Ani rekonstrukcja, ani modernizacja

Ani rekonstrukcja, ani modernizacja
(fot. episkopat.pl)
5 miesięcy temu

Jako Kościół - i to zarówno w wymiarze instytucjonalnym, jak i wspólnotowym - potrzebujemy poważnej debaty. Jej tematem zaś, wbrew pozorom, wcale nie jest tylko sposób reakcji na dynamiczną laicyzację czy niszczące wspólnotę skandale seksualne, ile pytanie o to, jak głosić Chrystusa współczesnemu człowiekowi, i na czym polegać ma autentyczne aggiornamento.

Miniony tydzień to - po raz kolejny - czas ujawniania skandali. I nie chodzi tylko o skandal wykorzystania małoletnich przez duchownego, ale także o skandal ukrywania tego faktu, tolerowania go i niszczenie świadków przez wysoko postawionych katolickich hierarchów, i wreszcie o nie mniejszy skandal milczenia ogromnej większości polskiego Episkopatu wobec tego wyzwania. Jedynym, który zajął jakiekolwiek stanowisko w tej kwestii, był Prymas Polski. Inni biskupi milczeli. W mediach pojawiało się kilku - dyżurnych - kapłanów (chwała im za to, że są, ale o. Adam Żak czy ks. dr Piotr Studnicki - jako przedstawiciele oficjalnych struktur nie wystarczą), kilku dyżurnych kontestatorów linii Episkopatu (by wymienić tylko ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, ks. prof. Andrzeja Kobylińskiego, ks. prof. Alfreda Wierzbickiego czy o. Paweł Gużyński), a także kilkoro świeckich komentatorów. I tyle. Nic więcej. Milczenie ogarnęło Kościół. Tak jakby nic się nie stało.

Milczeniem pokrywa się także postępującą laicyzację młodzieży, odchodzenie także osób starszych, odejścia kapłanów i sióstr zakonnych czy wreszcie wreszcie ujawniający się problem relacji między przełożonymi i podwładnymi w Kościele. A to przecież nie wszystko. Uważna analiza rzeczywistości stawia przed nami także - ujawniony z całą mocą w Poznaniu - problem wykorzystywania seksualnego bezbronnych dorosłych, a także przemocy psychicznej i duchowej w relacjach. Kościół we Francji - by przypomnieć tylko ten jeden kraj - zmaga się z nim i ujawnia kolejne problemy, i tylko naiwny może sądzić, że w Polsce będzie inaczej. Już teraz gdzieniegdzie, szczególnie na styku relacji charyzmatyczny kapłan jego wyznawcy ujawnia się problem przemocy właściwej sektom, ale specjaliści ostrzegają, że tych problemów będzie więcej. Ale i o tym milczymy. Milczeniem, a niekiedy pokrzykiwaniem na zmieniającą się kulturę i ideologiczne nurty współczesności, pokrywamy także dramatyczne zmiany w mentalności ludzkiej. Ani małżeństwo, ani kapłaństwo, ani tym bardziej życie zakonne nie są już wyborami prostymi, a prokreacja coraz częściej wypada z kręgu zainteresowania. I o tym także trzeba poważnie rozmawiać, a nie tylko zajmować się gromieniem gender, homokultury czy emancypacji na kazaniach. Od gromów nikt jeszcze się nie zmienił, szczególnie w kulturze, która dla duchownych ma umiarkowanie wielki szacunek, a na groźby czy krzyki odpowiada kpiną, żartem, a niekiedy przekraczaniem granic.

