwą i dostępną. Pamiętam, że myślałam wtedy, że skoro ja się tam tak źle czuję, to co ma powiedzieć moje dziecko! I faktycznie, po kilku godzinach tam spędzonych zazwyczaj obydwoje musieliśmy uciąć sobie drzemkę. Po dwóch miesiącach, kiedy postanowiłam przerwać proces adaptacji, jedna z pań pracujących w tej placówce delikatnie zasugerowała, że może warto poczytać o spektrum autyzmu i ADHD, i to do mnie trafiło. Zaczęłam szukać na ten temat informacji, a wszystko, co znalazłam, zdawało się tylko potwierdzać przypuszczenia pani z przedszkola. W dodatku algorytmy mediów społecznościowych bardzo szybko zaczęły mi podsyłać treści o ADHD u dorosłych i poczułam, jakby ktoś czytał mi w myślach. To było o mnie – punkt po punkcie.
Jaka była twoja pierwsza reakcja?
Bardzo ambiwalentna. Z jednej strony pojawiła się ogromna ulga, że te moje trudności nie są fanaberią ani słabością, tylko mają swoje źródło. Z drugiej jednak myślałam o tym, że jeśli moje przypuszczenia się potwierdzą i skoro ADHD jest genetyczne, to przecież mój syn też może je mieć, a to nie jest coś, z czego się wyrasta. Jeśli natomiast obydwoje jesteśmy neuroatypowi, to może to oznaczać, że moje rodzicielstwo nigdy nie przestanie być trudne. Zaczęłam się też martwić tym, jak mam prowadzić przez świat własne dziecko, skoro sama mam dokładnie te same trudności? Jego nadwrażliwość, potrzeby i emocje były jak zwierciadło, w którym odbijało się moje ADHD. W dodatku zauważyłam, że syn miewał bardzo długie meltdowny, które występowały tylko wtedy, kiedy byliśmy sami, co dodatkowo potęgowało moje poczucie osamotnienia. Czułam się bezradna. Wszyscy wokół mówili mi, że mam się sobą zaopiekować, a ja wiedziałam, że cokolwiek bym zrobiła, to jego wybuchy i tak będą dla mnie bardzo trudne emocjonalnie. W dodatku meltdown nie jest przecież czymś, co można wyłączyć pilotem, jak telewizor.
Domyślam się, że regulacja emocji nie jest łatwym zadaniem, kiedy ma się dziecko, które równie silnie wszystko przeżywa. W takich sytuacjach przecież twoim zadaniem jest nie tylko zadbanie o syna, ale też o siebie samą, a często może na to brakować przestrzeni. Co ci w tym najbardziej pomaga?
Na pewno bardzo pomocna jest terapia, w której zawsze mogę podzielić się tym, jak naprawdę się czuję, i wiem, że nie będę oceniana. Wiem, że kiedy przychodzą momenty, w których mam dość zachowań mojego dziecka i gdy zwyczajnie nie mam siły być matką, to mogę o tym opowiedzieć mojej terapeutce bez obaw, jak zostanie to odebrane. Nie wyobrażam sobie rozmawiać o tym tak otwarcie z moimi rodzicami albo z ojcem mojego dziecka. Pomaga mi też możliwość wymiany doświadczeń z innymi osobami neuroatypowymi, które mierzą się z podobnymi wyzwaniami, na pewno więc bardzo dużo daje mi uczestniczenie w programie grupowym dla osób z ADHD. Nieoceniona jest też możliwość fizycznego zdystansowania się do sytuacji. Dbam o to, żeby regularnie wyjeżdżać gdzieś bez mojego dziecka. Czasem robię to z przyjaciółkami, a czasem zupełnie sama, i uwielbiam te momenty, bo to jedyny czas, kiedy nie muszę się do nikogo dostosowywać ani zwracać uwagi na niczyje potrzeby poza moimi własnymi. To pozwala mi naładować baterie na dłużej niż pięć minut. Mogę przewietrzyć głowę i nabrać zupełnie innej perspektywy, ale też stęsknić się za synem i przypomnieć sobie, jak bardzo go kocham i jak uwielbiam spędzać z nim czas. Oczywiście wiem, że to ogromny przywilej, bo nie każdy ma możliwość wyjechać na kilka dni bez dziecka, ale czasem wystarczy spędzenie choćby jednej nocy poza domem. Nie oznacza to też, że nie mam w związku z wyjazdami wyrzutów sumienia, bo one oczywiście są, ale korzystam z nich mimo wszystko. Zawsze też ostatecznie jestem sobie za to wdzięczna, dlatego staram się zapamiętywać to uczucie, które pojawia się w drodze powrotnej, gdy wsiadam do samolotu i jestem tak bardzo stęskniona za życiem, które na chwilę zostawiłam, i za moim ukochanym synkiem. Nie myślę wtedy o znojach codzienności, a przecież jakieś osiemdziesiąt procent macierzyństwa to rzeczy trudne: tłumaczenie świata, wychowywanie, zarządzanie kalendarzem, ogarnianie logistyki i radzenie sobie z emocjami dziecka. Łatwo przez to zapomnieć o tych cudownych momentach, kiedy nasze dziecko łapie nas za rękę i mówi: “Kocham cię, mamusiu”.
