Czas komunii. Co przegapiamy jako Kościół, że ludzie wolą szukać głębi gdzie indziej?

Czas komunii. Co przegapiamy jako Kościół, że ludzie wolą szukać głębi gdzie indziej?

Tak, jest maj. Czyli komunie. I mnóstwo głosów wokół tego sakramentu, a może bardziej wokół samej uroczystości. Do której podejście jest bardzo różne: od „dziś tylko Pan Jezus, prezenty za tydzień” aż do „z Kościołem nam nie po drodze, ale żeby dziecku nie było przykro, zrobimy mu świecki zamiennik”. A w refrenie tej majowej piosenki oczywiście słychać: „patrzcie, kryzys Kościoła, kryzys, kryzys!”

Bardzo do mnie ostatnio przemówiło trzeźwe spostrzeżenie brata Tomasza Mantyka, kapucyna. Co mówił? Przytoczę. „Kryzys mówi nam jedną rzecz: trzeba czegoś więcej. To, co było do tej pory, nie wystarcza. Dlaczego tak wielu ludzi odeszło od Kościoła? Bo nagle ludzie stali się źli? Przestali mieć potrzebę życia duchowego? Absolutnie nie! Popatrzcie na swoich niewierzących i niepraktykujących znajomych i zobaczcie, ile wydają na jogę, jak bardzo są zainteresowani astrologią, zobaczcie, jak bardzo uciekają w różne pseudoduchowości. Ci ludzie mają potrzebę duchowości, tylko Kościół, który przestał się zmieniać, przestał być może odpowiadać tej potrzebie. Bo może oni nie chcieli zachowywać zwyczajów sprzed kilkuset lat, ale doświadczać żywego Ducha, a my jako wspólnota być może zawiedliśmy w tym.”

Do tego głosu dołożę jeszcze drugi, tym razem świeżą dygresję abpa Rysia, podsumowującego prace synodu archidiecezji łódzkiej: „Przydałoby się, żeby w ogóle się zastanowić nad rozkładem spotkań rekolekcyjnych w parafii. Bo tak, jak było trzydzieści lat temu, tak jest i dzisiaj. Proboszczowie mówią, że ludzi nie ma, ale ich nie ma, bo jeszcze są w pracy”.

Sytuacji nie ułatwia częsty brak zrozumienia 

Dorzućmy sobie jeszcze dwa zdania z dokumentu końcowego łódzkiego synodu, który w kontekście naszej chrześcijańskiej misji mówi: „Najczęściej zatrzymujemy się na zaangażowaniu w pielęgnowanie własnej wiary, co powinno być punktem wyjścia, a nie dojścia; (…) koncentrujemy się w dużej mierze na zaspokojeniu własnych potrzeb duchowych. Sytuacji nie ułatwia wyraźny podział na świat prezbiterów i świeckich, a więc i częsty brak zrozumienia dla siebie nawzajem”.

DEON.PL POLECA

Tak uzbrojeni w kontekst, obejrzyjmy sobie pierwsze komunie w roku 2023.

Ponieważ komunie są wciąż społecznie ważne, piszą o nich wszystkie media. Media świeckie bardziej o stronie organizacyjnej lub alternatywnej, media katolickie – bardziej o stronie duchowej. Im ostrzej stawiają sprawę media świeckie, wyjeżdżając z tekstami (tytuły prawdziwe) „Limuzyna i czerwony dywan na komunii w Poznaniu. Postradali zmysły" albo „Byłam w zeszłym roku na komunii, nigdy więcej” – tym ostrzej brzmi nasza, tak zwana katolicka odpowiedź. Świat mówi: będzie niezła impreza, katolickość mówi: na kolana i tylko Jezus!

Małpki, limuzyny i społecznokatolicki bulwers

Bulwers społecznokatolicki podkręca fakt, że okołokomunijne wydarzenia jednostkowe a niezwykłe są wyciągane w maju na pierwsze strony w kluczu „szok i niedowierzanie”. Dlatego hitem są w tym roku ów dywan, żywe małpki w roli prezentu oraz świecka komunia zorganizowana przez antykościelnego ojca rok temu. I my, w naszym katolickim gronie, dajemy się na to nabierać koncertowo, oburzając się na małpki i na ojca, na czerwone dywany i limuzyny i na cenniki „ile dziecku do koperty”, nie widząc, że problem leży zupełnie gdzie indziej.