Ten opis (pomijający cały zakres zjawisk pozytywnych, nie dlatego, że ich nie zauważam, ale dlatego, że one często nie wymagają przedyskutowania) uświadamia, że potrzebujemy autentycznej debaty o tym, w jakim kierunku zmierzać, jak odpowiadać na wyzwania współczesności, jak zmierzyć się z laicyzacją, i wreszcie w jakim kierunku zmierzać. Synod Kościoła w Polsce mógłby być miejscem, w którym o tym rozmawiamy. I choć papież Franciszek wzywa do tej drogi, to jakoś nie wierzę, by w tej chwili autentyczna synodalna debata była w Polsce w ogóle możliwa. Powodów jest kilka. Po pierwsze nasz Kościół jest wciąż niechętny rozmowie, debacie, ujawnianiu problemów. Każdy z tych elementów traktuje jako atak czy kalanie gniazda, a nie zachętę do naprawy. Po drugie pewna (nie chcę rozstrzygać na ile wielka, ale znacząca jeśli chodzi o sprawowane funkcje) grupa hierarchów, duchownych i świeckich w ogóle nie chce dostrzegać problemów wewnątrz Kościoła, a o wszystkie problemy oskarża siły zewnętrzne (względnie jakieś struktury wewnętrzne w istocie wrogie Kościołowi). Synod o wrogach zewnętrznych nie ma sensu. Po trzecie wreszcie - aby ta debata miała sens - musi być maksymalnie szeroka, z udziałem ekspertów, specjalistów, obserwatorów, otwarta na rozmaite punkty widzenia i rzeczywiście wolna. Nie wydaje mi się, by polscy biskupi (ale i spora część wiernych i kapłanów) takiej debaty rzeczywiście chciała. 

Nie sądzę też, by zamiast synodu można się było zadowolić Kongresem Katolików i Katoliczek organizowanym przez świeckich. I nie chodzi o to, jakie środowisko ów kongres organizuje, ale o to, że aby debata o przyszłości Kościoła w Polsce miała sens, to muszą w niej uczestniczyć zarówno biskupi, jak i zwyczajni księża, a także reprezentanci różnych środowisk katolickich. Kongres, niezależnie od otwartości jego organizatorów nie gwarantuje takiej przestrzeni, a do tego z punktu widzenia eklezjalnego nie ma znaczenia doktrynalnego. Jest prywatną inicjatywą, bez znaczenia ogólnokościelnego. Nie, nie twierdzę, że jego obrady będą pozbawione sensu, a jedynie, że nie mają one - przynajmniej na razie - potencjału przemiany całego Kościoła. Szczególnie, że dla części ludzi Kościoła mają one jednak wyraźnie środowiskowy charakter.

Jeśli zatem Synod nie jest wciąż możliwy, a Kongres nie wydaje się mieć szans realnego przebicia, to co nam zostaje? Odpowiedź jest prosta. Debata publiczna. I to nie tylko o problemach, jakie nas dotykają bezpośrednio, nie tylko o kryzysach, ale przede wszystkim o głębokich fundamentach naszego myślenia, i tym, co zmienia się obecnie, jak zadawać pytania, na jakie wyzwania odpowiadać, a jakie zostawić - na tym etapie - na boku. O konieczności takiego myślenia od dawna mówi choćby Sebastian Duda z „Więzi”. Podstawowym pytaniem pozostaje - i to zapewne może być zaskoczenie - wcale nie pytania o Kościół, ani nie o wiarę, ale o samego Boga. Obraz Boga, rozumienie Absolutu, postrzeganie sfery Sacrum są kluczowe, bo wiele wskazuje na to, że znacząca część współczesnego kryzysu wynika z tego, że to, co prezentujemy nijak nie odnosi się do pytań ludzi. Klasyczny - świetnie uzasadniony i przemyślany - obraz Boga, to, co proponuje nam metafizyka w wydaniu tomistycznym i późniejszym, choć jest jednym z najpiękniejszych racjonalnych prób zmierzenia się z metafizycznym obrazem Boga nie przystaje już do obrazu świata, jaki mamy współcześnie. Ewolucjonizm, ale też współczesna fizyka, ich język, ale także związany z nimi obraz świata z trudem łączy się z myśleniem metafizycznym. I nawet jeśli pozostajemy przy tym myśleniu, dobrze by było, żebyśmy mieli tego świadomość.

