"Przejmujemy terytorium szatana". Gdy księża wbijali krzyż, ziemia zaczęła drżeć; to samo ma się stać z nami w Wielki Piątek

Polski ksiądz święci dawny łagier na Kołymie. W tej ziemi leżą kości wielu tysięcy więźniów, od czasów Stalina nikt nie odprawiał tam Mszy świętej za zmarłych. Fot. Archiwum siostry Małgorzaty Słomki SM

"Ludzie często mówili, że Kołyma to ziemia przeklęta. Było tam tak wiele zła, śmierci, przekleństw, bólu i nienawiści, że to miejsce nimi przesiąkło. Wbijanie krzyża w tę ziemię i jej drżenie to symbol tego, co dzieje się w rzeczywistości duchowej, kiedy stawiamy krzyż w środku naszego grzechu, nędzy, słabości i niemocy oraz rzeczy, z którymi sobie nie radzimy. Wtedy cała rzeczywistość zła duchowego drży, a Jezus przejmuje kontrolę nad naszym «terytorium». I myślę, że to jest możliwe dla każdego z nas. Kiedy nam się wydaje, że nie możemy nic zrobić, nic zmienić, kiedy myślimy, że nic nie działa, odważmy się wykopać dół w środku siebie i postawić tam krzyż Jezusa. Nie swój własny, ale krzyż Jezusa. I niech wszystko drży i niech ta ziemia się trzęsie! To dla mnie obraz Wielkiego Piątku" - mówi siostra Małgorzata Słomka SM, szarytka, która spędziła 10 lat na Kołymie w Rosji.

O sowieckich łagrach wiemy głównie z dzieł Aleksandra Sołżenicyna i Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Wspomnień z "przeklętej ziemi" jest jednak znacznie więcej. Niestety większość z nich umiera wraz z więźniami. Siostra Małgorzata Słomka - szarytka, która spędziła 10 lat na Kołymie - w rozmowie z Piotrem Kosiarskim, opowiada o doświadczeniu Eucharystii odprawionej "na kościach", w samym sercu Kołymy - obszaru największej koncentracji obozów pracy przymusowej w Rosji. Zakonnica opowiada również niezwykłą historię, której bohaterami są amerykański ksiądz katolicki i dwóch prawosławnych popów. To metaforyczny obraz tego, co powinno wydarzyć się w Wielki Piątek.

"Ksiądz Michael opowiadał o tym, jak wystrugali (on i dwaj prawosławni duchowni - przyp. red) brzozowy krzyż. Gdy to zrobili, zaproponował prawosławnym, by prowadzili modlitwy, które odprawiają za zmarłych na cmentarzach. On również się w nie włączał. Na końcu przyszedł czas na wbicie w ziemię krzyża. Michael powiedział: «Ja wykopałem dół, a oni we dwoje wbijali brzozowy krzyż do gruntu. Wtedy wszyscy poczuliśmy, jak ziemia zadrżała. Nie wydawało się nam». Gdy skrzyżowane belki stanęły pośrodku łagru, prawosławni duchowni powiedzieli: «Przejmujemy terytorium szatana pod władanie krzyża»" - wspomina siostra Małgorzata. Przeczytaj całą rozmowę:

Piotr Kosiarski: Na Kołymie przez całe dziesięciolecia nie odprawiono ani jednej Mszy świętej. Nikt nie przyjmował Eucharystii, namaszczenia chorych, nikt się nie spowiadał.

Małgorzata Słomka SM: Przez wiele lat Kołyma była miejscem, w którym nie posługiwał żaden duchowny - zarówno prawosławny, grekokatolicki jak i katolicki. W tej ziemi leżą za to zwłoki wielu tysięcy duchownych - popów, księży i sióstr zakonnych, zamordowanych w czasie represji Stalina.

Pierwszym duchownym, który po upadku Związku Sowieckiego pojawił się w Magadanie, był amerykański biskup.