Cieszę się, że tak otwarcie mówisz o tym, że ta proporcja momentów trudnych do pięknych wcale nie wygląda jak na filmach. Podobnie jest jednak chyba z twoimi wyjazdami, bo to tylko krótkie chwile w skali codzienności. Jak w takim razie dbasz o siebie, swoje zasoby i samoregulację, kiedy do urlopu jeszcze daleko?
Na takim codziennym poziomie uczę się wdrażać strategie, które zdobywam między innymi we wspomnianym wcześniej programie dla osób z ADHD. Okazuje się, że na przykład zrobienie krótkiej pauzy, zauważenie emocji i nazwanie jej może być potężnym narzędziem – to taka higiena umysłu. Pamiętam też, jak podczas jednej z wizyt u psychiatry usłyszałam, że mam się nauczyć odpoczywać przy dziecku. Spojrzałam wtedy na panią doktor jak na kosmitkę i powiedziałam, że ewidentnie nigdy nie poznała mojego syna. On jest wymagający poznawczo, dużo mówi i cały czas domaga się mojej uwagi, w związku z czym byłam przekonana, że odpoczywanie przy nim jest niemożliwe. Po tej wizycie zaczęłam jednak myśleć o tym w bardziej strategiczny sposób. Kiedy planowałam nasz wspólny czas, to brałam pod uwagę aktywności, które sprawiają przyjemność zarówno mojemu dziecku, jak i mnie, dzięki czemu częściej mogłam podładować baterie również przy nim. Okazało się, że wspinaczka jest dla nas właśnie takim zajęciem i teraz regularnie chodzimy w miejsce, gdzie obok ścianki dla dorosłych jest też taka dla małych dzieci. Mój syn może tam szaleć do woli, podczas gdy ja robię coś dla siebie, co pozwala nam się obojgu wyregulować i jednocześnie spędzić wspólnie czas.
A jak sobie teraz radzić z trudnymi emocjami w sytuacjach, w których niełatwo nad nimi panować, jak chociażby w czasie wspomnianych przez ciebie meltdownów syna?