Gdzie?
Nie, nie w tym, że jedna w skali Polski ciotka kupiła dziecku małpkę, jeden w skali Polski ojciec zrobił świecką alternatywę komunijnego przyjęcia, a drugi zamówił limuzynę. Na litość, to nie są nawet promile promili, to są trzy trzydziestoośmiomilionowe, to nawet nie jest najdalszy margines błędu – a my żyjemy tym jak mikrowirusem, przekonani, że nam zaraz zakazi cały Kościół i najdalej w przyszłym roku nastąpi epidemia małpek, limuzyn i ateistycznych „komunii” z sobą i wszechświatem.

Czy kryzys to koniec następujący z hukiem?

Skąd w nas ten lęk? Oczywiście, z przekonania, że Kościół przechodzi kryzys, a kryzys to synonim słowa „koniec następujący z hukiem”. Bo na razie, khy, khy, czy nie wszystko na to wskazuje? Nie pamiętam już, kto mi ostatnio sprzedał urocze hasło, że podejście większości episkopatu można streścić w jednym stwierdzeniu: „Coś w Kościele nie działa? Nakrzyczmy na ludzi i róbmy dalej to, co robiliśmy, tylko bardziej!” (I niech mi wybaczą biskupi działający inaczej).

Tymczasem kryzys to zmiana. Zmiana!
To czas robienia inaczej.
To łaska, która prowadzi najpierw do krytycznego spojrzenia na to, co jest. Do zastanowienia się, czego brakuje, a czego jest za dużo. Do zauważenia, co przegapiamy jako Kościół, że ludzie wolą szukać głębi gdzie indziej?

Co przegapiamy w kontekście pierwszej komunii? Czego brakuje rodzicom, którzy włączają się w życie Kościoła na dziesięć krótkich miesięcy, by zapewnić dziecku komfort poczucia przynależności do grupy rówieśniczej? Dlaczego, choć sami nie wierzą i do tej pory nie bardzo dziecko w wierze wychowywali, decydują się na to, by przystąpiło do kolejnego sakramentu?

Można być dorosłym i nie wiedzieć, czego się chce

Jedna z oczywistych odpowiedzi, które nasuwają się same, brzmi: z tradycji. Z potrzeby spełnienia oczekiwań. Z chęci uchronienia dziecka przed poczuciem, że jest inne i gorsze (bo nie dostało kasy ani prezentów). No bo przecież nie z wiary! I te oczywiste odpowiedzi są o tyle złe, że robią to, czego nie robi Bóg: dogaszają ledwo tlący się knotek, urywają nadłamaną trzcinę, która tak sobie wisi i nie wiadomo, czy jest na tak, czy jest na nie.

Przychodzi mi do głowy myśl z „Przędzy” Natalii de Barbaro, książki zupełnie nie z mojego świata i jednocześnie bardzo z mojego. Natalia mówi w niej, że świat wymaga od nas nieustannie jasnego określania się: tak czy nie? W kontekście komunii to byłyby pytania: wierzysz czy nie wierzysz? Jesteś w Kościele czy nie jesteś? Chcesz to dziecko wychować w wierze czy nie? I de Barbaro przypomina prostą rzecz: można na to pytanie odpowiedzieć „nie wiem”. Tej odpowiedzi bardzo nie lubi świat. Co bardziej oczytani katolicy zaraz walną po głowie wersecikiem: obyś był zimny albo gorący, twoja mowa ma być tak tak – nie nie. Przeciwnicy Kościoła też zażądają jasnej odpowiedzi, nie pozwalając nikomu być „za, a nawet przeciw”. To jesteś czy nie jesteś? Odpowiedz! – krzyczy świat.

