Habermas i świecka wersja ‘przykazania miłości’
Kilka dni temu świat obiegła wieść o śmierci Jűrgena Habermasa (1929-2026) wybitnego niemieckiego filozofa, socjologa i publicysty. Nie tylko pisał książki znaczące w dyskursie akademickim, ale zabierał również głos w ważnych sprawach społecznych, był i pozostaje autorytetem moralnym nie tylko w rodzinnych Niemczech.
W ostatnich dniach pojawiło się wiele publikacji wspomnieniowych – że druga generacja szkoły frankfurckiej, że teoria krytyczna, że teoria działania komunikacyjnego, itd. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na coś, co umyka uwadze opinii publicznej. Autorytet moralny Habermasa nie bierze się wyłącznie z jego przenikliwości filozoficznej ani z jego ogromnej erudycji, czy nawet zdolności do syntezy i stworzenia systemu filozoficznego. Jego autorytet wypływa z tego, że ów wybitny niemiecki myśliciel stworzył swoisty rodzaj świeckiej wersji przykazania miłości. Tak, właśnie przykazania miłości, które wzywa nas do wyjścia poza logikę suchego ekwiwalentu „oko za oko” i wzywa nas do czegoś „więcej”.
U Habermasa to „więcej” to wiara w komunikację i w wolne, nieoparte na przymusie porozumienie. Paradoks polega na tym, że człowiek, który od urodzenia miał wadę wymowy (tzw. zajęczą wargę) całe swoje życie poświęcił roli komunikacji w rozwoju moralnym człowieka i w rozwoju społeczeństw. Zafascynowany pracami E. Durkheima i G. H. Meada śledził procesy ujęzykowienia sacrum i narodziny epoki nowożytnej, która w imię pluralizmu religijnego, etycznego i światopoglądowego wprowadziła świecki model legitymizowania porządku politycznego, czyli „odczarowała” swój świat – używając pojęć Maxa Webera. Dla Habermasa było oczywiste, że żyjemy w epoce postmetafizycznej, ale w tym postmetafizycznym świecie szukał zawsze „nadwyżki moralnej” – tych pokładów ludzkiej energii, które bez odwoływania się wprost do religii są w stanie wydobyć w człowieku pokłady solidarności. To „więcej” to był idealny dyskurs, z którego nikt nie jest wykluczony, w którym jesteśmy autentycznie równi, wolni od przymusu wewnętrznego i zewnętrznego; to coś „więcej” to było demokratyczne państwo prawa łączące idealistycznie autonomię prywatną i publiczną wolnych i równych obywateli; to coś „więcej” to była obrona świata, w którym żyjemy, przed kolonizacją systemów politycznych i ekonomicznych.
Swoje tezy wywodził naukowo z analizy dynamizmów tkwiących w języku (nawiązując do myśli J. L. Austina, J. Searle’a czy późnego L. Wittgensteina) przekonując, że z chwilą gdy człowiek wypowiedział pierwsze zdanie do drugiego człowieka, i ten drugi je zrozumiał i przyjął, to zrodziło się roszczenie do ważności oraz domniemanie, że porozumienie jest możliwe. W języku widział siły spajające społeczeństwo – prowadzące nie tylko do porozumienia, ale również do koordynacji naszych działań i do uspołecznienia jednostek. W tym duchu odważnie założył, że konsensus możliwy na gruncie języka owocuje konsensusem na gruncie ludzkiego działania. Niektórzy komentatorzy upatrują w tym przeskoku elementu utopijnego, ale – powiedzmy sobie szczerze - z czego żyliby wykładowcy filozofii, gdyby nie było się o co spierać w akademii...
Konsekwentnie, Habermas wierzył w pokojowe utrwalanie wartości liberalnej demokracji (w swojej promocji demokracji proceduralnej polemizował z zarówno teoriami liberalno-indywidualistycznymi jak również komunitariańskimi). W roku 1992 pisał we wstępie do książki „Faktyczność i Obowiązywanie” o kryzysie współczesnych demokracji. Już wtedy zauważał, że po upadku komunizmu, na świecie nie nastąpił proporcjonalny wzrost witalności systemu demokratycznego ani też wzrost sił solidarnościowych w społeczeństwach zachodnich demokracji. Pisał z troską, że zapanował raczej rodzaj małoduszności (w jęz. niem. Kleinmut) i pisał to na długo przed kryzysem finansowym roku 2008, na długo przed rozwojem ruchów populistycznych na Zachodzie i na długo przed karykaturą demokracji w wydaniu Donalda Trumpa.
