O księdzu, który "próbował zrozumieć" strajkujące kobiety

O księdzu, który "próbował zrozumieć" strajkujące kobiety
fot. PAP/Radek Pietruszka

To wspaniale, że istnieją w Polsce księża, którzy do osób protestujących przeciwko orzeczeniu Trybunału (zwanego niekiedy Konstytucyjnym) potrafią zwrócić się inaczej niż słowami typu „wara” lub przy użyciu inwektyw. Gorzej, że część z tych duchownych dla wzmocnienia swojego przekazu posługuje się stereotypami i upraszcza bardzo złożoną rzeczywistość.

Polki działają świadomie 

O filmie, który nagrał ks. Sawielewicz: „Ksiądz próbuje zrozumieć strajkującą kobietę”, jakiś czas temu zrobiło się głośno w mediach społecznościowych. Twarde prawa sieci są bowiem takie, że gdy osoba duchowna postanawia publicznie zabrać głos na temat praw kobiet, seksualności lub zdrowia reprodukcyjnego, to wypowiedź taka jest „recenzowana” przez influencerów od prawa do lewa - i u części z nich wbudza wdzięczność i podziw, zaś u innych - wściekłość i żal. Kiedy ja sama zadaję sobie pytanie o myśli i emocje towarzyszące mi podczas oglądania tego filmu, to odpowiedź brzmi: to skomplikowane. Z jednej strony wierzę w jak najlepsze intencje autora „Teobańkologii”, który w gorącym czasie zachowuje spokój i chce głosić miłość Boga tym osobom, które mają inne poglądy niż on sam. Z drugiej strony jednak - nie napawa mnie szczęściem fakt, że ta „próba zrozumienia” opiera się na stereotypach płciowych i zawiera wezwanie do stanięcia po „dobrej stronie” bez rozwinięcia, czym owa dobra strona w tym wypadku jest.

Powoli wypowiadane przez duchownego twierdzenia na temat kobiet wywołują moją irytację - nie jest to ani pierwszy, ani (najprawdopodobniej) ostatni raz, gdy osoba duchowna próbuje spacyfikować kobiety przez odwoływanie się nie do tego, co mówią (lub krzyczą) one same, ale do esencjalizmu płciowego. Zwracając się do protestujących kobiet ksiądz Sawielewicz tłumaczy, że wie, iż poszukują one bezpieczeństwa (duchowny rozwija tę myśl, dodając, że jest to „to normalne i kobiece”). Później autor filmu dodaje także, że Polki obecne na manifestacjach są „zdolne do empatii” (znowu - bo jest to kobiece) i „pragną sprawiedliwości”. Cóż, tu do pewnego stopnia się z księdzem zgadzam - z pewnością wśród protestujących jest wiele osób empatycznych i pragnących społecznej sprawiedliwości. Jednakże cechy te nie wynikają z faktu bycia kobietą i występują także u obecnych na protestach mężczyzn. Protestującym kobietom w ramach „terapii” ksiądz proponuje skupienie się na doświadczeniu głębokiej i bezwarunkowej miłości Boga. Jasne, fakt, że Bóg kocha człowieka do szaleństwa (jest wręcz chory z miłości do niego, jak powiedział kiedyś ojciec Szustak), jest esencją Dobrej Nowiny, rdzeniem całego chrześcijaństwa - i cieszy mnie niezmiernie, gdy duchowni i świeccy chrześcijanie z przekonaniem o tym przypominają. Jednak musimy także mieć na uwadze, że polskie kobiety wcale nie wyszły na ulice dlatego, że czują się niekochane przez Boga.

