Gdzie dyskutować o państwie i religii?

Gdzie dyskutować o państwie i religii?
Dariusz Dańkowski SJ

W krajach rozwiniętych demokracji prof. Hartman z taką kulturą dyskusji, jaką reprezentuje, wywoływałby raczej uśmieszek politowania. Tymczasem w Polsce, gdzie w wielu sprawach dominuje albo język kaznodziejski, często bez kontaktu z rzeczywistością, albo język antyklerykalnego zacietrzewienia, Hartman uchodzi za gwiazdę i odważnego szermierza walczącego o wolność przekonań w sklerykalizowanym społeczeństwie.

Ożywiła się ostatnio publiczna dyskusja na temat relacji prawa Bożego wobec prawa państwowego. Po raz kolejny padło pytanie o świecki bądź wyznaniowy charakter państwa. Temat jest zbyt złożony, by wyczerpać go w jednym krótkim artykule. Chciałbym się skupić na jakości tej debaty oraz na roli uniwersytetów.

DEON.PL POLECA




Przykład nr 1: Profesor Tadeusz Bartoś - w Gazecie Wyborczej z dn. 29-30 czerwca 2013 r. (wydanie sobotnio-niedzielne) w artykule "Prezydent milczy" pisze, iż biskupi polscy, głoszący wyższość prawa Bożego nad prawem stanowionym - "sprzeciwiają się porządkowi prawnemu R.P." Postawa taka może, w opini autora, zaowocować "łamaniem praw człowieka" i "zamachem na porządek prawny w Polsce". Zastanawiający jest kontekst, w jakim profesor Bartoś umieszcza wypowiedzi polskich biskupów. Nie odwołuje się ani do analizy społecznej naszych dzisiejszych polskich realiów ani do takich źródeł jak Katechizm Kościoła Katolickiego, Kodeks prawa kanonicznego czy dokumenty Soboru Watykańskiego II. Bartoś umieszcza całą problematykę w kontekście doktryny św. Tomasza oraz średniowiecznych napięć związanych z supremacją papieską - pisząc: "Elementem tego sporu była walka o prawo do decydowania o treści prawa państwowego. Walczył o to dla siebie Kościół, podobnie jak dziś walczą polscy biskupi". Mamy więc zarysowaną bardzo osobliwą alternatywę: średniowieczny typ państwa wyznaniowego kontra nowoczesna demokracja hołdująca pozytywistycznym koncepcjom prawa. W tak ustawionej dyskusji czytelnik nie ma w zasadzie wyjścia i musi się zgodzić z Bartosiem, że lepsza nowoczesność niż ciemne średniowiecze i basta! Nie potrzeba tu żadnych wnikliwych studiów, by zauważyć w omawianym artykule nie tylko łatwiznę intelektualną, ale też bardzo nierzetelne podejście do problemu.

Przykład nr 2: Ks. dr Piotr Steczkowski z Instytutu Prawa Kanonicznego w Krakowie w artykule "Prawo naturalne a stanowione" na łamach Naszego Dziennika (z dn. 2 lipca 2013 r.) staje po drugiej stronie sporu i broni tezy następującej: "Jeśli prawo ludzkie jest sprzeczne z zasadami moralnymi pochodzącymi od Pana Boga, to jest ono niesprawiedliwe i nie obowiązuje nas w sumieniu". Nie sposób nie zgodzić się z tym stwierdzeniem przy elementarnej choćby znajomości Katechizmu Kościoła Katolickiego. Ale i tu ważny jest dobór argumentów i kontekst, w jakim autor umieszcza swoje rozważania. Jako przesłanki wyższości prawa Bożego nad prawem stanowionym przytacza on: przesłanie "Antygony" Sofoklesa, cytat z Dziejów Apostolskich (Bardziej trzeba słuchać Boga niż ludzi - Dz 5, 29) przykład św. Stanisława - biskupa i męczennika oraz Kardynała Stefana Wyszyńskiego i jego słynne "non possumus". I znowu łatwizna intelektualna i takie ustawienie dyskusji, że nie tylko wypada zgodzić się z autorem, ale wręcz trzeba z obrzydzeniem potępić jego adwersarzy, o których sam ksiądz doktor pisze, że traktują swych odbiorców "jak kompletnych idiotów lud nieuków". Czytelnik staje przed alternatywą: chwalebne przykłady historyczne kontra zwyrodnialstwo moralne i systemy totalitarne... Nawet jeśli brzmi to chwytliwie, jest to - mówiąc eufemistycznie - nie fair wobec zabierających głos na ten temat w dzisiejszej Polsce.

