Jaki byłby Kościół bez zesłania Ducha?
W niedzielę świętowaliśmy Wniebowstąpienie Pana Jezusa. To wydarzenie zamyka prawie 34 niezwykłe lata życia z Bogiem na ziemi (licząc od Zwiastowania, bo już od tamtego momentu jego obecność w życiu niektórych ludzi stała się bardzo realna). Kiedy Jezus pojawił się na świecie, dla wielu ludzi oznaczało to nowy rozdział w życiu, kiedy odchodził do nieba, wielu miało poczucie końca czegoś ważnego. Jezus cieszył się idąc do nieba, ale apostołom wcale nie było do śmiechu. Bali się, że bez niego sobie nie poradzą.
Jeszcze parę lat temu uroczystość Wniebowstąpienia obchodziliśmy w czwartek – dokładnie 40 dni od Wielkanocy. Jednak coraz mniej katolików świętowało ten ważny dzień – przecież jest to normalny dzień pracy – więc wzorem innych krajów Zachodu (wiem, dla niektórych to bluźnierstwo!) przesunięto uroczystość na niedzielę. Kilka dni nie robi różnicy, ważna jest sama treść tego dnia.
Wstąpienie Jezusa do nieba – o co tu chodzi?
Przede wszystkim już w samej nazwie mamy tu do czynienia z pewną ciekawostką językową. Potocznie, jeśli o kimś mówimy, że gdzieś „wstąpił”, to od razu nam się narzuca interpretacja, że zrobił to „na chwilę” i „przy okazji”. Jednak w języku religijnym oznacza to coś zupełnie innego, bo Jezus ani nie „zajrzał” tam na chwilę, tylko na zawsze, ani nie przy okazji, tylko taki był cel jego życia, który realizował konsekwentnie i skutecznie. Po prostu Jezus do nieba „wszedł”, wrócił do domu. Takie przedstawienie tego wydarzenia jest konsekwencją wizji świata, jaką mamy w Biblii: niebo jest na górze, a piekło na dole. Dlatego Jezus do nieba „wstępuje”, a do piekła (po swej ofierze na krzyżu) „zstępuje”. Czyli rzeczywiście chodzi tu o zamknięcie jakiegoś rozdziału życia.
A co robił, zanim tam „wstąpił”?
Najprostsza i najbardziej logiczna odpowiedź jest taka, że już wcześniej tam był – trudno przecież wyobrazić sobie, że przez czterdzieści dni błąkał się po świecie bez celu i tylko czasami pokazywał się apostołom. Ciekawą scenę mamy przed pustym grobem w niedzielę zmartwychwstania, gdzie do Marii Magdaleny powiedział: „Nie zatrzymuj mnie, bo jeszcze nie wstąpiłem do Ojca” (J 20, 17), jednak już tego samego dnia wieczorem, gdy ukazał się uczniom zgromadzonym w Wieczerniku, wcale się mu nie spieszyło, pokazywał im rany na rękach i w boku, i wręcz zachęcał, aby go dotykali. Łatwo więc wysnuć wniosek, że w tym czasie odwiedził już Najważniejszego. Zatem przez całe czterdzieści dni Jezus żył i w niebie, i na ziemi, na tej ostatniej pojawiając się w widzialnej postaci ze względu na swych przyjaciół, aby nie tylko uwierzyli, ale także aby utrwalili w sobie tę wiarę i przekonanie, że ich Nauczyciel zmartwychwstał. Wstąpienie do nieba było ostatnim ukazaniem się Jezusa w widzialnej postaci. Odtąd był obecny pośród nich zupełnie inaczej.
Przez dziesięć dni uczniowie żyli obietnicą Ducha
Te dziesięć dni pomiędzy wstąpieniem do nieba a zesłaniem Ducha stanowi bardzo ciekawy okres w życiu uczniów. Z jednej strony w Wieczerniku mieli swoją „bazę”, bo tam praktycznie zamieszkali, posłuszni nakazowi Pana, aby nie odchodzili z Jerozolimy, a z drugiej strony nie siedzieli tam bezczynnie. Jak inni Żydzi, także i oni chodzili do świątyni, aby się modlić, ale przede wszystkim mieli świadomość, że coś jeszcze ich czeka i że Bóg wkrótce przejmie inicjatywę. W poczuciu nadchodzących nowych zadań, które ich czekały, postanowili więc zadbać o wspólnotę, dlatego podjęli decyzję o uzupełnieniu grona dwunastu – to właśnie wtedy puste miejsce po Judaszu zajął Maciej. Generalnie jednak czekali na to, co dopiero miało się zdarzyć. Nie musieli czekać długo, niemniej jednak te dziesięć dni pokazało, jaki byłby Kościół bez Ducha. Otóż:
- byłby zamknięty we własnym świecie i nawet dość skutecznie dbający o ten świat, ale ostatecznie nie byłby niczym więcej niż grupą przyjaciół, grupą wyizolowaną i dość hermetyczną;
- byłby grupą przyjaciół zalęknionych, dzielących świat na „my” i „oni”, czyli na przyjaciół i wrogów;
- byłby grupą zupełnie pozbawioną wymiaru misyjnego.
Jeśli zatem czasami pozostajemy zbyt zamknięci na świat, w którym żyjemy, i zalęknieni, gdy czujemy się jakby zamknięci w oblężonej twierdzy, jeśli brak nam odwagi, to znak, że trochę cofnęliśmy się w czasie – to znak, że brak nam Ducha.
Skomentuj artykuł