Protesty nie były pospolitym ruszeniem przeciw życiu 

Jeśli zatem ksiądz Sawielewicz (oraz inni kapłani) chcieliby zrozumieć strajkujące kobiety, to najpierw powinni zadać im pytanie, co skłoniło je do udziału w protestach. I tutaj myślę, że mogę wypowiedzieć się w imieniu chociaż części z nich: otóż polskie kobiety w obecnej sytuacji czują się lekceważone przez politycznych decydentów, pominięte przez wnioskodawców zmian w prawie (podczas rozprawy w TK jeden z nich na pytanie, czy zmiany w prawie mogą zagrażać kobiecie, odpowiedział, że tu potrzeba by eksperta z dziedziny medycyny - czyli przed rozprawą nawet o tym nie pomyślał!). Polki są też konkretnie wkurzone na cały patriarchat, w którym głos w sprawach istotnych dla kobiet zabierają niemal wyłącznie mężczyźni. Trzeba również wspomnieć, że nie można wszystkich uczestniczek protestów traktować jak zagubionych owieczek, które nienawidzą Kościoła i chcą niszczyć wszystko, co przynależy do sfery sacrum. Protesty nie były pospolitym ruszeniem przeciwko życiu - wśród uczestniczek nie brakowało wcale katoliczek, które przyjmują chrześcijańskie nauczanie o świętości życia, ale nie zgadzają się, aby to prawo zmuszało kobiety do heroizmu (o rozterkach protestujących katoliczek, które nie utożsamiają się ze wszystkimi postulatami Strajku Kobiet, pisała ostatnio Zuzanna Radzik w tekście „To nie do zniesienia. Posłuchajcie jak bardzo”, opublikowanym na łamach „Tygodnika Powszechnego”). Pewnie, że dyskurs związany z aborcja najłatwiej jest postrzegać w kategoriach binarnych: z jednej strony są zwolennicy zakazu (i oni są prolife), a z drugiej - protestujący, którzy są wysłannikami cywilizacji śmierci. W takiej narracji rzeczywiście ci drudzy jawią się jako osoby, które potrzebują natychmiastowej ewangelizacji, do których trzeba wystosować napomnienia, listy i których trzeba zapewniać o modlitwie w intencji ich nawrócenia. Pozwolę sobie jednak wyrazić domniemanie, że takie wypowiedzi nie złagodzą ani ich obaw, ani gniewu. Jeśli zatem ktoś koniecznie chciałby „uspokoić” chociaż część protestujących, to proponowałabym zamiast odwołujących się do emocji wystąpień zapewnić, że od dzisiaj zrobi się absolutnie wszystko, co tylko można, aby otoczyć opieką kobiety w trudnych ciążach, rodziny zajmujące się osobami z niepełnosprawnościami czy chorujące przewlekle dzieci.

Z racji przynależności do Kościoła (i to całkiem świadomej) wierzę w to, że każdy człowiek potrzebuje modlitwy i ewangelizacji - ale wiem też, że osoba postawiona w sytuacji ekstremalnej (albo obawiająca się, że może się w takiej znaleźć, jak protestujące w tak zwanym wieku reprodukcyjnym) potrzebuje nie tylko łatwego do wypowiedzenia zdania „Bóg cię kocha”. Słowa nam, ludziom Kościoła, zwykle przychodzą łatwo - tłumaczenie, czym powinni w swoim życiu kierować się inni ludzie, nie wymaga zbyt wiele wysiłku. Ewangelia głoszona za pomocą słów (nawet tych wzniosłych i wypowiadanych na tle miłej dla ucha muzyki) przegrywa jednak z tą głoszoną za pomocą konkretnych czynów. 