- To prawda. Po otwarciu żelaznej kurtyny, niemal pierwszym rejsem przyleciał tam biskup z Anchorage, który chciał po prostu obejrzeć miasto, zobaczyć łagry, o których słyszał, sprawdzić, jak wygląda ta ziemia… Lot trwał tylko dwie godziny, bo z Alaski na Kołymę jest niedaleko. Gdy biskup wylądował, od razu "zaopiekował się nim" człowiek potrzebny do tłumaczenia i oprowadzenia po mieście. Oficjalnie był to przewodnik, nieoficjalnie - ktoś, kto prawdopodobnie miał biskupa szpiegować. Duchowny oczywiście zdawał sobie z tego sprawę, podobnie jak z możliwości, że w jego pokoju hotelowym znajduje się podsłuch. Mieszkańcy Magadanu bardzo szybko dowiedzieli się, że do miasta dotarł ksiądz katolicki.

Jak na to wpadli?

- Prawdopodobnie pierwsi dowiedzieli się o tym pracownicy oddalonego o 50 kilometrów od miasta lotniska. Co ciekawe, już w drugim dniu pobytu biskupa w mieście do drzwi jego pokoju ustawiła się długa kolejka ludzi, którzy przyszli się wyspowiadać. Biskup oczywiście nie rozumiał ani słowa po rosyjsku, więc wykorzystał pomoc podstawionego tłumacza. Był rok 1999, do Rosji rzadko docierali przybysze z zagranicy. Ale tłumacz okazał się wyrozumiały i miał serce. Zaczął wyjaśniać biskupowi, że w kolejce stoją grekokatolicy, katolicy i prawosławni… Wśród oczekujących było nawet kilku Finów, którzy nie byli w stanie określić swojej denominacji, ale chcieli rozgrzeszenia i sakramentu spowiedzi. Kiedy biskup zobaczył czekających, postanowił zostać w pokoju i siedział w nim dopóki wszystkich nie wyspowiadał. Ludzie wchodzili do niego po kolei, mówili grzechy, których nie rozumiał, ale mimo to udzielał rozgrzeszenia. Trwało to cały dzień.

DEON.PL POLECA

 

 

Kiedy biskup wrócił do Anchorage, w jego sercu zrodziło się pragnienie, by do Magadanu posłać księdza, który pomógłby mieszkańcom przeżyć godnie starość i przygotować ich na śmierć. Wysłał więc list do swoich kapłanów, w którym opisał potrzeby. Wtedy zgłosił się ksiądz Michael.

Skąd w tych ludziach była tak wielka potrzeba przyjęcia sakramentów?

- To bardzo ciekawe, że mimo trwającej dekady nieobecności kapłana w mieszkańcach Magadanu wciąż była tak wielka potrzeba oczyszczenia serca. Myślę, że towarzyszyła im refleksja dotycząca starości, przemijania, odchodzenia z tego świata, która konfrontowała ich z tym, że gdzieś głęboko w nich była potrzeba stanięcia przed Bogiem, który jest święty, doskonały i wszechmogący. To, że tak bardzo pragnęli rozmowy z kapłanem, rozgrzeszenia, pokazuje potrzebę, która ukryta jest głęboko w każdym z nas - bycia w odniesieniu do Boga. Nie wiem, na ile pojawia się ona u młodych, ale u starszych na pewno - doświadczyłam tego, towarzysząc im. Nie mówię już nawet o rozgrzeszeniu, oczyszczeniu z grzechów, ale o spojrzeniu na swoje życie w prawdzie, refleksję o tym, kim jestem i jak przeżyłem swoje życie, czego doświadczyłem, jak się zachowałem, jakich wyborów dokonywałem, w konfrontacji z Bogiem.

Ksiądz Michael założył w Magadanie pierwszą parafię.

