Wielki Post bez raportu. Wielkanoc nie jest nagrodą za dobrze wykonany projekt duchowy
Wielkanoc nie jest nagrodą za dobrze wykonany projekt duchowy ani dyplomem za czterdzieści dni wysiłku. Pan Bóg nie oczekuje od nas przecież wielkopostnych raportów. Nie siada w Niedzielę Palmową z notesem i nie podlicza, ile razy odprawiliśmy drogę krzyżową, ile słodyczy sobie odmówiliśmy i ile razy udało nam się być cierpliwymi wobec bliźnich. Zmartwychwstanie jest łaską, a nie premią za dobre zachowanie.
Znam ludzi, którzy Wielki Post zaczynają w Środę Popielcową. I takich, którzy zaczynają w Wielki Piątek. Ci pierwsi są zwykle świetnie przygotowani: mają plan modlitwy, listę postanowień, książkę do rozważań i ambitny cel, że przez czterdzieści dni ich życie duchowe wejdzie na zupełnie nowy poziom. Ci drudzy… cóż, najczęściej po prostu żyją w zwykłym trybie i w natłoku codziennych obowiązków nie miewają za bardzo szans i/lub determinacji, by o wielkopostne praktyki bardziej zawalczyć. Bo życie - jak wiadomo - nie ma wielkiego szacunku dla naszych duchowych harmonogramów. W którymś momencie okazuje się, że planowana cisza została zagłuszona przez codzienny hałas. Zamiast spokojnej modlitwy pojawiły się telefony, które koniecznie trzeba odebrać po 20:00, choroby, szkolne zebrania, niedokończone projekty i lista spraw, która uparcie nie chce się skrócić. Co roku mam wrażenie, że razem z całkiem sporą grupą ludzi lokuję się gdzieś „pomiędzy”, we frustrującym punkcie, gdzie bardzo wyraźnie widzę, ile z tego, co chciałam, się nie udało i jak daleko mi do krzyża. Na szczęście chrześcijaństwo jest jedną z niewielu rzeczy na świecie, które naprawdę można zacząć nawet w ostatniej godzinie.
Wielki Post bez raportu
W takich momentach zawsze wracam do myśli, którą lata temu powiedziała mi przyjaciółka. Było to tuż przed Wielkanocą. Narzekałam wtedy, że czas Wielkiego Postu zupełnie mi nie wyszedł. Nie było tyle modlitwy, ile planowałam, postanowienia rozjechały się z rzeczywistością, a zamiast duchowego skupienia miałam raczej poczucie chaosu. Uśmiechnęła się tylko, klepnęła po ramieniu i z serdecznym uśmiechem powiedziała: „Ej, ale wiesz, że nawet po niedoskonale przeżytym poście Pan Jezus i tak zmartwychwstaje?”.
To zdanie ma w sobie coś rozbrajającego, bo przypomina, że Wielkanoc nie jest nagrodą za dobrze wykonany projekt duchowy ani dyplomem za czterdzieści dni wysiłku. Pan Bóg nie oczekuje od nas przecież wielkopostnych raportów. Nie siada w Niedzielę Palmową z notesem i nie podlicza, ile razy odprawiliśmy drogę krzyżową, ile słodyczy sobie odmówiliśmy i ile razy udało nam się być cierpliwymi wobec bliźnich. Zmartwychwstanie jest łaską, a nie premią za dobre zachowanie.
Jałmużna to pieniądze, ale także czas
Od kilku lat próbujemy w naszej rodzinie przeżywać Wielki Post na tyle, na ile się da konkretnie. Jedną z takich małych, rodzinnych tradycji jest systematyczne praktykowanie jałmużny. W każdą niedzielę, przy obiedzie, zastanawiamy się razem z dziećmi, komu chcielibyśmy w nadchodzącym tygodniu pomóc i dlaczego właśnie tej osobie albo tej sprawie.
W tym roku na przykładzie naszych dzieci zauważyliśmy jednak coś nowego. Okazało się, że oddanie pieniędzy ze skarbonki nie stanowi dla nich większego problemu. Gdy pojawia się pomysł i uzasadnienie, komu chcemy pomóc, potrafią bez wahania wysypać swoje oszczędności na stół i niektóre z nich robią to z taką naturalnością i hojnością, że rodzicowi robi się trochę głupio z własnych dorosłych kalkulacji. Ale w pewnym momencie odnotowaliśmy też, że o ile oddać pieniądze jest im łatwo, to znacznie trudniej znaleźć czas, żeby pójść do sklepu i kupić coś konkretnego dla potrzebującego człowieka. Bo nagle okazuje się, że ktoś ma trening, ktoś zajęcia dodatkowe, ktoś zaplanowane spotkanie z kolegami. Krótko mówiąc - nawet dziesięciolatki bywają już bardzo zajętymi ludźmi. Od trzech tygodni wybierają się w gronie rodzeństwa, by pomóc pewnej osobie. Udało im się już spisać listę zakupów, są też po zakończonych, bolesnych negocjacjach dotyczących proporcji zaangażowania finansowego. ale ciągle „nie ma czasu”, by faktycznie pójść do marketu i wydać pieniądze. Patrzymy na to z mężem póki co z dystansu, trochę rozbawieni, trochę zaskoczeni, a trochę - nie ukrywajmy - rozpoznając w tym także własne serca.
Małe nawrócenia, momenty, w których odkrywamy coś o sobie
I może właśnie o to chodzi w Wielkim Poście. Nie o spektakularne postanowienia, które dobrze wyglądają w duchowym kalendarzu, ale o te momenty, w których nagle coś w nas się odsłania. Kiedy odkrywamy, że łatwiej jest oddać pieniądze niż kawałek czasu, że prościej jest złożyć deklarację niż faktycznie zmienić plan dnia, że ze zmęczenia przestajemy być mili i w pełni obecni dla siebie nawzajem, a frustracja wychodzi nam bokiem burkliwym nastrojem … Nie są to szczególnie przyjemne odkrycia, ale bez nich nie byłoby przecież nawrócenia.
Ostatnie dni Wielkiego Postu są bardzo cenne
Dlatego właśnie ostatnie dni Wielkiego Postu są takie cenne. Bo to moment, w którym można zrobić coś bardzo prostego: zatrzymać się na chwilę i powiedzieć Bogu jeszcze raz „tak”. Nawet jeśli ten post był nieidealny, nawet jeśli połowa planów się rozsypała, to chrześcijaństwo nie jest konkursem na najlepiej przeżyty Wielki Post. Jest nieustającą (tu, na ziemi) drogą ludzi, którzy ciągle zaczynają od nowa. Dlatego naprawdę znam ludzi, którzy zaczynają Wielki Post w Środę Popielcową i takich, którzy zaczynają go w Wielki Piątek. I mam głębokie przekonanie, że dla Boga jedni i drudzy są tak samo cenni i ukochani.


Skomentuj artykuł