Oba przytoczone przykłady dość dobrze ilustrują język naszej publicznej debaty w sprawach wiary, moralności czy relacji państwo - Kościół. Obie wypowiedzi stanowią swego rodzaju ucieczkę od trudnych i złożonych problemów na pozycje "pewne" i "bezpieczne". Przybierają przy tym postać swoistych monologów - każdy potencjalny adwersarz jest automatycznie uznany za osobę niemoralną albo za kogoś niespełna rozumu. Taki styl argumentacji nie ułatwia Polakom odpowiedzi na ważne dla nich pytania. A rzeczywistość społeczna jest bardziej złożona. Nie ma jakiegoś jednego doskonałego wzorca, jak rozwiązać kwestię nauczania religii w szkołach publicznych. Na wiele sposobów można uregulować zawieranie małżeństw ze skutkiem kanonicznym i cywilnym. Działalność kapelanów szpitalnych, wojskowych czy więziennych może przyjąć różne formy prawne. Tę listę można wydłużać. Społeczeństwo ma prawo do toczenia dyskusji i do spierania się w poszczególnych kwestiach. W tych debatach wiele z proponowanych rozwiązań bywa zgodnych  z katolickim nauczaniem społecznym, wiele z nich można ocenić jako racjonalne i intelektualnie uczciwe. Moralna i polityczna legitymizacja prawa stanowionego jest dziś przedmiotem ożywionego dyskursu akademickiego w wielu miejscach na świecie i dyskurs ten bynajmniej nie ogranicza się do analizy tekstów św. Tomasza.

W ramach wolności słowa każdy ma prawo wybrać odpowiednią dla siebie formę wypowiedzi. Podczas kampanii wyborczych, na przykład, ważne jest odwołanie się do prostych symboli i do zbiorowych emocji elektoratu, wówczas liczą się chwytliwe hasła i prosty niewyrafinowany przekaz; ekspertyzy naukowców nie są w stanie się przebić. Patrząc jednak na całokształt debaty publicznej w dłuższym okresie czasu, nie da się uciec od konstatacji, iż wszyscy działamy jak "naczynia połączone" - rodzina - szkoła - uczelnia - parafia - media - polityka - kultura (i ta wysoka i ta niska). Siła i witalność demokracji deliberatywnej tkwi w jakości i intensywności wzajemnego komunikowania się. Podniesienie poziomu naszej codziennej debaty to coś, na czym powinno nam wszystkim zależeć. Powinno nam zależeć na tym, aby główny nurt debaty publicznej odbywał się na przyzwoitym poziomie i aby pomagał nam rozwiązywać rzeczywiste problemy. Wracając do zaprezentowanych powyżej przykładów nr 1 i nr 2 - "na oko" widać, że tego typu artykuły oddziałują głównie na emocje czytelników. One jakoś kształtują nasze codzienne osądy, ale ludzie reflektujący nad rzeczywistością potrzebują odwołania się do konkretnych racji.

