Ks. Wincenty stworzył parafię w piekle. Dziś wspominamy męczenników w sutannach

Fot. Bayr. Pressebild / KeystoneSU / Forum / Centrum Opatrzności Bożej

29 kwietnia to w polskim kalendarzu data szczególna – obchodzimy dziś Dzień Męczeństwa Duchowieństwa Polskiego w czasie II wojny światowej. To rocznica wyzwolenia obozu w Dachau, miejsca, które dla setek polskich księży stało się Golgotą, ale i polem heroicznej służby. Wśród tysięcy więźniów jeden młody kapłan, nazywany przez wszystkich „Wickiem”, zapisał się w pamięci współtowarzyszy w sposób absolutnie wyjątkowy.

Historia ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego zaczyna się od zwyczajnego życia chłopaka z Chełmży. Był ministrantem, trenował wioślarstwo, a przede wszystkim – całym sercem oddał się harcerstwu, które ukształtowało jego charakter. Zanim trafił za obozowe druty, był radosnym, towarzyskim młodym człowiekiem, który potrafił cieszyć się światem, ale i twardo stąpać po ziemi.

DEON.PL POLECA




Dziennik intymny: „mam pociąg do kobiet”

Zaskakującym elementem biografii przyszłego błogosławionego są jego niezwykle szczere zapiski z czasów seminaryjnych. Frelichowski nie kreował się na „posągowego” świętego – w swoim pamiętniku otwarcie pisał o pokusach i walce o czystość. „Mam szczególny pociąg do kobiet… O Maryjo, broń mnie!” – notował jako młody ksiądz, nie ukrywając, że marzenie o założeniu rodziny i posiadaniu dzieci było w nim bardzo żywe.

Ta szczerość wobec samego siebie stała się fundamentem jego późniejszej siły. Wicek uważał, że kapłan nie może być tylko „poczciwy”, ale musi dążyć do świętości, bo inaczej staje się jedynie urzędnikiem religijnym. Diagnozował ówczesne duchowieństwo dość surowo, pisząc, że wielu księży traktuje swoją pracę jedynie jako zawód, tracąc ducha apostolstwa i „siedząc w oczekiwaniu na dusze”, zamiast ich szukać.

Parafia w baraku nr 28

Gdy we wrześniu 1939 roku rozpoczęły się aresztowania, Frelichowski szybko trafił w ręce Gestapo, prawdopodobnie ze względu na swój ogromny wpływ na młodzież harcerską. Przeszedł przez piekło Stutthofu i Sachsenhausen, by w końcu w grudniu 1940 roku trafić do Dachau. Tam niemieccy oprawcy stworzyli system niszczenia duchownych: bicie, głodzenie, pseudomedyczne eksperymenty czy topienie w beczkach z odchodami były na porządku dziennym.

W tych nieludzkich warunkach ks. Stefan zorganizował… nielegalną parafię. Odprawiał msze święte między pryczami, używając szklanki zamiast kielicha i łóżka zamiast ołtarza. Choć więźniowie bali się represji, uczestniczyli w tych nabożeństwach ze łzami w oczach. „Ksiądz Wincenty obóz uważał za swoją parafię” – wspominali po wojnie jego koledzy, podkreślając, że potrafił on stać się „ojcem duchowym” nawet dla starszych stażem kapłanów i profesorów.

Misja w barakach tyfusowych

Największy egzamin z miłości przyszedł na przełomie 1944 i 1945 roku, gdy w Dachau wybuchła epidemia tyfusu plamistego. Władze obozowe odizolowały zarażonych w zamkniętych barakach, skazując ich na śmierć bez żadnej opieki medycznej. To właśnie Wicek zainicjował akcję pomocy, do której ostatecznie zgłosiło się 32 innych duchownych.

Frelichowski dobrowolnie wszedł do strefy śmierci, by pielęgnować chorych i udzielać sakramentów umierającym. Robił to z pełną świadomością ryzyka. Jak można było przewidzieć, sam zaraził się tyfusem, a osłabiony organizm nie przetrwał powikłań w postaci zapalenia płuc. Zmarł w lutym 1945 roku, zaledwie dwa miesiące przed wyzwoleniem obozu.

DEON.PL POLECA


Tajemnica daty śmierci i amputowane palce

Wokół śmierci ks. Frelichowskiego narosło kilka ciekawostek historycznych, które rzucają światło na to, jak wielkim szacunkiem cieszył się w obozie. Choć oficjalna księga zmarłych (Totenbuch) podaje datę 23 lutego, to księgi sekcyjne prowadzone w kostnicy przez więźniów wskazują na 22 lutego. Rozbieżność ta wynikała z chaosu panującego w obozie, gdzie codziennie umierało ponad 100 osób.

Niezwykłym wydarzeniem było wystawienie zwłok ks. Stefana w trumnie, co w rzeczywistości Dachau było przywilejem zarezerwowanym jedynie dla najwybitniejszych więźniów. Przyjaciele Wicka podjęli też ogromne ryzyko, by zabezpieczyć jego relikwie. Stanisław Bieńka, student medycyny pracujący w kostnicy, przed kremacją amputował z prawej dłoni księdza dwa palce i wykonał maskę pośmiertną. Szczątki te, zagipsowane i ukryte, przetrwały wojnę i dziś znajdują się m.in. w sanktuarium w Toruniu.

Orędownik współczesnych młodych

Błogosławiony Wincenty Frelichowski, ogłoszony w 2003 roku patronem polskich harcerzy, pozostaje postacią niezwykle aktualną. Jak wspomniał papież Leon XIV podczas dzisiejszej audiencji, męczennicy tacy jak Wicek powinni być orędownikami szczególnie dla młodych ludzi, pomagając im odważnie odpowiadać na życiowe powołania.

Jego historia uczy, że heroizm nie bierze się z braku lęku czy braku ludzkich słabości, ale z codziennej pracy nad charakterem i wierności raz obranej drodze, nawet jeśli prowadzi ona przez „krzyż cierpień i życia szarego”. Dzisiejszy Dzień Męczeństwa Duchowieństwa Polskiego to nie tylko wspominanie ofiar totalitaryzmu, ale przede wszystkim przypomnienie o sile ducha, która potrafi pokonać najciemniejszą noc.

Łukasz Sośniak SJ

Absolwent filologii polskiej, dziennikarstwa i teologii. Pracował w Gazecie Częstochowskiej, Radiu Jasna Góra i Radiu Watykańskim. Obecnie dyrektor jezuici.pl, autor Podcastu Jezuickiego i Męskiego Punktu Widzenia. Jego pasją i sposobem na relaks jest czytanie książek i jazda na rowerze.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Ks. Wincenty stworzył parafię w piekle. Dziś wspominamy męczenników w sutannach
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.