DEON.PL POLECA


- Tak jak wspomniałam, w Magadanie nie było żadnego księdza ani popa. Gdy Michael tam przybył, pozbierał podpisy ludzi - było to wymagane przez ministerstwo, by można było zarejestrować katolicką wspólnotę. Gdy to się udało, władze wydały pozwolenie na założenie parafii. Pierwsze Msze były odprawiane w wynajętym mieszkaniu w bloku, dopiero później zbudowano kościół. Po pięciu latach działalności katolickiego księdza w Magadanie pojawili się dwaj prawosławni duchowni, przysłani przez patriarchat moskiewski. Otworzyli oni małą cerkiewkę.

Msza na ludzkich kościach

Podczas swojej pracy misyjnej w Magadanie odwiedzała Siostra dawne obozy pracy przymusowej. Podczas jednej z takich wizyt uczestniczyła Siostra w odprawianej przez polskiego księdza Mszy świętej.

- Wiedziałam, że wokół Magadanu istniały kopalnie, w których więźniowie wydobywali złoża minerałów i metali. Cmentarzy nie widziałam. Więźniowie mówili, że zmarłych zakopywano wokół łagrów. Ziemia przyjęła ich ciała, a Bóg przyjął ich dusze. Ale ze strony człowieka nic nie zostało zrobione. Moim pierwszym odczuciem była więc potrzeba modlitwy ekspiacyjnej za zło, które dokonywało się na Kołymie - modlitwa przebłagalna do Boga za cierpienie, nieludzką pracę i śmierć wielu tysięcy ofiar, za które być może nikt się tam do tej pory nie modlił. Zrozumiałam, jak bardzo było to ważne, żeby poświęcić tę ziemię, pomodlić się za zmarłych, poprosić Boga, by wziął ich do siebie.

Fot. Archiwum siostry Małgorzaty Słomki SM

Ten moment, gdy stoi się w miejscu tak ogromnego cierpienia i śmierci, jest bardzo przenikliwy. Jestem jednak przekonana, że im więcej zła, tym więcej Boga. Tak jak u świętego Pawła - "gdzie (…) wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska" (Rz 5,20). Bóg był tam zawsze. Nie tylko wtedy, gdy się modliliśmy, odprawiana była Najświętsza Eucharystia, a ksiądz święcił tę ziemię. Był tam zawsze! Również wtedy, kiedy więźniowie cierpieli, kopali, głodowali i umierali. Był tam i nigdy nie zostawił tych ludzi. A kiedy ksiądz Rafał wypowiedział słowa konsekracji i podniósł Ciało Chrystusa nad sopki (wzgórza - przyp. red.), czułam, jakby Bóg mówił: "Ja jestem", łącząc dwie przestrzenie czasowe - wtedy i teraz. A my tylko dopełniamy modlitwą i Eucharystią Jego obecność.

Bardzo głęboko przeżyłam to imię Boga - "Ja jestem". To imię przekonuje nas, że Bóg najbardziej jednoczy się z nami wtedy, kiedy cierpimy albo kiedy Go nie czujemy lub umieramy. "Ja jestem" brzmi wtedy najmocniej.

Postawić krzyż Chrystusa pośrodku własnej niemocy

W Polsce mamy ułatwiony dostęp do liturgii. Na Starym Mieście w Krakowie prawie na każdej ulicy jest kościół. Trudno sobie wyobrazić, co by było, gdyby wokół zabrakło świątyń, księży, liturgii…