A ja słyszę: nie wiem.
Widzę ludzi, którzy stoją w drzwiach. Nie są ani w środku, ani na zewnątrz. Nie można żądać od nich, żeby byli zimni albo gorący. Jeszcze nie można. Często nie wiedzą, czego chcą.  Wiedzą, że nie potrafią już tak, jak ich babcie, biegać na majowe, czerwcowe, różaniec, roraty i gorzkie żale. Została im niedzielna Eucharystia z często słabym kazaniem. Nikt ich dotąd nie nauczył czytać Biblii, modlić się jak dorosły człowiek, który chce mieć mocną, dobrą relację z Bogiem. Samo pojęcie relacji z Bogiem jest często koncepcją odległą i niezrozumiałą.

Ludzie mają potrzebę duchowości. Co z nią robimy?

Widzę dorosłych wychowanych na „Bozia cię skarze”, „ręce na kołdrze”, „marsz do kościoła” i bezradnych w kontakcie ze Stwórcą, który ich kocha i na nich czeka, ale ta wiedza się kompletnie nie przebija do ich serca. A jednocześnie, jak zauważa brat Mantyk – mają dziką potrzebę głębi, szukają jej wytrwale i wiernie, wydają kasę i pokonują zniechęcenie, by iść na jogę czy inny rodzaj szukania siebie i sensu życia, ale po innemu niż katolicku.

„Ludzie mają potrzebę duchowości, tylko Kościół, który przestał się zmieniać, przestał być może odpowiadać tej potrzebie. Bo może oni nie chcieli zachowywać zwyczajów sprzed kilkuset lat, ale doświadczać żywego Ducha.”

Nie chcemy doświadczać skostniałej struktury Kościoła

Doświadczać żywego Ducha. Jak to zrobić, by rodzice dzieci pierwszokomunijnych doświadczyli żywego Ducha, a nie skostniałej struktury Kościoła? By doświadczali Go ich goście, by same dzieci wiedziały,  że chodzi o brzmiącą czasem jak banał i slogan przyjaźń z Jezusem?

Czasem mam gorzkie wrażenie, że to właśnie ta skostniała struktura najbardziej przesuwa ludzi stojących w drzwiach uchylonych przez pierwszą komunię dziecka w stronę „nie”. To zarządzanie uroczystością przez księży i katechetów, w którym rodzice albo nie mają do powiedzenia nic, albo każe im się zrobić wszystko, karcąc ich za błędy i jednocześnie ignorując fakt, że przecież nie mają w tym żadnego doświadczenia.

To ustalanie godzin prób, pierwszej spowiedzi, mszy w białym tygodniu, wszystkich nabożeństw dla dzieci w czasie skrajnie nie pasującym do trybu życia i pracy współczesnego człowieka. To żądanie „godnej ofiary” w odpowiedniej wysokości, by ufundować stypendium mszalne w białym tygodniu.  (Niekoniecznie ze strony księdza - znam historię, w której rodzice usłyszeli cennik od siostry katechetki, po czym ustalili, że aż tyle nie dadzą, bo to naprawdę było o wiele więcej niż zwykłe, ustalone stypendium mszalne. Siostra zajrzała do koperty, oburzyła się, powiedziała, że ona dołoży ze swoich, bo wstyd, i rodzice mają jej donieść resztę). Na szczęście nie w każdej parafii tak jest. Niestety w zbyt wielu wciąż jest. 

Każdy woli się zajmować tym, na co ma wpływ

Czy upokarzające traktowanie dorosłych i autorytarne zmienianie ich decyzji zachęca do bycia w Kościele? Czy narzekanie z ambony, że w białym tygodniu „rodzice to już nie przychodzą i wysyłają dziadków”, gdy się wcześniej msze bez konsultacji z gronem zainteresowanych ustala na piętnastą trzydzieści, bo tak księdzu wygodnie, zachęci kogoś do budowania relacji z Jezusem? Czy odgórne ustalanie godziny komunii na dziewiątą rano, co z punktu widzenia gospodyni mającej gości w domu i więcej niż jedno dziecko na pokładzie oznacza pobudkę około czwartej trzydzieści, pokazuje głęboką miłość, troskę i zrozumienie dla życia wiernych?