Spór jednak jest głębszy. W myśli zachodniej od dawna istnieje debata na temat podwójnej bądź pojedynczej predestynacji, a głębiej sięgając dotyczący kwestii relacji między wszechwiedzą a wolnością człowieka. Kultura emancypacji, nacisk na kwestie wolności, ogromne - sięgające XIX wieku, ale wzmocnione doświadczeniem Holokaustu - pytanie o cierpienie niezawinione człowieka i relację do wszechwiedzy i wszechmocy Boga, to wszystko eksplorują obecnie nowi ateiści, a także teści otwarci czy kenotyczni. I wydaje się, że także ten problem warto przemyśleć, przedyskutować. To się zresztą dzieje w wielu miejscach na świecie, ale w Polsce jakby tej debaty nie było, nie widać nawet szczególnej chęci - poza znakomitą serią Instytutu Tomistycznego - przemyślenia tej kwestii. Pytanie o takie uniżenie Boga, że decyduje się on na „rezygnację” z własnej wszechwiedzy, by zachować wolność człowieka, albo o ograniczenie wszechwiedzy wolnością - choć pojawiało się niegdyś w tekstach abp Józefa Życińskiego dziś jest niemal nieobecne. I choć może się wydawać, że jest ono czysto teoretyczne, to wcale tak nie jest. Wiele ze współczesnych opowieści o Bogu, narracji teologicznych jest opartych właśnie o te założenia. I nawet jeśli uważamy, że ten obraz Boga jest nieprawdziwy, to warto przynajmniej zadać sobie te pytania, tak by mierzyć się z zarzutami nowych ateistów, ale także z wynikami nauk szczegółowych.

Z tym pytaniem wiąże się jeszcze drugie, czyli to dotyczące człowieka. Współczesne neuronauki, a także kognitywistyka stawiają przed nami liczne pytania o naszą własną naturę, a biologia ewolucyjna stawia przed nami niemierne mocno pytanie o nasze relacje ze zwierzętami i o pozostałości ewolucyjne w nas w relacji do klasycznej antropologii. To także wymaga myślenia, działania, analizy. I znowu takie rzeczy dzieją się także w Polsce, by przypomnieć tylko działalność wydawniczą Copernicus Center czy badania środowiska skupionego wokół ks. prof. Michała Hellera, ale ich wpływ na debatę kościelną jest minimalny.

Można oczywiście zadać pytanie, czy szukanie odpowiedzi na tak subtelne pytania ma w ogóle sens? Co miałoby nam to dać w praktyce? W tej sprawie pozostaje uczniem Arystotelesa, który jasno podkreślał, że teoria wyprzedza praktykę. Zanim zmierzymy się z pytaniem, jak ewangelizować, trzeba zadać pytanie o to, o Kim opowiadamy? Jak postrzegamy Boga? Z jakim Jego Obrazem idziemy do ludzi? Jego niepoznawalność, wszechmoc i wielkość i nasze ograniczenia sprawiają, że w pewnym sensie On zawsze objawia się nam z różnych stron. Każda epoka nieco inaczej postrzega i Jezusa i nawet Boga filozofów czy teologów. Odmienne obrazy, odmienne perspektywy sprawiają, że On ujawnia się przed nami coraz pełniej. I teraz takze staje przed nami pytanie o ten obraz, o to, co jest w nim najistotniejsze. Nie ma powrotu do obrazów z przeszłości, ale nie widać też powodów, by bez poważnej analizie poddawać się myśleniu współczesności. 

