Teolog, czy teolożka? Feminatywy, ojcze!

Teolog, czy teolożka? Feminatywy, ojcze!
fot. Jeremy Bishop / Unsplash
8 miesięcy temu

Jeśli ojca Adama Szustaka drażnią formy "teolożka", "chirurżka", czy "gościni", to dlaczego nie zgrzyta mu prorokini Anna, o której niedawno czytaliśmy w niedzielnej Ewangelii?

Z dużym rozczarowaniem obejrzałam pierwszy odcinek nowej serii o. Adama Szustaka pt. "Kobieta i ksiądz". Choć idea cyklu wydaje się bardzo słuszna i potrzebna (i żeby nie było - mimo wyłożonych niżej zastrzeżeń, jestem za niego jako kobieta i katoliczka bardzo wdzięczna), to wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Zwłaszcza jeśli chodzi o podejście dominikanina do zaproszonej przez niego gościni. I tak - nie bez powodu użyłam właśnie tej formy, bo wbrew temu, co sugeruje o. Szustak, feminatywy nie są jakąś tam fanaberią feministycznych bojówek, ale bywają kwestią… życia i śmierci.

Kocham ojca Adama Szustaka

W tym miejscu pozwolę sobie na małe wyznanie: kocham ojca Adama Szustaka. Mimo krytycznych, a niekiedy wręcz hejterskich głosów komentujących jego działalność, osobiście uważam, że to jeden z najsprawniejszych ewangelizatorów XXI w. - być może nie tylko w Polsce, ale na świecie (w końcu w jednym z odcinków "Pachnideł", czyli rekolekcji inspirowanych tekstem Pieśni nad Pieśniami Szustak sam przyznał, że ma ambicję, by stać się "najsłynniejszym kaznodzieją świata").

Prawdopodobnie do końca życia pozostanę mu wdzięczna za to, że jeszcze w czasach, gdy Langusta na Palmie nie była na topie, a konferencji ojca Adama można było słuchać jedynie z pirackich nagrań wygrzebanych w odmętach internetu, zdołał dotrzeć do mnie ze Słowem Bożym na tyle skutecznie, że po pięcioletnim kryzysie wiary zdecydowałam się na powrót do Kościoła i odnowienie więzi z Bogiem.

Dziś, wyposażona już w nieco bogatszy arsenał duchowych treści i mocniej osadzona w życiu Kościoła w Polsce, zdecydowanie rzadziej śledzę materiały Langusty na Palmie, choć nadal są one istotnym elementem mojej chrześcijańskiej formacji. Z tym większym rozczarowaniem wysłuchałam pierwszego odcinka nowej serii "Kobieta i ksiądz" (która, patrząc na proporcje wypowiedzi jednej i drugiej strony, powinna się raczej nazywać "Ksiądz i kobieta", o czym za chwilę) o dość clickbaitowym, ale jak się okazuje - skutecznym - tytule "Kobieta istota poślednia".

Ja też kiedyś drwiłam z feminatywów

Skoro już narzuciłam konfesyjny charakter tego tekstu, to pójdę dalej i dokonam jeszcze jednego "coming outu": jeszcze kilka lat temu miałam ogromny problem ze środowiskami feministycznymi. Kojarzyły mi się one z agresywnymi kobietami, które wbrew równouprawnieniu i tolerancji, które głoszą, usiłują przeforsować jedyną słuszną wizję "kobiety niezależnej". Podobnie bezzasadne i wręcz śmieszne wydawało mi się przywiązywanie wagi do wspomnianych feminatywów, czyli żeńskich końcówek.

To dlatego jeszcze na studiach mówiłam o sobie per "redaktor", "dziennikarz" i "psycholog": nie chcąc nawet słyszeć o zupełnie naturalnej dziś "redaktorce", "dziennikarce", czy "psycholożce" (choć to ostatnie określenie było na moim wydziale obiektem setek żartów i memów przez wzgląd na skojarzenie z dorosłą samicą dzika).

Jednak tak to już jest, że w miarę upływu lat, przeczytanych lektur, obejrzanych filmów, a przede wszystkim - rozmów i spotkań z innymi ludźmi - człowiek dojrzewa do pewnych kwestii i zdarza się, że pod wpływem tego procesu zmienia poglądy. Dokładnie tak było w moim przypadku i dziś właściwie zżymam się, gdy ktoś określa mnie "redaktorem", bo wiem, że słowa i język, jakimi się posługujemy, mają ogromny wpływ na kreowaną przez nas rzeczywistość.

