Księża, którzy odchodzą, nie są ofiarami mrocznych kusicielek

Księża, którzy odchodzą, nie są ofiarami mrocznych kusicielek
(fot. pl.depositphotos.com)

Kiedy rozmawiamy o tak poważnych sprawach, jak odejście księdza, nie możemy uciekać się do starych, seksistowskich schematów rozumienia rzeczywistości - nawet jeśli niektórym osobom wydają się one kuszące ze względu na swoją prostotę i możliwość "ocalenia" swojego przekonania na temat przyzwoitości danego księdza (albo księży w ogóle).

Kiedy Marta poznała Andrzeja, nie miała pojęcia, że jest on księdzem. Wydawało jej się, że spotkała "tego jedynego": Andrzej był inteligentny, pięknie się wypowiadał, nie miał dzieci z poprzednich związków (takiego scenariusza kobieta bardzo się obawiała), a przede wszystkim - był głęboko wierzący i poukładany.

Szczęście Marty trwało parę miesięcy, a później nastąpiły jej dwa - jak sama opisuje - końce świata. Pierwszy: gdy w końcu się dowiedziała (i to nie od Andrzeja). A drugi: gdy ludzie w jej miejscowości przypięli jej łatkę tej, która uwiodła porządnego księdza. Przecież jest dorosła, mogła myśleć, co robi. Bo ksiądz, cóż, zagubił się. Tak bywa.


Mit niewinnego księdza i modliszki

Odejście księdza niemal zawsze budzi ogromne emocje: z poziomu religijnego jest to niedotrzymanie przyrzeczeń, które składa się podczas święceń, a z poziomu obyczajowego: kolejna afera, która spełnia wszystkie kryteria sensacji idealnej: jest Kościół, zakazana miłość i tajemnica, która w końcu wychodzi na światło dzienne. Za interpretowanie tego typu wydarzenia biorą się zatem "specjaliści" od kościelnej dyscypliny ("trzeba znieść ten głupi celibat!"), tradsi "przed soborem było mniej takich spraw!") i samozwańczy psychologowie ("pewnie miał konflikt z proboszczem i potrzebował bliskości").

Jednak poza grupą "komentatorów", którzy krytykują Kościoła czy danego księdza, istnieje także całkiem spora liczba osób, które "z marszu" rozgrzeszają duchownego i okazują wobec niego zrozumienie, a winą za sytuację obarczają kobietę, która jest z nim w relacji. Gdy czytam wypowiedzi w stylu "jak ona mogła?!", lub "czy nie wiedziała, że niszczy w ten sposób Kościół?!", to czuję, jak rodzi się we mnie ogromny bunt.

Nie zgadzam się na takie stawianie sprawy nie tylko dlatego, że z perspektywy psychoterapeuty znam opowieści tych kobiet (które czasem, tak jak Marta, nie miały pojęcia, co tak naprawdę miał na myśli ich partner, gdy mówił, że wczoraj wieczorem był długo w kościele), ale również z uwagi na trwale wbudowany w mój system postrzegania świata brak zgody na rozpowszechnianie mitu niewinnego mężczyzny oraz wyrachowanej, podłej kobiety-modliszki, która tylko czeka na to, by uwieść Bogu ducha winnego osobnika.

Kiedy rozmawiamy o tak poważnych sprawach, jak odejście księdza, nie możemy uciekać się do starych, seksistowskich schematów rozumienia rzeczywistości - nawet jeśli niektórym osobom wydają się one kuszące ze względu na swoją prostotę i możliwość "ocalenia" swojego przekonania na temat przyzwoitości danego księdza (albo księży w ogóle).


Kobiety nie polują na księży

Tym, co zaskakuje w opowieściach kobiet, które były lub są w związkach z duchownymi, jest... zwyczajność tych relacji. Na początku jest klasyczne zakochanie, czułość i długie rozmowy o życiu. Problemy zaczynają się wtedy, gdy pada to nieodzowne w każdym związku pytanie: co dalej? I tutaj wiele zależy od tego, jaki jest stosunek danego księdza do własnego kapłaństwa, co jest istotne w życiu danej kobiety, a także… na ile kobieta jest świadoma sytuacji.

Przypadki, w których panie nie wiedziały, jaki jest zawód ich wybranka (poznanego na przykład przez internet), nie należą wcale do rzadkości. Czasem księża deklarują, że i tak planowali już "odejść z Kościoła", a kobiety dają temu wiarę i latami czekają na kościelny exodus ukochanego. Bywa i tak, że kobiety, dla których spotkania z księdzem miały odbywać się pod sztandarem "braku zobowiązań", mimo wszystko się zaangażowały. Jednak żadna ze znanych mi historii partnerek księży nie była opowieścią o "polowaniu" na faceta w sutannie. Nie znam przypadku, w którym jakakolwiek kobieta postawiłaby sobie sobie za cel, że z niechęci do Kościoła poderwie księdza. Zresztą nawet gdyby taki scenariusz się ziścił, to przecież słynne "uwodzenie" mężczyzn  (nie tylko księży) nie odbywa się przecież bez ich zgody.

Tłumaczenie duchownego, że "padł ofiarą" przebiegłej kusicielki nie ma wiele wspólnego z katolicką moralnością - zgodnie z nauczaniem Kościoła, każdy dorosły i zdrowy na umyśle człowiek sam odpowiada za swoje czyny. Obwinianie wyłącznie kobiety za to, ksiądz na stałe zdjął koloratkę, jest zatem po prostu niesprawiedliwe. Warto też pamiętać o tym, że konsekwencje tego typu znajomości ponosi nie tylko duchowny (który musi się "określić") - taki związek generuje ogromne koszty psychiczne także u wspomnianych kobiet.