Wydaje się, że idealnym forum do szukania takich racji są uczelnie katolickie - z wielu względów. Uniwersytety są środowiskiem, gdzie panuje dyscyplina naukowa i rzetelność prowadzonych badań. Uczelnie katolickie mają zaś tę dodatkową wartość, że posiadają kompetentną kadrę wyspecjalizowaną w analizowaniu interdyscyplinarnych problemów na styku teologii, filozofii i nauk szczegółowych. Właśnie tutaj religia nie jest traktowana jak obiekt wykopaliskowy, ale jako źródło sensu i znaczeń w sprawach istotnych dla ludzi. Wielu świeckich dziennikarzy czuje się zagubionych, gdy przychodzi im komentować rozmaite zawiłe kwestie z pogranicza teologii, funkcjonowania instytucji kanonicznych czy też zwyczajów w strukturach kościelnych. Uczelnie katolickie mogą być naturalnym pośrednikiem pomiędzy Magisterium Kościoła a szeroką opinią publiczną. Wreszcie to środowisko jest coś winne całemu społeczeństwu - największe uczelnie katolickie w naszym kraju otrzymują dotację z budżetu państwa. Powinne być więc szczególnie wrażliwe nie tylko na punkcie zagwarantowania solidnego wykształcenia, ale również w dziedzinie kształtowania uczestnictwa obywatelskiego i promocji dobra wspólnego. Powinne aktywnie włączać się w rozwiązywanie złożonych kwestii ważnych dla całego społeczeństwa, również dla ludzi, którzy nie identyfikują się z Kościołem.

To włączanie się powinno zataczać szerokie kręgi, oprócz tradycyjnych działań naukowo-dydaktycznych, powinno obejmować uniwersytety trzeciego wieku, kursy dokształcające, wykłady otwarte, interdyscyplinarne sympozja - wychodzące swym zasięgiem poza tradycyjne środowisko akademickie. I nie chodzi bynajmniej o to, aby te uczelnie tworzyły jakiś "teflonowy", "sympatyczny" czy "umiarkowany" katolicyzm. Czasami prawda musi być wyartykułowana w sposób zdecydowany. Chodzi o to, aby te środowiska odważniej zaistniały w debacie publicznej i aby umiały efektywnie wpływać na jej jakość - bez popadania w fanatyczny fundamentalizm czy populistyczny synkretyzm religijny. Prężne uczelnie będą podwyższać standardy - również poszczególnym duchownym (czy też byłym duchownym) zabierającym głos publicznie.

Wycofanie się z dyskusji powoduje próżnię. Powściągliwość ze strony intelektualistów katolickich, niewchodzenie w główny nurt sporów społecznych owocuje m.in. tym, że w dyskursie robi się nieproporcjonalne miejsce dla takich autorów jak prof. Hartman, który na dźwięk słowa "religia" ma pod ręką hasła typu - zidiocenie, brednie, oszustwa, ciemnota. W krajach rozwiniętych demokracji prof. Hartman z taką kulturą dyskusji, jaką reprezentuje, wywoływałby raczej uśmieszek politowania. Tymczasem w Polsce, gdzie w wielu sprawach dominuje albo język kaznodziejski, często bez kontaktu z rzeczywistością, albo język antyklerykalnego zacietrzewienia, Hartman uchodzi za gwiazdę i odważnego szermierza walczącego o wolność przekonań w sklerykalizowanym społeczeństwie.

Przedstawione powyżej oczekiwania wobec uczelni katolickich nie są niczym na wyrost. W naszym społeczeństwie instytucje te cieszą się dużym zaufaniem i poparciem. Posiadają czytelną misję. To właśnie w ich murach powinno mieć miejsce odważne podejmowanie trudnych tematów, niewycofywanie się na wygodne, "bezpieczne"’ pozycje, lecz merytoryczne dochodzenie do prawdy oraz nauka szacunku dla mających inne zdanie. Tu powinno się odbywać podnoszenie poprzeczki w górę. Chciałoby się powiedzieć - bierzmy się do roboty!

Ks. dr D. Dańkowski SJ

Dyrektor Instytutu Filozofii na Akademii Ignatianum w Krakowie

Dowiedz się więcej o Akademii Ignatianum:

Gdzie dyskutować o państwie i religii? - zdjęcie w treści artykułu

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Gdzie dyskutować o państwie i religii?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.