Nauczyłam się z nim o tym rozmawiać. W rodzicielstwie bliskości często mówi się o byciu “kontenerem” dla emocji swojego dziecka, czyli o umiejętności ich przyjmowania, przetwarzania i oddawania w dojrzałej formie. Tylko że to wszystko pięknie brzmi w teorii, ale kiedy mój syn zaczyna mnie bić i kopać, sprawiając fizyczny ból, to jestem zła i chcę to wyrazić. Jak mam się więc uśmiechać i mówić mu, że rozumiem, dlaczego tak się czuje? W pewnym momencie uświadomiłam sobie jednak, że przecież mogę mu wtedy otwarcie mówić o swoich emocjach. Mam prawo w takiej sytuacji powiedzieć: “Jestem zła, przestań mnie bić”. Okazuje się, że to nie musi być takie zero‑jedynkowe, czyli albo wybuchy, albo tłumienie tego, co czujemy. Jest przecież jeszcze cała paleta szarości i kiedy jesteśmy źli, to możemy to zakomunikować w konstruktywny sposób, nie raniąc przy tym dziecka. To mi uświadomiło, że mogę się zaopiekować sobą i swoimi emocjami nawet podczas dwugodzinnego meltdownu mojego syna. Wystarczy, że włożę wtedy do uszu zatyczki, które wygłuszą jego krzyk. Dziś wiem też, że nie muszę tego przed nim ukrywać. Wcześniej bałam się, że jeśli on je zauważy, to pomyśli, że chcę się od niego odciąć, a teraz po prostu tłumaczę, że zaczyna mnie boleć głowa przez to, że głośno krzyczy. Pokazuję mu w ten sposób, że ja też jestem człowiekiem i mam prawo o siebie zadbać, nawet w sytuacjach, w których to on i jego emocje są na pierwszym planie. To oczywiście trudne, zwłaszcza kiedy muszę się jednocześnie troszczyć o bezpieczeństwo syna i dopiero uczę się łapać balans, ale staram się zwracać na to uwagę.
Wspaniale, że o tym mówisz, bo myślę, że wielu rodziców może mieć podobne rozterki: jak w tych trudnych momentach, pełnych napięcia, zadbać o dziecko i jego bezpieczeństwo, nie zapominając o sobie, swoich emocjach i komforcie.
Tak, bo to w ogóle nie jest oczywiste, ale podwójnie ważne, kiedy w grę wchodzi neuroatypowość. Dlatego w pewnym momencie przestałam udawać, że zawsze świetnie sobie radzę. Zaczęłam na przykład mówić mojemu dziecku prawdę, kiedy jestem bardzo zmęczona, nie mam siły i potrzebuję, żeby syn był dla mnie bardziej wyrozumiały. Tłumaczę mu wtedy, że muszę założyć moje słuchawki i iść chwilę poleżeć sama w ciszy. On wie, że jak będzie czegoś potrzebował, to może do mnie przyjść, ale że ta chwila bez niego jest bardzo ważna. I okazało się, że on potrafi w takiej sytuacji pięknie sam się sobą zająć! To była duża zmiana, choć już samo uświadomienie sobie moich potrzeb było krokiem milowym. Tak samo jak zrozumienie tego, że aby odpocząć, nie potrzebuję pół godziny nicnierobienia. Czasem wystarczy minuta lub dwie na wyregulowanie układu nerwowego i pobycie w ciszy. Okazało się więc, że moja psychiatra miała rację, bo można się nauczyć odpoczywać przy dziecku, trzeba tylko zacząć słuchać tego, co mówi nam nasze ciało. Zwłaszcza że nie robię tego tylko dla siebie! Dodatkową motywacją jest dla mnie chęć wychowania dziecka, które nie będzie miało takich trudności i które będzie umiało się regulować i odpoczywać, a nie nauczę go tego, jeśli sama nie będę o te rzeczy dbać. Mamy w domu niezliczoną ilość książek dla dzieci o tym, jak radzić sobie z emocjami, ale samo czytanie ich przyniesie raczej marne skutki, jeśli nie będę mu tego pokazywać w praktyce. Wydaje mi się, że ogromną trudnością dzisiejszego rodzicielstwa jest to, że mamy tak dużo wiedzy i tak bardzo boimy się coś dla naszych dzieci zepsuć, że zapominamy w tym wszystkim o sobie, czego konsekwencją jest często wypalenie rodzicielskie. Kiedy mamy ADHD, to pamiętanie o tym staje się podwójnie ważne.
Gdybyś w takim razie miała nazwać jedną rzecz, która okazała się kluczowa na twojej drodze rodzicielstwa, to co by to było?
Zrozumienie tego, że mogę prosić o pomoc i że mam prawo do odpoczynku. Że mogę być neuroatypową mamą, która męczy się szybciej i bardziej niż mamy neurotypowe, ale dbając o siebie, jednocześnie uczę tego samego mojego dziecka, które dzięki temu będzie potrafiło zatroszczyć się o swoje potrzeby, gdy dorośnie.
Skomentuj artykuł