Dlatego w ogóle mnie nie dziwi, że dorośli, traktowani jak ludzie, od których nic nie zależy i którym każe się wpasować w ustalone i wycenione przez parafialny zespół duchowny ramki i zwyczaje, bardziej zajmują się i przejmują tym, kogo zaprosić, jak będzie wyglądało przyjęcie i jakie prezenty podpowiedzieć rodzinie. Każdy woli się zajmować tym, na co ma wpływ, a przykrą konieczność i brak decyzyjności znieść z zagryzionymi zębami, by przetrwać do tej fajniejszej części, czyli rodzinnej imprezy.

„Ci ludzie mają potrzebę duchowości, tylko Kościół, który przestał się zmieniać, przestał być może odpowiadać tej potrzebie. Bo może oni nie chcieli zachowywać zwyczajów sprzed kilkuset lat, ale doświadczać żywego Ducha, a my jako wspólnota być może zawiedliśmy w tym.”

Ta robota nie jest wyłącznie po stronie rodziców

Jak uratować ludzi, tkwiących w pozycji „nie wiem”, przed zrezygnowaniem z przygody życia, jaką jest bliska relacja z żywym, czułym, nadającym sens życiu Bogiem? To jest pytanie, które sobie powinniśmy zadawać jako Kościół w okresie pierwszych komunii. Co przegapiamy? Czym zniechęcamy? Co na poziomie organizacyjnym, na poziomie decyzji, na poziomie szacunku do drugiego dorosłego człowieka musi się zmienić? Ta robota nie jest wyłącznie po stronie rodziców, którzy nie wiedzą i których tak łatwo oceniamy jako „letnich”. Ta robota jest po naszej stronie: nas, wierzących, którzy skupili się na komfortowym przeżywaniu swojej wiary, a zapomnieli o misji. I po stronie księży, którzy skupili się na zarządzaniu i wymaganiu i zapomnieli o żywych ludziach.

Ci ludzie stoją w drzwiach. Nie wiedzą, czy są jeszcze w środku, czy już nie są. Szukają głębi w tym, co dla nich dostępne, tam, gdzie mają wpływ, choćby to był ten wyśmiany czerwony dywan rozwijany przed małą monstrancją, świątynią Ducha, dziesięciolatką promieniejącą Jezusem. Choćby to były do przesady niezwykłe prezenty, którymi bliscy chcą podkreślić niezwykłość chwili, nie mając do tego duchowych narzędzi i posługując się tymi materialnymi, dostępnymi od ręki.

Nic nie da krzyczenie o tym, co muszą i czego nie mogą, nic nie da ironizowanie i wyśmiewanie małpek, przyjęć i przepychu, nic nie da robienie dalej tego, co nie działa. Pierwszokomunijni rodzice to zniosą. Położą uszy po sobie, żeby dziecko księdzu nie podpadło. Wykonają instrukcję, zagryzając zęby. A potem z ulgą znikną na kolejne lata, ciesząc się, że już za nimi wysiłek pierwszej komunii, w której przygotowaniu nikt nie wziął pod uwagę ich potrzeb i możliwości.

A my, z wnętrza świątyni, będziemy za nimi patrzeć, wzruszać ramionami, kręcić głowami i narzekać na galopujący kryzys Kościoła. I mówić: sami są sobie winni, widocznie nie mieli wystarczającej wiary.

 

 

Marta Łysek - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka. Poza pisaniem ogarnia innym ludziom ich teksty i książki. Na swoim Instagramie organizuje warsztatowe zabawy dla piszących. Twórczyni Maluczko - bloga ze Słowem. Jest żoną i matką. Odpoczywa, chodząc po górach, robiąc zdjęcia i słuchając dobrych historii. W Wydawnictwie WAM opublikowała podlaski kryminał z podtekstem - "Ciało i krew"

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Czas komunii. Co przegapiamy jako Kościół, że ludzie wolą szukać głębi gdzie indziej?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.