Jeśli jesteś matką i widzisz w tym sens, nie bój się o tym mówić na głos

Fot. Xavier Mouton / Unsplash

W ostatnim tygodniu przeczytałam coś, czego do dziś nijak nie potrafię wyrzucić z głowy. Pewne kobiety poinformowały z wyraźną dumą w mediach społecznościowych, że gdy zgłosiła się do ich organizacji ciężarna z bliźniakami, udzielono jej bardzo „przydatnej” porady: skoro chcesz tylko jedno dziecko, możesz skorzystać z aborcji selektywnej. Napisały o tym z satysfakcją, jakby to było coś, z czego wypada być zadowoloną. Siedziałam z tym „newsem” dojmująco smutna i nie mogłam opędzić się od jednego pytania.

Czy my, katoliczki, matki, kobiety, które wiemy, że macierzyństwo ma sens - robimy wystarczająco dużo, żeby ten sens był widoczny dla świata? Nie ogłaszany z ambony, nie wykrzyczany w komentarzach, lecz tak po ludzku - widoczny, namacalny, żywy? Mam wrażenie, że nie do końca. I że wina - poniekąd - leży między innymi w języku.

Przez lata nauczyłyśmy się mówić o macierzyństwie albo w tonacji podniosłej - z Maryją w tle, z cytatem z encykliki i blichtrem ofiary składanej na ołtarzu rodziny - albo w tonacji „noir”, bo przecież narzekanie to nasza narodowa dyscyplina olimpijska, w której od lat plasujemy się w ścisłej czołówce. Między tymi dwiema opcjami - lukrowaną ikoną a litanią o braku snu, pieniędzy i czasu - znikała jakaś trzecia droga. Ta, po której idzie większość z nas na co dzień: zmęczone, ale wdzięczne, rozbite i scalone miłością zarazem, śmiejące się z własnych klęsk wychowawczych i głęboko przekonane, że to wszystko - wbrew pozorom - ma sens i nadaje życiu niepowtarzalny smak.

Mam pełną świadomość, że aby tę trzecią drogę pokazywać, trzeba zacząć od słuchania. Nie od tego, co feministki mówią o macierzyństwie w mediach, ani od tego, co tradycjonalistki odpowiadają im w komentarzach - bo ten „dialog” toczy się od lat i żadna ze stron nie zmienia zdania. Kluczem wydaje mi się jednak słuchanie personalne, osobiste – to znaczy zainteresowanie się tym, co o potencjalnym macierzyństwie mówi konkretna kobieta, którą znamy. Koleżanka. Córka. Sąsiadka, która odprowadzając swojego malucha do przedszkola, przebąkuje dzień po dniu, że nie wyobraża sobie kolejnego dziecka w rodzinie, bo się boi. No właśnie – czego się boi? Może tego, że straci siebie. Albo, że z kolejnym „high need’em” nie da rady, bo od trzech lat nie przespała wygodnie nocy. Albo że świat jest zbyt niepewny, żeby w niego zapraszać nowego człowieka. Że jej związek jest kruchy, a ona boi się samotności w rodzicielstwie.

DEON.PL POLECA




Te lęki są prawdziwe i nie zasługują na to, żeby zbywać je cytatem z Familiaris consortio. Lepiej, by spotkały się z towarzyszeniem. I tu zaczyna się nasze pierwsze zadanie - nie jako ideologicznych rzeczniczek macierzyństwa, lecz jako kobiet, które mają własne rodzicielskie doświadczenie i potrafią mówić o nim bez koloryzowania w tę czy w inną stronę. Przecież jeżeli jedyne opowieści o macierzyństwie, jakie ktoś słyszy, są albo skrajnie wyidealizowane, albo wyłącznie dramatyczne - to nie ma z czego wyciągnąć wniosku, że to powołanie warte jest jakiegokolwiek zachodu. Tymczasem ta najzwyklejsza prawda - że moje dziecko zrobiło ze mnie kogoś, kim bez niego nigdy bym nie została, że miłość, której się przy nim uczę, nie mieści się w żadnej kategorii, jaką znałam wcześniej - ta prawda, powiedziana przy kawie, bez patosu i bez lukru, ma szansę dotknąć kogoś znacznie skuteczniej niż jakikolwiek argument.

Macierzyństwo zmienia kobietę – i to jest naprawdę dobra wiadomość. Zmienia serce, rozszerza je w sposób, który z zewnątrz wygląda jak utrata czegoś, a od środka okazuje się zyskiem kompletnie spoza ekonomicznych reguł. Zmienia priorytety, uczy rozeznawania, buduje cierpliwość, hojność, siłę, mądrość; wolno, często przez łzy - ale buduje. I jest w tym coś, o czym psychologowie mówią od dawna: że rodzicielstwo aktywuje w człowieku zasoby, o których istnieniu wcześniej nie wiedział, a troska o kogoś zupełnie bezradnego pozwala nam nawiązać kontakt z własną, najintymniejszą głębią.