- Rzeczywiście, w Polsce mamy bardzo łatwy dostęp do celebracji liturgicznych, które pomagają w przeżyciu tajemnicy paschalnej. Ale co byłoby, gdybyśmy nie mieli? Bylibyśmy pozbawieni wszelakiej pomocy - kapłana, liturgii, celebracji, czytania Słowa Bożego, Eucharystii i sakramentów… Ale człowiek tak bardzo potrzebuje znaleźć sens osobistego krzyża, intymną przestrzeń pełną tajemniczego działania Boga w nas, że nawet wtedy, kiedy jesteśmy pozbawieni pomocy Kościoła, jeśli tego chcemy i pragniemy, Bóg może w nas działać. I jestem pewna, że wielu ludzi na Kołymie przeżywało to doświadczanie - obecność Boga w środku siebie, w tajemniczy i intymny sposób, który tylko On potrafi znaleźć, pośród pustki, ciszy, braku i ludzkiej obecności. Wśród dzikiej przestrzeni, przyrody, śniegu i kamieni widziałam tych ludzi pozostawionych, od których tylko się wymagało i żądało, w dodatku okrutnie ich traktując. I jestem pewna, że ci, którzy przeżyli, ocaleli dlatego, że mieli w sobie tę intymną relację, która pozwoliła im przeżyć własny krzyż.

W Wielki Piątek Kościół adoruje krzyż. Dlaczego powinniśmy "ustawić" krzyż Chrystusa w centrum naszego życia?

- Ksiądz Michael opowiadał mi, że kiedy z Moskwy przyjechali duchowni prawosławni, oni również bardzo przejęli się historiami więzionych w łagrach ludzi. W końcu również wielu popów zostało tam zamordowanych. To właśnie duchowni z Moskwy zaproponowali Michaelowi, by pojechał z nimi do Butateczagu (najbardziej surowy łagier, w którym mężczyźni wydobywali uran - przyp. red.). Podróż trwała bardzo długo, bo dawny obóz był znacznie oddalony od Magadanu, ale oni bardzo pragnęli go poświęcić, pomodlić się i wbić w ziemię krzyż.

Według statystyk właśnie tam zginęło najwięcej osób. Tam największa liczba ludzi straciła życie. Michael opowiadał o tym, jak wystrugali brzozowy krzyż. Gdy to zrobili, zaproponował prawosławnym, by prowadzili modlitwy, które odprawiają za zmarłych na cmentarzach. On również się w nie włączał. Na końcu przyszedł czas na wbicie w ziemię krzyża. Michael powiedział: "Ja wykopałem dół, a oni we dwoje wbijali brzozowy krzyż do gruntu. Wtedy wszyscy poczuliśmy, jak ziemia zadrżała. Nie wydawało się nam". Gdy skrzyżowane belki stanęły pośrodku łagru, prawosławni duchowni powiedzieli: "Przejmujemy terytorium szatana pod władanie krzyża".

Fot. Archiwum siostry Małgorzaty Słomki SM
Faktycznie, ludzie często mówili, że Kołyma to ziemia przeklęta. Było tam tak wiele zła, śmierci, przekleństw, bólu i nienawiści, że to miejsce nimi przesiąkło. Wbijanie krzyża w tę ziemię i jej drżenie to symbol tego, co dzieje się w rzeczywistości duchowej, kiedy stawiamy krzyż w środku naszego grzechu, nędzy, słabości i niemocy oraz rzeczy, z którymi sobie nie radzimy. Wtedy cała rzeczywistość zła duchowego drży, a Jezus przejmuje kontrolę nad naszym "terytorium". I myślę, że to jest możliwe dla każdego z nas. Kiedy nam się wydaje, że nie możemy nic zrobić, nic zmienić, kiedy myślimy, że nic nie działa, odważmy się wykopać dół w środku siebie i postawić tam krzyż Jezusa. Nie swój własny, ale krzyż Jezusa. I niech wszystko drży i niech ta ziemia się trzęsie! To dla mnie obraz Wielkiego Piątku. Gdy nie stać nas na nic więcej, nawet na spowiedź, bo boimy się odsłonięcia zła, zawsze możemy przynajmniej wykopać dół i wbić w niego krzyż Chrystusa.

Towarzyszenie wykluczonym

Od lat towarzyszy Siostra kobietom i mężczyznom po decyzji aborcyjnej, a od niedawna również osobom skrzywdzonym seksualnie. Co jest najważniejsze w tym towarzyszeniu?

