Bez katolickiej nauki społecznej Kościół nie odnajdzie się we współczesnym świecie

Fot. Timon Studler / Unsplash

Dlaczego dziś potrzebujemy w Kościele odkrycia, że istnieje coś takiego jak katolicka nauka społeczna (KNS)? Nie chodzi o generowanie etatów dla wykładowców tej dyscypliny. Nie chodzi o szukanie łatwego i szybkiego "cudownego lekarstwa" na wszelkie bolączki Kościoła. Nie chodzi wreszcie o ucieczkę w "wiedzę tajemną", którą posiedli ci namaszczeni, uformowani w seminariach duchownych.

Chodzi o bycie Kościołem w świecie współczesnym. Chodzi o to, żebyśmy wszyscy - duchowni i świeccy - żyli zgodnie ze wskazaniem Konstytucji Gaudium et spes: "Radość i nadzieja, smutek i trwoga ludzi współczesnych, zwłaszcza ubogich i wszystkich cierpiących, są też radością i nadzieją, smutkiem i trwogą uczniów Chrystusowych" (GS, 1). Chrześcijanin powinien przejąć się losem ludzi wokół siebie, powinien uczestniczyć i być współodpowiedzialny. Jednak, żeby wspólnota ludzi wierzących mogła się przejąć rzeczywistymi radościami, nadziejami oraz problemami ludzi nam współczesnych, i zrobić to w duchu Ewangelii, to wspólnota ta powinna nasz skomplikowany świat najpierw kompetentnie opisać, następnie ocenić go z punktu widzenia teologii moralnej, a w końcu wzbudzić w sobie siłę i energię, by przejść do działania, wydobywając ukryte pokłady solidarności społecznej - zgodnie z metodą KNS: opisać - oceniać - działać.

Żeby dobrze opisać dynamiczne procesy społeczne, należy posłużyć się wnikliwym interdyscyplinarnym badaniem. Żeby dobrze ocenić złożone struktury i instytucje społeczne, należy rozwijać teologię moralną społeczną; ze szczególną wrażliwością badać instytucje, które same w sobie są często moralnie indyferentne, jednak zyskują walor moralny, o ile roztropnie wzmacniamy przez nie dobro wspólne w zgodzie ze wszystkimi zasadami KNS. Taka ekspertyza może wskazać, jak wiele jest przestrzeni na pluralizm opinii wśród katolików. Żeby przejść od słów do czynów, należy być w dialogu z ludźmi z różnych środowisk, którzy po partnersku, ze swoim sensus fidei, zaangażują się we wzajemną komunikację, wzajemne procesy uczenia się i w całą gamę projektów, akcji wolontariatu i tego wszystkiego, co tradycyjnie nazywaliśmy uczynkami miłosierdzia, a więc w to, czego jako chrześcijanie nigdy nie straciliśmy - życie zgodne z etosem podania głodnemu kawałka chleba, spragnionemu kubka wody…

Kiedy słyszę utyskiwania typu: "Jako Kościół zawiedliśmy, nie sprawdziliśmy się w czasach trudnych", to mówię - czas na KNS. Kiedy słyszę narzekanie w stylu: "Nadeszły ciężkie czasy dla Kościoła, bo nasi wrogowie chcą nas zniszczyć", to powtarzam - czas na KNS. Kiedy słyszę o fetyszyzowaniu roli liderów w Kościele, którzy rzekomo mają uzdrowić wszelkie kościelne bolączki i deficyty (przy permanentnym zapominaniu, że Kościół to my wszyscy), to powtarzam - czas na KNS. Kiedy spostrzegam, że niektórzy duchowni notorycznie mylą Ewangelię z programem swojej ulubionej partii politycznej i są w pełni przekonani, że tak trzeba, to powtarzam - czas na KNS. A gdy dodatkowo widzę, jak bardzo niektórzy duchowni są rozbici psychicznie z tego powodu, że ich ulubiona partia polityczna przegrała wybory, to twierdzę, że czas nie tylko na KNS, ale również na gruntowne rekolekcje. Kiedy czytam gazety, które same siebie nazywają katolickimi, i widzę jak selektywnie, tendencyjnie i ideologicznie podchodzą do problemów społecznych, to powtarzam - czas na KNS. Kiedy słyszę ludzi, którzy wpadli w manierę permanentnej krytyki Kościoła i postawy roszczeniowej, i robią to w sposób zero-jedynkowy, to powtarzam - czas na KNS. Kiedy widzę, jak bardzo debata publiczna została spolaryzowana i karty zostały rozdane przez świeckie i światowe konflikty interesów (niekiedy przykryte religijnym listkiem figowym), a autentyczne nauczanie Kościoła jest zbyt słabe, żeby się przebić (patrz: przykład słabego głosu Kościoła w sprawach uchodźców), to powtarzam - czas na KNS. Kiedy widzę, jak znakomite i dobrze wyposażone uczelnie katolickie nie wykorzystują swojego potencjału, zajmując raczej wycofaną postawę apologetyczną - postawę chowania głowy w piasek - to powtarzam - czas na KNS.

