Szata nie czyni katolika, ale…

Szata nie czyni katolika, ale…
9 lat temu

Kiedy egzaminowałem z traktatu o Trójcy Świętej panował w Rzymie (i panuje nadal) dokuczliwy upał. Już sam stres egzaminacyjny sprzyja występowaniu potów, a cóż dopiero, kiedy w cieniu temperatura przekracza 30 stopni. Tym bardziej ceniłem (ale oczywiście nie miało to wpływu na stopień), kiedy ktoś ubrał się stosownie do egzaminu, który jest szczególnym aktem akademickim.

Klerycy amerykańscy zawsze byli ubrani w księżowskie koszule z koloratką, a niektórzy zakładali jeszcze marynarkę. Studenci z Niemiec pojawiali się niekiedy w krawacie. Duże wrażenie zrobiła na mnie muzułmanka z Turcji, która przyszła na egzamin w długiej sukni, w zapiętym płaszczyku oraz w chuście na głowie. I nie widać było po niej zmęczenia upałem! Ale pojawił się też student, na którego widok musiałem opanować grymas twarzy - ubrany w czerwony podkoszulek, żółte krótkie spodnie , z jakimiś klapakami na nogach. Przyszła mi nawet do głowy myśl, czy nie powinienem go po prostu wyrzucić.

Większy problem jest jednak z ludźmi, którzy przychodzą na Mszę św. ubrani tak, jakby szli na plażę. Pamiętam, że kiedy jako młody kleryk byłem na tzw. pracy wakacyjnej w sanktuarium w Świętej Lipce, to do moich obowiązków należało między innymi uważanie, aby do kościoła nie wchodzili ludzie w szortach, z odkrytymi ramionami i plecami itp. Nie lubiłem tej roboty, bo żenowało mnie zwracanie komuś uwagi. Tym niemniej zgadzam się, że trzeba przypominać, iż do kościoła wchodzi się w stosownym ubraniu. Bo zdarza się, że wchodzi facet do katolickiego sanktuarium w bokserkach i klapkach, z czapeczką na głowie, żuje gumę, gapi się bezmyślnie na ołtarze, a na zwróconą uwagę, że w takim stroju nie wchodzi się do kościoła, reaguje agresywnie, że nikt tu nie będzie mu mówił, jak ma się ubierać. Albo kobieta w stroju dyskotekowym, z wyeksponowanymi wdziękami snuje się pomiędzy filarami katedry, a na jakąkolwiek uwagę o niestosowności jej ubioru reaguje z bystrością godną bohaterek dowcipów o blondynkach. No cóż! niektórym osobnikom trudno wytłumaczyć zasady stosowności stroju do czasu i miejsca, ale to nie znaczy, że należy dawać za wygraną. Cierpliwie i rzeczowo trzeba upominać i kształtować postawy odpowiednie wobec chrześcijańskich miejsc modlitwy. W wielu kościołach w Rzymie kobiety mogą się np. zaopatrzyć przy wejściu w stosowną chustę, którą okrywają ramiona i plecy.

Ciekawe, że kiedy swego czasu zwiedzałem meczet Omajadów w Damaszku, to wszyscy grzecznie akceptowali, iż trzeba było zdjąć obuwie, a kobiety musiały założyć specjalne suknie, jeśli ich własny ubiór uznano za nieodpowiedni. Nikomu nie przyjdzie tam nawet do głowy, aby z kimkolwiek dyskutować o sensowności tego rodzaju reguł. Można by dojść do smutnej konstatacji, że niekiedy ci, którzy zwiedzając meczety lub synagogi bez szemrania podporządkowują się określonym zasadom, wykazują się brakiem wrażliwości na miejsca święte dla katolików.

Problem nie jest zresztą nowy. W każdej epoce dyskutowano o strojach i ubolewano z powodu upadku dobrych obyczajów. Już Paweł Apostoł napominał: "Podobnie kobiety - w skromnie zdobnym odzieniu, niech się przyozdabiają ze wstydliwością i umiarem, nie przesadnie zaplatanymi włosami albo złotem czy perłami, albo kosztownym strojem" (1 Tm 2,9). A w 1930 roku Święta Kongregacja Konsystorialna opublikowała dokument "O strojach niewiast". Czytamy w nim m.in.: "Proboszczowie przede wszystkim i kaznodzieje przy każdej sposobności, według słów Apostoła (2 Tm 4,2), niech przepowiadają, nalegają, proszą, karzą, by niewiasty nosiły ubiór, który by tchnął wstydliwością i był ozdobą i ochroną cnoty i niech upominają rodziców, by nie pozwalali córkom ubierać się nieskromnie". W tamtych czasach nie ubierano się tak wyzywająco jak dzisiaj, ale przecież bywało, że Msze przypominały niekiedy swoiste rewie mody. Jakkolwiek staroświecko brzmiałyby dziś tego rodzaju wezwania, to bez wątpienia nie należy odsyłać do lamusa takich słów jak: skromność, wstydliwość, stosowność. Nowoczesność nie musi przecież oznaczać mody spod znaku "czerwonej latarni". Warto o tym pamiętać również przy doborze sukni ślubnej.

Sprawa stroju dotyczy również księży. Nie jest dobrze, jeśli spod czarnej sutanny wystają nogawki zużytych mocno dżinsów, a buty od dawna nie widziały pasty. Czasem jest to kwestia zwyczajnego niechlujstwa, którego seminaryjni wychowawcy nie zdołali skutecznie wyplenić. Bywa jednak, że księża dorabiają sobie do takiego niedbalstwa ideologię. Jedni mówią o świadectwie ubóstwa, a inni na przykład przekonują, że luzacki strój przyciąga młodych. Z drugiej strony nie jest też ideałem kapłan jak z żurnala, który porannej toalecie poświęca znacznie więcej czasu niż brewiarzowi. To prawda, że dla Pana Boga liczy się przede wszystkim duch skruszony i szczera modlitwa, ale strój może być pomocą lub przeszkodą we wspólnej modlitwie w kościele, a także znakiem naszego stosunku do rzeczy i spraw świętych.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Szata nie czyni katolika, ale…
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.