Czy patrzysz na swoje życie jak na świętość?
Myślę o obchodzonym wczoraj dniu świętości życia i o tym, z czym się nam kojarzy. Walka o życie nienarodzonych i duchowa adopcja to piękne i bardzo potrzebne przestrzenie. Cieszę się, że mówi się o nich głośno. Jednocześnie bardzo brakuje mi głosów o dalszej walce, tak jakby dziecko zaraz po narodzinach stało się zakończonym projektem. Tymczasem dzieci rosną, dojrzewają, stają się dorosłymi. I przestają patrzeć na swoje życie jak na świętość.
Statystyki nie zostawiają nam wielkich złudzeń. Według danych WHO Polska zajmuje 10 miejsce w Unii Europejskiej pod względem współczynnika samobójstw. To smutny obraz. Wiemy również jak kulawe jest w naszym systemie państwowym wsparcie dla osób ubogich czy niepełnosprawnych (jeśli jesteś innego zdania, sprawdź ile jest odwołań do orzeczeń o niepełnosprawności i jakie walki o godny byt toczą ludzie w najbliższym PCPR czy MOPS). No dobra, nie trzeba. Rozejrzyj się uważnie wokół siebie. Ilu znasz ludzi szczęśliwych, spełnionych, radosnych, z których emanują spokój i pozytywne nastawienie do codzienności? Czy przypadkiem nie jest ich mniej niż tych cierpiących i narzekających na swój los? Jak tu mówić o życiu, gdy ciągle walczymy o przetrwanie? Jak tu patrzeć na świętość, gdy chodzi się z nosem przy zmieni, z oczami wpatrzonymi pod nogi - byle by tylko nie upaść i za mocno się nie poobijać?
Być może to nie jest obraz twojego życia. Być może masz wokół siebie wiele radosnych, twórczych twarzy. Oby tak właśnie było. Dla mnie jednak wczorajszy dzień jest pewnego rodzaju zatrzymaniem. Tak jakby ktoś stanął naprzeciwko mnie i zapytał: Madzia, a czy ty traktujesz swoje życie jak świętość? Co robisz, by było one pełne światła, spełnienia, miłości, radości, pokoju, dobrych relacji? Tak naprawdę każdy może dopisać tutaj kolejne określenie... Każdy z nas najlepiej wie, czego mu w codzienności brakuje i co najbardziej ściąga go w dół.
Tymczasem jesteśmy na końcówce Wielkiego Postu. Za tydzień będziemy adorować krzyż. Gdy o tym myślę, zatrzymuje mnie to jak przez lata zmieniało się moje patrzenie na cierpienie. Jak bardzo też ewoluowała moja wiara. Kiedyś krzyż był dla mnie wyłącznie znakiem męki, czymś w rodzaju bezgranicznego poświęcenia. Bez miłości, za to z obezwładniającym bólem. Dziś, gdy jestem mamą, patrzę na krzyż inaczej. Wiem, że ten kto kocha, jest w stanie zrobić wiele. Poświęcić własne życie (czas, odpoczynek, ostatnie siły, wszystkie pieniądze itd.) dla tego, kto jest dla niego ważny. Nie ma w tym taniego, bezsensownego cierpiętnictwa. Jest dar złożony z miłości.
Gdy patrzę na krzyż widzę rozłożone ramiona Jezusa. Tego, który chce mnie tymi ramionami otulić, podnieść, który zachęca by się na Nim oprzeć. Wiem, że to takie niepopularne, wywrotowe. Ale może warto właśnie tak adorować krzyż? Zobaczyć w nim nie tyle cierpienie, co ramiona gotowe otulić wszystko to, co zapomniało o swojej świętości. Wszak historia zbawienia nie kończy się na Wielkim Piątku, a śmierć nie ma ostatniego słowa.
Często po ludzku niewiele możemy zmienić. Trudne okoliczności, choroba, sytuacje, które układają się tak a nie inaczej, bez naszej woli czy winy. Mamy jednak zawsze wpływ na to, jak na nie reagujemy. Czy pozwolimy sobie wmówić, że nasze życie nie jest święte, że nie warto o nie walczyć? Czy damy sobie wyszarpać z serc prawdę, że jesteśmy chciani i kochani, nawet jeśli ludzie wokół nas nie bardzo dają nam ku temu dowody? Może warto zatrzymać się na tej końcówce Wielkiego Postu i zobaczyć, że jesteśmy ważni. Poczuć to, że dla Jezusa zawsze byliśmy i jesteśmy skarbem, a nasze życie jest święte - nawet jeśli wszystko wokół wmawia nam, że jest inaczej…
Skomentuj artykuł