DEON.PL POLECA

Nasze dzisiejsze zmiany religijności nie dzieją się w próżni - dzieją się w kraju, który w szybkim tempie przechodzi zmiany cywilizacyjne, przechodzi zmiany opóźnionej rewolucji przemysłowej, opóźnionej rewolucji konstytucyjno-demokratycznej, przechodzi gwałtowne zmiany obyczajowe (i tutaj jedni położą nacisk na spuściznę feudalizmu i pańszczyzny, inni podkreślą spadek PRL-u, inni z kolei podkreślą odseparowanie od rewolucji seksualnej z lat 60-tych, jeszcze inni podkreślą ruchy godnościowe, itd.), przechodzi zmiany związane z rewolucją informatyczną, przechodzi wreszcie opóźnione procesy nowożytnej sekularyzacji. Te zmiany makrospołeczne następowałyby tak czy inaczej, niezależnie od osobistych cnót biskupów i w dużej mierze niezależnie od skandali w Kościele. Bez zrozumienia tych dziejowych procesów, trudno brać się za ocenę moralną zachowań całych grup społecznych w naszym społeczeństwie, trudno pisać listy pasterskie, trudno prowadzić media katolickie.

Prawie półtora wieku licząca tradycja encyklik społecznych, tony wypowiedzi Magisterium Kościoła w sprawach społecznych, tony publikacji i przebogata praxis zaangażowań społecznych pozostają nieznane - nieodkryte w naszej katolickiej kulturze. Zamiast tego mamy wiele teorii spiskowych, infantylne analizy społeczne i dużo szukania wroga, a potem szczucia przeciwko temu wrogowi. Chciałoby się więc powiedzieć: bierzmy się do roboty!

Jest tylko jeden problem w tym wszystkim: żeby odkryć na nowo KNS w Kościele, trzeba jasno, szczerze i bez kokieterii przyznać, że uwikłanie Kościoła w politykę to nie jest katolicka nauka społeczna. Kościół "partyjny" jest nie do pogodzenia z KNS - nauczaniem opartym na Ewangelii. Bez takiego przyznania się i bez takiej szczerej postawy, KNS traci swój wymiar prorocki; będzie jedynie listkiem figowym, jakimś uśmierzaniem bólu postępującej sekularyzacji, może stać się zwykłą ucieczką w naukowość (niektórzy powiedzą: ucieczką w dyskurs). Jakiś czas temu takie stwierdzenie wymagałoby może odwagi. Dziś takie przyznanie nie wymaga już odwagi, bo zdecydowana większość katolików, w jedności z papieżem, przyznaje to otwartym tekstem na dachach i na dziedzińcach. Zmysł wiary wyprzedza i współkształtuje doktrynę i dokumenty.

Kościół, czyli my wszyscy, często głosując nogami, mówi jasno i wyraźnie, że klerykalizm, hipokryzja, bezwstydne uwikłanie w politykę nie ma nic wspólnego z Ewangelią (i o tym słyszymy w mediach). Ale Kościół porusza też wiele innych ciekawych kwestii (nie zawsze odnotowanych w mediach): mówi o potrzebie braterstwa i solidarności, o potrzebie sprawiedliwych struktur społecznych, kompetentnej bioetyki, o potrzebie kształcenia liderów, organizowania rekolekcji dla ludzi biznesu, lekarzy, nauczycieli, prawników, itd. Kościół, czyli zwykli ludzie ochrzczeni i poważnie traktujący swoje chrześcijaństwo, mówi o potrzebie pomostów pomiędzy niedzielnym kazaniem (wzniosłym i abstrakcyjnym) a codziennymi praktycznymi problemami w rodzinie, w zakładzie pracy, w społeczeństwie obywatelskim. I to co mówi ten żywy Kościół napawa nadzieją, ale pewną nadzieją może napawać również fakt, że właśnie niedawno wybrano na Zastępcę Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski - arcybiskupa Józefa Kupnego - eksperta w dziedzinie katolickiej nauki społecznej. Definitywnie jest dziś czas na żywą katolicką naukę społeczną.

Prezes Fundacji im. św. Ignacego Loyoli w Krakowie, wykłada filozofię społeczną, katolicką naukę społeczną i pedagogikę ignacjańską na Akademii Ignatianum w Krakowie, wieloletni duszpasterz akademicki w kraju i za granicą.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Bez katolickiej nauki społecznej Kościół nie odnajdzie się we współczesnym świecie
Komentarze (1)
AS
~Antoni Szwed
23 marca 2024, 22:24
Po pierwsze, autor nie zdefiniował porządnie przedmiotu społecznej nauki Kościoła (nie dowiadujemy się z artykułu co nią jest a co nią nie jest), po drugie, nie pisze nic o aktualności lub nieaktualności tej nauki społecznej, którą głosił np. Jan Paweł II (czy ona się zdezaktualizowała), po trzecie, nie można wymagać, by nasi biskupi powstrzymywali się od uprawiania polityki, skoro nagminnie to robi ich zwierzchnik czyli biskup Rzymu. Franciszek w pełni popiera (na odcinku kościelnym) globalistyczną ekologię, program zrównoważonego rozwoju, nowy humanizm, który ma charakter całkowicie świecki, globalistyczną edukację itd. Wspierany jest przez takie globalistyczne persony jak: Soros, Clinton, Gates itd. Jest bardziej światowym politykiem niż katolickim strażnikiem wiary. Przykład idzie z góry.