Rekonstrukcja widzenia Boga z przeszłości, choć jest ważna, nie odpowiada na pytania ludzi współczesnych i choć może dawać poczucie intelektualnego zadowolenia, to nie prowadzi nas do ludzi i ich realnych problemów. Uleganie intelektualnym modom, choć daje krótkotrwały sukces, nie prowadzi do dobre teologii i zazwyczaj bardzo szybko traci aktualność, świeżość, znaczenie. Kto dziś pamięta o teologii śmierci Boga? Nielicznie historycy teologii. Ale zarówno myśl św. Tomasza jak i Kierkegaarda pozostają aktualne. A powód jest prosty, obaj, choć tak różni, nie ulegają modzie, nie ulegają prostej współczesności, a przepracowują ją. 

Identycznie tak samo, na spokojnie, ale ani nie ulegając pokusie rekonstruowania, ani tym bardziej ulegania, warto spojrzeć się na pozostałe problemy, także te bardziej praktyczne. Nadzieja na to, że odrodzimy Kościół zmuszając ludzi do powrotu do Jego starszych form jest naiwnością. XIX-wieczne postrzeganie kapłaństwa, życia zakonnego, a także modelu rodzinnego - nie odpowiada już współczesności. Trzeba na nowo - zachowując, co niezmienne, i z tej perspektywy spoglądając się na to, co obecne - przemyśleć wszystkie te kwestie. I uświadomić sobie, że pewne procesy na tyle głęboko przeorały naszą świadomość, że nie ma prostego powrotu do tego, co było. Z tej perspektywy, o czym zresztą od jakiegoś czasu piszę - warto spoglądać też na wyzwania świeckie. Jeśli ktoś liczy na to, że uda mu się odwrócić proces emancypacji kobiet i w ten sposób odrodzić demografię, to jest naiwny. Kobiety pracują i będą pracować, ich kariery rozwijają się często szybciej niż mężczyzn, proces równościowy będzie postępował, albo zatem sprawimy, że pojawią się (jak w wielu krajach europejskich) metody łączenia macierzyństwa i kariery, albo dzieci będzie ubywać. Wiara, że można wrócić do przeszłości jest płonna. A do tego nie widać powodu, by uznawać jeden historyczny model życia rodzinnego za ten, którego wymaga Ewangelia. Oczywiście - i o tym także trzeba pamiętać - są kwestie niezmienne, wyryte w Ewangelii, czyli nierozerwalność i oparcie na różnicy miedzy mężczyzną a kobietą, a także ukierunkowanie na płodność, ale wiele innych jest kwestią historycznie uwarunkowaną. Kościół przeżył już wiele epok, a życie rodzinne naprawdę wyglądało rozmaicie. Uznanie, że mamy wracać do modelu z lat 50. XX wieku niewiele ma wspólnego z wiernością Ewangelii. Tak jak niewiele ma z nią wspólnego uznanie, że obecny model „równości małżeńskiej” jest ostatnim słowem ludzkości, przed którym można tylko w pokorze pochylić głowę. 

To, co piszę może się wydawać narzekaniem starszego (no dobra, w średnim wieku) pana, który uważa, że filozofia i teologia jest kluczowa. Tak jednak nie jest. W istocie trzeba powiedzieć, że Kościół rozwijał się nie tylko wtedy, gdy mocno świadczył życiem o prawdzie Ewangelii, ale też, gdy naprawdę mierzył się z wielkimi wyzwaniami intelektualnymi. Gdy przekupki dyskutowały o dwóch naturach Chrystusa, albo o Trójcy Świętej - to i Kościół szedł naprzód. Warto powracać do tamtych wzorów. 

Doktor filozofii, publicysta Telewizji Republika i felietonista Plusa Minusa, autor wielu książek, a prywatnie mąż i ojciec.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
bp Piotr Jarecki, Tomasz Krzyżak
31,43 zł
44,90 zł

Czy Polska jest ziemią bez proroków?

Odważna, szczera i poruszająca rozmowa dziennikarza „Rzeczpospolitej” Tomasza Krzyżaka z biskupem Piotrem Jareckim. Nie tylko o polityce i relacjach państwo–Kościół, ale też o niespełnionych ambicjach, samotności i problemach księży.

...

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Ani rekonstrukcja, ani modernizacja
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.