List do człowieka, który zdradził siebie

List do człowieka, który zdradził siebie
Pamiętasz jeszcze, kim byłeś, zanim zacząłeś się dopasowywać? Fot. depositphotos.com

Piszę do ciebie bez łagodzenia słów, bo może nikt wcześniej nie powiedział ci tego wprost. Zdradziłeś siebie. Nie w chwili słabości, nie przez przypadek, nie dlatego, że "tak wyszło". Zdradziłeś siebie świadomie, może nie jedną decyzją, ale całym ciągiem wyborów, które dobrze rozumiałeś, kiedy je podejmowałeś.

Wiedziałeś, co jest dobre, wiedziałeś, kim chcesz być, wiedziałeś, gdzie jest granica. I przekraczałeś ją. Może pierwszy raz z drżeniem, może drugi raz już łatwiej, a potem już bez większego oporu. Najtrudniejsze jest to, że nie możesz powiedzieć: "nie wiedziałem". Wiedziałeś.

DEON.PL POLECA

 

 

Zdrada siebie nie zawsze polega na tym, że zaczynasz żyć cudzym życiem. Czasem polega na czymś znacznie bardziej brutalnym: na tym, że zaczynasz żyć wbrew temu, co w tobie było dobre. Że gasisz w sobie coś, co było uczciwe, czyste, prawdziwe, bo przeszkadza. bo utrudnia, bo wymaga. I zamiast tego wybierasz to, co wygodniejsze, szybsze, bardziej opłacalne. Nie zawsze materialnie, czasem emocjonalnie, czasem społecznie, czasem po prostu dlatego, że tak jest łatwiej przeżyć dzień bez konfrontacji ze sobą.

Pamiętasz ten moment, kiedy pierwszy raz zrobiłeś coś wbrew sobie i poczułeś, że coś pękło? To nie było duże wydarzenie. Nikt tego nie zauważył. Może nawet zostałeś za to nagrodzony, pochwalony, może coś zyskałeś. Tylko, że w środku pojawiło się coś bardzo konkretnego ciche, ale wyraźne poczucie, że przekroczyłeś siebie. I zamiast się zatrzymać, poszedłeś dalej.

Najłatwiej zdradza się siebie wtedy, kiedy to się opłaca. Kiedy nagle okazuje się, że za rezygnację z własnych zasad dostajesz coś w zamian: spokój, akceptację, pieniądze, relację, poczucie kontroli. I wtedy zaczynasz negocjować. Przekonujesz się, że to tylko raz. Że sytuacja była wyjątkowa. Że każdy by tak zrobił. Że to nic wielkiego. I właśnie w tych usprawiedliwieniach jest sedno nie w samym czynie, tylko w tym, jak szybko nauczyłeś się go tłumaczyć.

Najbardziej bolesne nie jest to, co zrobiłeś. Najbardziej bolesne jest to, że nauczyłeś się z tym żyć. Że potrafisz funkcjonować, uśmiechać się, planować, rozmawiać, jakby nic się nie stało. Że w pewnym momencie zdrada siebie przestała być dla ciebie czymś wstrząsającym, a stała się czymś zwyczajnym. I może nawet już nie czujesz tego tak wyraźnie jak kiedyś, ale to nie znaczy, że to zniknęło. To znaczy tylko tyle, że się przyzwyczaiłeś.

I właśnie to jest najgroźniejsze nie upadek, tylko obojętność wobec niego.

Bo można się pomylić, można zrobić coś złego, można upaść i to jeszcze nie jest zdrada siebie. Zdrada zaczyna się wtedy, kiedy przestajesz się tym przejmować. Kiedy przestajesz mieć do siebie wymagania. Kiedy przestajesz walczyć o to, żeby być kimś, kim kiedyś naprawdę chciałeś być. Kiedy wybierasz życie, w którym już nic cię w środku nie uwiera, bo wszystko, co mogło uwierać, zostało wcześniej stłumione.

Możesz teraz powiedzieć, że to przesada, że wiele osób tak żyje, że życie to nie jest idealna historia, tylko ciąg kompromisów i trudnych decyzji. Ale ty po drodze zamieniłeś trudne decyzje na wygodne usprawiedliwienia. I może nikt ci tego nie powie, bo z zewnątrz wszystko wygląda w porządku, ale to, co straciłeś, nie jest widoczne na pierwszy rzut oka.

Straciłeś spójność, wewnętrzną uczciwość. Straciłeś siebie jako punkt odniesienia.

I możesz tak żyć dalej. Lecz prędzej czy później przyjdzie moment, w którym zostaniesz sam ze sobą bez żadnych rozproszeń, bez ludzi, bez hałasu, bez zadań do wykonania. I wtedy nie spotkasz świata. Spotkasz siebie. Tego siebie, którego przez tyle czasu omijałeś.

Piszę, bo jeszcze możesz przestać iść w tym kierunku. Ale to nie będzie polegało na tym, że "zaczniesz od nowa" i wszystko nagle się naprawi. To będzie oznaczało coś znacznie trudniejszego, że przestaniesz się usprawiedliwiać, że nazwiesz rzeczy po imieniu. Że uznasz, że to, co zrobiłeś, było zdradą, a nie "życiową koniecznością".

I dopiero wtedy pojawia się jakaś szansa.

Człowiek wraca do siebie przez odzyskiwanie wrażliwości na to, co wcześniej przestało go boleć. Przez zgodę na to, że coś jest nie tak. Przez decyzję, że nie chce już żyć w sposób, który wymaga od niego ciągłego ignorowania własnego sumienia.

Możesz dalej udawać, że nic się nie stało. Ale jeśli choć trochę jeszcze czujesz, że to nie jest całe twoje życie, że to nie jest cała prawda o tobie, to znaczy, że nie wszystko jest stracone.

Tylko nie mów, że nie wiedziałeś. Bo wiedziałeś od początku.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Stanisław Biel SJ, Krzysztof Biel SJ

Gdy mężczyźni zawodzą, Bóg powołuje kobiety

Medytacje oparte są na losach najważniejszych kobiet ze Starego Testamentu. Są to żony, matki, córki czy kochanki. Jedne lśnią przykładem wierności i poświęcenia, inne knują misterne intrygi. Niektóre zajmują...

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

List do człowieka, który zdradził siebie
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.