Osobiście wierzę, że ta głębia jest miejscem, gdzie mieszka Bóg, a macierzyństwo pozwala się w niej po uszy zanurzyć. Lubię o tym opowiadać i widzę, z jaką uwagą słuchają mnie np. dziewczyny na rekolekcjach dla narzeczonych. Papież Leon XIV często podkreśla, że społeczność - zarówno kościelna, jak i cywilna - ma obowiązek nieustannie przywracać macierzyństwu jego pełną godność. Nie tylko przez politykę i struktury, ale także przez słowa, które są w stanie dotrzeć do człowieczego serca. Czy potrafimy zatem w prosty sposób opowiedzieć o tym, że kobieta, która rodzi i wychowuje dziecko, wchodzi - czy ma tego świadomość, czy nie - w samo serce Bożego dzieła stwarzania? Jej zdolność do kochania, ale też ta fundamentalna potrzeba kochania i bycia kochaną, zasiana przez Boga w każdym człowieku, w macierzyństwie znajduje jedną ze swoich najpełniejszych przestrzeni realizacji, więc jest to powołanie do udziału w czymś, co przekracza jej własne życie.

I to jest uskrzydlająca perspektywa. Tylko, że tego nie powiemy sąsiadce borykającej się z niechęcią do kolejnego dziecka przy koleżeńskiej kawie. I słusznie. Przy towarzyskiej posiadówie w zupełności wystarczy, że taka kobieta spotka kogoś, kto jej nie ocenia, nie nawraca i nie wygłasza teoretycznego wykładu o teologii rodzicielstwa. Kogoś, kto rozumie jej lęki, bo sam je miewa - a mimo to dostrzega na rodzicielskiej drodze nie tylko cienie, lecz także blaski. Kto nie udaje, że jest łatwo, ale potrafi nazwać to, co sprawia, że warto na nią wejść. To jest pierwsze i najważniejsze świadectwo, jakie możemy złożyć. Wydaje mi się, że to przede wszystkim przykład kobiety, która na swój własny, codzienny sposób w macierzyństwie jest szczęśliwa: ona ma potencjał, by pociągnąć do takiego życia inne kobiety.

Warto też opowiadać Kościół jako wspólnotę kobiet, to znaczy przestrzeń, gdzie nie tylko możemy praktykować wspólny, dajmy na to, różaniec, ale jako miejsce, gdzie my, katoliczki poznajemy się wzajemnie i dajemy sobie bardzo kobiece wsparcie. Przecież my, kobiety w Kościele, mamy coś, czego bardzo brakuje we współczesnej kulturze: umiemy być dla siebie w sposób bezinteresowny i długotrwały. Umiemy towarzyszyć w ciąży, w połogu, w wychowaniu, w kryzysach - i nie wystawiamy za to rachunku. Mamy też - a to skarb, z którego rzadko zdajemy sobie sprawę - całe galerie kobiet, które macierzyństwo przeżywały w sposób poruszający i bliski kobiecie XXI wieku, choć żyły w zupełnie innym czasie. Nie tylko średniowieczne matrony w workach pokutnych, ale może przede wszystkim kobiety, które wychowywały dzieci w obliczu choroby, biedy, wojny, samotności i niestabilnego świata. One niekoniecznie wszystkie zostały wyniesione na ołtarze, ale trwają w świadomości kolejnych pokoleń katoliczek jako bardzo żywa inspiracja w codzienności (wystarczy tu wspomnień fascynujące od strony kobiecej wspólnotowości historie związane z Teresą Dmochowską, autorką „Ancilli. Pamiętnika francuskiej wieśniaczki”!).

W Dniu Matki nie chciałam pisać felietonu-laurki o macierzyństwie, bo w tym gronie wydaje mi się to zupełnie niepotrzebne. To jak zachęcanie do przygody życia tych, którzy już ją przeżyli, przeżywają lub bardzo jej pragną. Jednocześnie właśnie Was, drogie deonowe Czytelniczki, chcę prosić: jeżeli jesteś matką i widzisz w tym powołaniu sens, nie bój się o tym mówić na głos. Rozejrzyj się, nasłuchuj, bo może właśnie z Tobą któraś z koleżanek, sąsiadek czy chrześnic potrzebuje o byciu albo nie byciu mamą pogadać. Taka rozmowa - przeprowadzona przy stole, między jednym a drugim łykiem kawy, kiedy któraś mówi: „Nie wiem, czy chcę…", a Ty odpowiadasz: „Ja też miałam wątpliwości, ale myślę, że było warto, bo zobacz…” – może naprawdę bardzo realnie dać szansę Życiu.

DEON.PL POLECA

 

 

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Jeśli jesteś matką i widzisz w tym sens, nie bój się o tym mówić na głos
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.