I wcale nie trzeba tu czynić patetycznych odniesień do początku Ewangelii wg św. Jana ("Na początku było Słowo"): wystarczy odwołać się do przykładów z życia codziennego i paru ciekawostek, za którymi przecież o. Adam Szustak tak przepada (pozdro dla kumatych, czyli fanów langustowej serii "Jeszcze pięć minutek").

Chirurżka, czy teolożka to nie fanaberia: to kwestia życia i śmierci

Zmiana mojego podejścia zaczęła się od momentu, gdy przeczytałam najpierw tekst Marcina Napiórkowskiego (również eksprzeciwnika feminatywów), a później publikację, na którą powoływał się w artykule dziennikarz, a która całkiem niedawno została wydana w Polsce. W książce "Niewidzialne kobiety. Jak dane tworzą świat skrojony pod mężczyzn" autorka Caroline Criado Perez odsłania mechanizmy, jakimi od dekad (a w niektórych przypadkach nawet wieków) kierują się np. nie tylko politycy, ale też producenci przedmiotów codziennego użytku i inni "inżynierowie" naszej codzienności: od dostępności usług publicznych po projektowanie dóbr luksusowych.

Weźmy na przykład taki samochód: żeby dopuścić dany model do produkcji i sprzedaży, prototyp musi przejść szereg badań - od wirtualnych symulacji począwszy, a skończywszy na testach fizycznych, w których obserwujemy "zachowanie" manekina zasiadającego za kółkiem uderzającego w twardą przeszkodę samochodu.

Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że przeciętny manekin, z którego pomocą testuje się auta, ma budowę zbliżoną do ciała mężczyzny: jego wzrost to ok. 177 cm, a waga - 76 kg, a więc znacznie powyżej średnich "wymiarów" damskiej sylwetki. Dodatkowo, taki fantom nie uwzględnia również innych żeńskich cech dystynktywnych, takich jak na przykład biust, czy zaokrąglone biodra.

I gdyby jedynym problemem był fakt poczucia dyskomfortu kobiet kierujących pojazdami zaprojektowanymi w oparciu o "męski wzorzec", to jeszcze można by machnąć na to ręką i uznać, że "taki mamy klimat", a w końcu regulacja fotela kierowcy też jest przecież jakąś opcją.

Niestety, szkopuł w tym, że gdy wzięto pod lupę wyniki testów z "żeńskim" manekinem i statystyki samochodowych wypadków, szybko okazało się, że wypuszczone na rynek modele owszem, są bezpieczne, ale jedynie dla mężczyzn: w przypadku kobiet ryzyko urazów było wyższe o - uwaga - 47 procent.

Podobnych przykładów w książce Perez (w Polsce ukazał się ona nakładem wydawnictwa Karakter) znajdziemy więcej: nie tylko w kontekście branży motoryzacyjnej, czy technologicznej, ale i w dziedzinach takich jak edukacja, polityka, czy ochrona zdrowia (swoją drogą, aż strach pomyśleć, do jakich wniosków doszłaby autorka, gdyby wzięła pod lupę skrajnie zmaskulinizowane struktury Kościoła Katolickiego…).

Mocno stronniczy Adam Szustak

Wbrew zapewnieniom o. Adama na początku omawianego materiału, że nie mamy do czynienia z serią pt. "Mocno stronniczy" (dla tych, którzy nie wiedzą - to taka seria vlogów, którą zakonnik prowadzi z o. Tomaszem Nowakiem), paradoksalnie takie można było odnieść wrażenie.

Podobnie jak drażniące były momenty, w których o. Szustak, z charakterystycznym dla siebie gwiazdorzeniem "katocelebryty" przerywał zaproszonej do rozmowy Agacie Rujner, nie pozwalając swojej rozmówczyni dokończyć myśli, tak nie do zaakceptowania, przynajmniej dla mnie, były niektóre komentarze dominikanina.

