Zwycięstwo zawsze przychodzi przez krzyż
Nie chcemy krzyża i nie tęsknimy za nim. Niby dla chrześcijan jest on symbolem zwycięstwa, ale tak naprawdę to przesiąknięci jesteśmy mentalnością współczesną, choć starą jak świat, że ‘liczą się tylko mocni i zwycięzcy’. Krzyż się z tym nie kojarzy i mimo, że wiele o nim mówimy, nie dociera to i nie przenika do naszej codziennej praktyki.
Jednym z największych zaskoczeń, jakie można zaobserwować w ostatnich dwóch latach to ‘rozmontowanie’ porządku światowego, jaki dla wielu państw był nadzieją na wolność i jako taki rozwój. Oczywiście, piszę to z naszej środkowo-europejskiej perspektywy, a może też trochę zachodniej (mam na myśli europejską i północno-amerykańską, może z dodatkiem australijskim), bo Azja i Afryka, Ameryka Południowa, jak i arabski Bliski Wschód poszły swoją drogą i zamiast przybliżania się do drogich nam wartości demokracji, wolności i solidarności, raczej się radykalizują w przeciwnym kierunku.
Z nostalgią patrzymy na czasy Solidarności i Jana Pawła II. To było bez wątpienia ‘okno Opatrzności’, które zmieniło wiele w naszym postrzeganiu świata i naszego życia w nim, ale sami przecież doświadczyliśmy zmiany w myśleniu, w percepcji owoców przemian dziejowych, jakie stały się naszym udziałem. Bilans tego jest niestety gorzki.
Nadzieje związane z powtórnym wyborem na prezydenta USA Donalda Trumpa były bardzo duże. Jest bowiem prawdą, że ideologiczne podejście wielu instytucji ogólnoświatowych, jak ONZ, czy regionalnych jak Ameryka Północna i Europa, zwłaszcza Zachodnia, wprowadziło wiele zamieszania i dwuznaczności w relacjach między państwami. Kościoły, a zwłaszcza Kościół Katolicki na tym poważnie ucierpiały.
Zmiany, jakie jednak zaszły w ostatnich dwóch latach mogą przyprawić o zawrót głowy. W praktyce zostały sparaliżowane wszystkie instytucje międzynarodowe, ONZ ze swoimi agendami. Niektóre państwa, stali członkowie Rady Bezpieczeństwa zamiast być gwarantami pokoju i bezpieczeństwa na świecie, sami stali się agresorami, prowadzą wojny i grożą nowymi. Co prawda od lat mówi się o potrzebie reformy organizacji międzynarodowych, ale w chwili obecnej nie ma ani atmosfery, ani struktury, która dawałaby rękojmię stworzenia nowej architektury światowej, która byłaby lepsza i bardziej sprawiedliwa. Na razie obowiązuje nomen omen ‘wolna amerykanka’.
Jednym z problemów jest to, że ‘rozjechały nam się’ płaszczyzny porozumienia. Przestaliśmy myśleć i mówić językiem wartości, dobra wspólnego a posługujemy się językiem merkantylnym, korzyści i zysku. Bardziej liczy się to, co przynosi profit niż coś, co byłoby dobroczynne dla społeczeństw i narodów. To nigdy nie była i dzisiaj także nie jest droga do ładu światowego, pokoju i prosperity społecznej.
Niewątpliwie, jakimś znakiem leczącego działania Opatrzności jest wybór Leona XIV. Nie mam wątpliwości, że jego curriculum vitae jest ewidentnym przykładem tego, jak był prowadzony i przygotowywany do roli, którą przyszło mu pełnić. Jego historia, formacja, a nawet postura i działalność przez ten rok z okładem jako papież jasno pokazują, że jest to postać dialogu, współpracy, współczucia, pojednania i służby. Bardzo mi szkoda, że najprawdopodobniej nie pojawi się w USA w tym szczególnym roku dla Stanów Zjednoczonych. Wszak to 250-lecie podpisania Deklaracji Niepodległości i powstania niezależnego kraju. Jest to jeszcze mniej prawdopodobne po niewybrednych tyradach słownych prezydenta pod adresem papieża.
Jestem przekonany, że Leon XIV pragnie tego bardzo, ale w dobie obecnej nie ma na to odpowiedniego klimatu. To nie jest tylko pragnienie, ale i bardzo konkretne sygnały, jakie można było zauważyć w jego online-owych spotkaniach z młodzieżą w Indianapolis, Chicago czy Steubenville, ale i w spotkaniach z wieloma osobami, które z USA przybywały do Watykanu.
Jesteśmy na rozdrożu. Świat, który był jakoś tam usystematyzowany dzisiaj w praktyce musi być przebudowany na nowo. Musimy odnaleźć i odświeżyć znaczenie słów: pokój, braterstwo, wolność i godność, i wiele, wiele innych. Po raz kolejny odkrywamy, że te wartości nie są nam dane raz na zawsze. Przychodzą przez krzyż. To boli, ale to jedyna droga do zwycięstwa.
Skomentuj artykuł