Jeśli kobieta wie, że żyje w związku z osobą duchowną, zazwyczaj doświadcza ciągłego stresu i obaw: przed ujawnieniem (choć jednocześnie wiele pań w tej sytuacji mówi, że chciałoby, aby to się wreszcie stało), przed porzuceniem przez ukochanego (zwłaszcza jeśli w którymś momencie pojawi się dziecko), ale też przed tym, jak będzie wyglądało wspólne życie, jeśli ich partner zdecyduje się ujawnić tę relację i zaprzestanie sprawowania posługi. Wśród kobiet księży nie brak jest przecież osób religijnych, które żyjąc z księdzem, trwają w ogromnym dysonansie poznawczym: z jednej strony pragną być z mężczyzną, który wydaje im się wyjątkowy, z drugiej - daje o sobie znać świadomość popełnionego grzechu.

Natomiast dla kobiety wierzącej, nieświadomej "fachu" swojego ukochanego, niespodziewane "odkrycie" może być traumatyczne i związane w ciągnącym się przez lata poczuciem winy - tak jak w przypadku Marty, która przez długi czas obawiała się wejść w bliższą relację z jakimkolwiek mężczyzną. Duży wpływ na dalsze funkcjonowanie kobiet, które w jakimś momencie swojego życia były zaangażowane w relację z księdzem, może mieć również to, w jaki sposób jest ona kończona. Jeśli ta decyzja wyjdzie ze strony duchownego, to bardzo ważne jest, aby nie obwiniał on byłej partnerki o to, że stanowili parę. Słowa, jakie w tej sytuacji usłyszała pani, z którą pracowała terapeutycznie moja znajoma, brzmiały: "doprowadziłaś mnie do grzechu, ale teraz zdecydowałem skończyć z tą słabością". Był to klasyczny przykład próby uniknięcia odpowiedzialności za swoje decyzje, w której to odbija się myślenie o kobiecie jako przyczynie upadku mężczyzny. U tej kobiety po tak brutalnym rozstaniu rozsypało się nie tylko życie uczuciowe, ale również duchowość - w sensie psychologicznym "przyjęła" ona na siebie całą winę za wejście w relację z osobą, która powinna być skupiona na służbie Bogu.

Nie poprzestawajmy na sensacji

Odnoszę wrażenie, że wielość doniesień o księżach "zrzucających sutanny", podobnie jak podjęcie tematu samobójstw wśród kapłanów, może być oznaką tego, że zaczynamy w końcu mówić na serio o trudnościach, które napotykają sami duchowni. My, wierni, chcielibyśmy widzieć naszych duszpasterzy jako osoby pełne zaangażowania i otwarte - i poniekąd nic w tym dziwnego, skoro osobowość księdza ma bezpośredni wpływ nie tylko na "jakość" parafii, ale i postrzeganie całego Kościoła. Wydaje mi się jednak, że nasze postrzeganie kapłaństwa jest mocno dychotomiczne - po “jasnej stronie mocy" znajdują się księża elokwentni, charyzmatyczni, może aktywni w social media, a po tej drugiej - księża pazerni i nadmiernie rozpolitykowani. Warto jednak pamiętać, że działania księży (tak samo jak każdego z nas) są nierozerwalnie związane z ich funkcjonowaniem emocjonalnym.

Prawda o kapłaństwie wykracza daleko poza medialny wizerunek księdza fajnego i pozbawionego fajności: bycie księdzem nie oznacza przecież tego, że nie jest się "narażonym" na zakochanie, że nie będzie się cierpiało na depresję (która, nieleczona, może doprowadzić do samobójczej śmierci), że nie jest się ofiarą mobbingu czy nagle nie zaczyna się odczuwać ogromnego pragnienia zostania ojcem.

Bardzo bym chciała, abyśmy z mentalności poszukiwaczy sensacji przełączyli się systemowe rozumienie sytuacji polskich księży: skoro księża popełniają samobójstwa, to czy nie oznacza to, że nie mają wystarczającego dostępu do pomocy psychiatrycznej i psychologicznej? Czy jeśli kazania w mojej parafii przypominają polityczne wiece, to nie jest to efektem narastającej przez lata frustracji, której nie ma gdzie rozładować? A jeśli na jaw wychodzi "romans" księdza, to czy nie jest powód do refleksji nad tym, czy księża na etapie formacji (i później) mogą rozmawiać o swojej seksualności, potrzebie bliskości psychologicznych konsekwencjach celibatu?

Może, gdyby tak właśnie było, sutanny przyoblekałyby osoby bardziej świadome i odpowiedzialne, a także takie, którym nie przyszłoby do głowy propagowanie obrazu kobiety jako zagrażającej i grzesznej femme fatale. Zwłaszcza że - jak pamiętamy z Księgi Rodzaju - próba zrzucenia przez Adama odpowiedzialności za grzech na Ewę nie wywołała u Boga aprobaty.

*imiona bohaterów zostały zmienione

Psycholog i copywriter. Wierząca i praktykująca. Prowadzi bloga katolwica.blog.deon.pl

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
ks. Piotr Dzedzej
31,42 zł
34,90 zł

Pod względem liczby odejść z kapłaństwa Polskę wyprzedzają tylko Stany Zjednoczone.

Dlaczego polscy kapłani odchodzą? Z powodu kobiety? Bo nigdy nie mieli powołania? Utracili pierwotne ideały w zderzeniu z rzeczywistością kościelną? A może przyczyny leżą...

Skomentuj artykuł

Księża, którzy odchodzą, nie są ofiarami mrocznych kusicielek
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.