Rozmawiajmy zamiast przemawiać

Skoro zatem aktywni w social mediach duchowni i inni ludzie Kościoła już przypomnieli nam, że ludzkie życie jest święte i że Bóg kocha każdego człowieka (także wkurzone kobiety), to teraz zachęcałabym ich do nagrywania filmów i pisania postów, dzięki którym osoby potrzebujące pomocy znajdą informacje o tym, gdzie można uzyskać darmową pomoc medyczną w przypadku patologicznie przebiegającej ciąży, jak uzyskać bezpłatną terapię dla osoby z niepełnosprawnością i gdzie można na parę godzin dziennie zostawić chore dziecko, by samemu móc odpocząć od ciężaru opieki nad nim (czemu by nie zorganizować takiego miejsca przy własnej parafii?). Osoby, które ewangelizują za pomocą działania, są zazwyczaj o wiele bardziej przekonujące - dowodem na to może być chociażby ksiądz Kaczkowski, który nie poprzestał tylko na mówieniu, że aborcja i eutanazja są złe, i że Bóg kocha chorych na raka - on stworzył od zera świetnie prosperujące hospicjum i niemal do końca swoich dni sam opiekował się umierającymi. To właśnie taka ewangelizacja ma szansę dotrzeć do serc tych osób, które poszukują sprawiedliwości albo w swoim życiu doświadczają ogromnego cierpienia oraz sprawić, że więcej osób zrozumie sens chrześcijańskiej nauki o nienaruszalności życia od poczęcia do naturalnej śmierci.

Pragnę również uprzejmie przypomnieć, że w protestach brali udział także mężczyźni - ale ich ksiądz Sawielewicz nie “uspokajał”. Niestety, nauczającym w imieniu Kościoła wciąż łatwo przychodzi upominanie i pouczanie kobiet, wyjaśnianie im, jak wygląda świat oraz jakie są one same (ot, taki eklezjalny mansplaining). W ten sposób można jednak otrzymać głównie poklask tych osób, które już deklarują się jako “prolife”, irytację protestujących kobiet i rozgoryczenie osób, które w cierpieniu bliskich nie widzą sensu. Zamiast płomiennych przemów na katolickich kanałach przydałyby się więc rozmowy: z osobami, które mogą opowiedzieć, na czym polega opieka nad chorym dzieckiem, bo tym zajmują się na co dzień; z kapelanami hospicjów; z rodzicami, którzy doświadczyli narodzin i odejścia dziecka z wadą letalną; z psychologami, którzy wspierają osoby z niepełnosprawnościami i ich rodziny. A jeśli już ktoś naprawdę musi przemawiać, to proponuję tym razem - w ramach równowagi - zwrócić się do mężczyzn - tych protestujących i tych, którzy protestom są przeciwni. Warto byłoby przypomnieć, że obowiązkiem ojca dziecka z niepełnosprawnością jest opieka nad nim - a przynajmniej płacenie alimentów odpowiedniej wysokości. Że partner kobiety ciężarnej powinien wspierać ją niezależnie od tego, czy ciąża była planowana i jak przebiega. Że pracownicom w ciąży i po urlopie macierzyńskim należy się godne traktowanie w miejscu zatrudnienia. Że branie wolnych dni na opiekę nad dzieckiem to nie fanaberia, ale niekiedy po prostu konieczność. Zrzucanie ciężaru troski o życie - także to słabe i chore - wyłącznie na barki kobiet jest po prostu nieetyczne i nieewangeliczne - w końcu, według Ewangelii, mamy nie tylko opowiadać innym o Bogu, ale i nosić brzemiona “drugich”.

Przeciwko takiej formie ewangelizacji, która opiera się na powielaniu stereotypów i dyscyplinowaniu wyłącznie kobiet, ja sama stanowczo protestuję.

Psycholog i copywriter. Wierząca i praktykująca. Prowadzi bloga katolwica.blog.deon.pl

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Jacek Prusak SJ, Sławomir Rusin
27,93 zł
39,90 zł

Dojrzała wiara to zgoda na obcowanie z Tajemnicą

Czy psychologia jest wrogiem wiary? A może doprowadzi do tego, że uwierzę głębiej? Czy wyznacznikiem bliskości z Bogiem są emocje? Co Pismo Święte mówi o orientacji seksualnej?...

Skomentuj artykuł

O księdzu, który "próbował zrozumieć" strajkujące kobiety
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.