Książki Habermasa zawierają ogromną przenikliwość i perfekcyjne odczytywanie kodów kultury mieszczańskiej rozwiniętej w Europie Zachodniej. Zamiłowanie do porządku i transparentnych procedur, szacunek dla prawa, indywidualizacja społeczeństwa, racjonalne uporządkowanie instytucji – to był kulturowy matecznik jego koncepcji patriotyzmu konstytucyjnego. Dostrzegał też różne deficyty owego matecznika i po swojemu (polemizując z kolegami ze Szkoły Frankfurckiej) rozprawiał się z problemami dialektyki Oświecenia. Zerkając na polskie środowisko akademickie, bez trudu zauważymy brak większego entuzjazmu wobec jego pisarstwa – cóż inny matecznik...
Wracając jednak do przykazania miłości i do kwestii religii w ogóle: na początku naszego stulecia Habermas zaskoczył wszystkich proklamując erę postsekularną w świecie zachodnim. Postulował odejście od sztywnego oświeceniowego paradygmatu scjentystyczno-pozytywistycznego i rozszerzenie debaty akademicko-obywatelskiej, uznając wartość semantyczną twierdzeń religijnych. Oznaczało to zmianę myślenia – jeżeli są wśród nas ludzie, dla których język religijny jest jedynym językiem do rozprawiania o sprawiedliwości społecznej czy o prawach człowieka, to całe społeczeństwo (włącznie z ateistami i agnostykami) ma obowiązek zaangażować się w „przetłumaczenie” tych racji na język pojęć ogólnych, dostępnych dla wszystkich. Oznaczało to nie tylko dowartościowanie ludzi o przekonaniach religijnych, ale też zrewidowanie wymogów racjonalnego i rozumnego dyskursu. Tak ewoluował Habermasa projekt społeczeństwa pluralistycznego, w którym pod rządami zasady dyskursu jest miejsce na różne poglądy polityczne, kulturowe, religijne, na różne koncepcje dobrego życia, różne programy wolontariatu i pomocy społecznej, wreszcie - na różne warianty przykazania miłości.
Pytanie się rodzi na koniec: co na to wszystko mają powiedzieć katolicy? Czy powitać ten Habermasowy projekt z otwartymi ramionami czy też odżegnać się od niego? Odpowiedź została udzielona pośrednio na kartach Ewangelii. Pewnego dnia uczniowie przyszli do Jezusa ze skargą i donieśli: «Nauczycielu, widzieliśmy kogoś, kto nie chodzi z nami, jak w Twoje imię wyrzucał złe duchy, i zaczęliśmy mu zabraniać, bo nie chodzi z nami». Liczyli na to, że Jezus wejdzie w ich logikę i potępi tych innych. Jakież było ich zdziwienie, gdy usłyszeli: «Przestańcie zabraniać mu, bo nikt, kto uczyni cud w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami. Kto wam poda kubek wody do picia, dlatego że należycie do Chrystusa, zaprawdę, powiadam wam, nie utraci swojej nagrody» (Mk 9, 38-41)...
Na koniec – można by zapytać, czy lepszy będzie świat, w którym neguje się przykazanie miłości (patrz: dzisiejsza geopolityka, toczące się wojny oraz akty terroru) czy też świat, w którym tlą się gdzieniegdzie świeckie i religijne wersje przykazania miłości - we wzajemnym dialogu ludzi dobrej woli. Dzieło życia Habermasa zdaje się przekonywać nas, że lepszy jest świat, w którym racjonalne koncepcje sprawiedliwości uzupełniane są utopiami solidarnościowymi zachęcającymi ludzi do zaangażowania się w życiu w „coś więcej”.

Skomentuj artykuł