Rozmawiając o żeńskich końcówkach (tu zaskoczyło mnie nawet teatralne zdziwienie ojca Adama na wieść, że istnieje takie słowo jak "feminatywy" - w końcu autor Langusty Na Palmie lubi chwalić się swoimi erudycją i oczytaniem), Szustak pozwolił sobie na wniosek, jakoby walka feministek o "językową równość" wypływała z poczucia niedowartościowania, czy kompleksu niższości względem mężczyzn. Jak pokazał przytoczony wyżej przykład motoryzacyjny, nie do końca tak jest: skoro słowa kreują w pewnym stopniu rzeczywistość, to zwykłą ignorancją jest lekceważenie tego wpływu. A nawet jeśli wyczulenie kobiet na stosowanie feminatywów miałoby wynikać z poczucia krzywdy czy wynikającej z patriarchalnej wizji świata niesprawiedliwości, to od osoby tak elokwentnej i empatycznej jak o. Adam, oczekiwałabym większej chęci zrozumienia samego zjawiska i odczuć drugiej strony, zamiast mniej lub bardziej zawoalowanych drwin.

Maryja też stosowałaby feminatywy?

Jakiś czas temu rozmawiałam z pisarzem Zygmuntem Miłoszewskim, który zwrócił uwagę, że na zmianę jego podejścia do żeńskich końcówek w języku polskim miały wpływ nie tylko żona i córka, które regularnie dbają o to, by w rodzinnym domu niwelować językową asymetrię, ale również… średniowieczna modlitwa. Autor opowiedział mi o tym, jak któregoś razu odkrył w archiwalnych zbiorach staropolską modlitwę do Matki Bożej, w której dominowały feminatywy.

To ciekawy trop, zwłaszcza z perspektywy katolików i katoliczek: wystarczy bowiem zajrzeć chociażby do loretańskiej litanii do Matki Bożej, która praktycznie w całości składa się z żeńskich form. Podobnie w momencie zwiastowania Miriam zwraca się do anioła, używając określenia "służebnica". Jestem wręcz przekonana, że takich przykładów może się kryć w Biblii więcej (vide "prorokini" Anna, o której nie tak dawno czytaliśmy w kościele), a sam Bóg, powierzając kobiecie misję przyniesienia światu Zbawiciela, okazał się feministą w najczystszej postaci.

Ojcze Szustaku, nie bój się kobiet

Czy w tym kontekście faktycznie promowane dziś feminatywy są "wymysłem", czy może dążeniem do wyrównania dziejowej niesprawiedliwości? I nie, ojcze Adamie, nie musi się ojciec bać rozmów z kobietami, ani o kobietach. Jezus się tego nie bał, ba - Jego podejście do kobiet (vide rozmowa z Samarytanką, czy głęboka więź z Marią Magdaleną) było w ówczesnych uwarunkowaniach kulturowych rewolucyjne.

Wystarczy nas czasami po prostu posłuchać i spróbować zrozumieć: wtedy być może ojciec się dowie, że kobiety, a w tym katoliczki, nie są jakimś dziwacznym monolitem, do którego nie wiadomo jak podejść. I tak jak część z nas nie ma nic przeciwko temu, by nazywać je "teologami" (jak chociażby występująca w omawianym odcinku p. Agata), tak inne będą czuć się lepiej z formą "teolożka". Jeszcze innym będzie to całkowicie obojętne.

Strzeżmy się "priestplainingu"

Czasami po prostu wystarczy zapytać i… uszanować. Nawet jeśli do końca się nie rozumie. W innym przypadku, można popaść w niechlubną narrację mansplainingu (kolejne modne słowo, z którym ojciec Adam mógłby się zapoznać, skoro już pragnie publicznie rozmawiać z kobietami i o kobietach), choć w tym przypadku powinnam chyba raczej napisać "priestplainingu". Ale to już problem i zjawisko na zupełnie oddzielny felieton.

Dziennikarka kulturalna, publicystka DEON.pl. Współpracowała m.in. z "Plusem Minusem", "Gościem Niedzielnym", Niezalezna.pl i TVP Kultura.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
ks. Krzysztof Grzywocz
25,13 zł
35,90 zł

Czy duchowość może szkodzić?
Gdzie zaczyna się opętanie, a gdzie choroba?
Czy myśli bluźniercze podsyłają nam demony?
Czym różni się zwykły smutek od depresji?

Ksiądz Krzysztof Grzywocz był niewątpliwie jednym z najbardziej...

Skomentuj artykuł

Teolog, czy teolożka? Feminatywy, ojcze!
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.