- Pierwszą i najważniejszą rzeczą jest dla mnie kochać człowieka, który pokazuje mi swoje rany. Jeżeli ktoś przychodzi i chce mi je pokazać, odsłonić przede mną, to pierwsze pytanie, które się pojawia, brzmi: "Czy ja kocham tego człowieka?". Wiem, że mam prawo dotknąć jego ran tylko wtedy, kiedy mam w sercu miłość i nie osądzam. Nie chodzi tu o jakąś alternatywę, nie nazywanie grzechu grzechem albo zła - złem. Ale o to, żeby człowiek, który powierza mi swoje najbardziej czułe i wrażliwe miejsce, czuł się kochany, przyjęty, osłonięty, przytulony, nieosądzony. Bardzo o to dbam. Kiedy ludzie przyjeżdżają do naszego domu na rekolekcje, gdy przekraczają jego próg, chcę, żeby czuli i byli pewni, że są w bezpiecznym miejscu, w którym nic złego się nie stanie. Wiem, że Bóg właśnie tak przyjmuje każdą i każdego z nas, niezależnie od tego, co zrobiliśmy i jakie są historie naszego życia.

Druga rzecz, o której chcę pamiętać w towarzyszeniu, to żeby te osoby wiedziały, że są w procesie, a ja jestem z nimi i że w żadnym momencie nie są i nie będą sami. Nawet wtedy, gdy mocują się z gniewem na oprawcę, który być może po raz pierwszy do siebie dopuściły. Oni muszą czuć, że jest przy nich osoba, która ich rozumie, nie zostawi i będzie towarzyszyć. Zwykła wierność do końca. Jeśli otwieram się na czyjś ból, konsekwentnie idę z tą osobą do końca.

Jakie to przynosi owoce?

- Widząc tych ludzi wyjeżdżających z rekolekcji, uśmiecham się, bo z jednej strony dostrzegam w nich ogromne zmęczenie przebyta drogą i pracą, a z drugiej strony uwolnienie - inaczej wyglądają, patrzą, na ich twarzach nie ma już somatycznego spięcia mięśni. To da się zobaczyć fizycznie! Zawsze jednak widać trud przebytej drogi i to, ile ich to kosztowało. To fakt, że prawda nas wyzwala! Ale nie oznacza to, że ten proces nas nie kosztuje. To bardzo dużo kosztuje. Warto jednak przejść drogę paschalną i włożyć swoje cierpienie w rany Jezusa, żeby dojść do momentu, kiedy możemy razem z Nim wejść w zmartwychwstanie. Ale niczego po drodze nie da się opuścić.

Co ma Siostra na myśli?

- Jeżeli On był niesłusznie oskarżony, musimy przejść ten moment. Jeśli był biczowany, my też znajdziemy ślady Jego ran na własnym ciele. Jeśli był ukoronowany cierniem, możemy pomyśleć o tym, jak byliśmy ranieni myślą czy słowami. Jeśli był odrzucony, opluty, znieważony, my też możemy nałożyć nasze własne odrzucenie na Jego rany. Jeżeli był przybity do krzyża, możemy myśleć o tych momentach, kiedy byliśmy przybijani, unieruchamiani w jakiś sposób. A jeśli Jezus umierał, czując, że nawet Ojciec Go opuścił, my też możemy "zlepić" z Jego doświadczaniem te momenty naszego życia, w których tak się czuliśmy. Na końcu Chrystus został złożony do grobu. Być może my również czujemy, że jesteśmy w jakimś grobie, że dookoła nie ma nic oprócz śmierci, kiedy nic nie przepływa, nie tętni.

Jezus przeszedł przez wszystko, przez co i my przechodzimy. To daje nam ogromną nadzieję: jeśli umiemy połączyć nasze doświadczenia z Jego doświadczeniami, damy radę. Bo tylko Jego droga jest drogą zbawczą.

Dziennikarz, podróżnik, bloger i obserwator świata. Laureat Pierwszej Nagrody im. Stefana Żeromskiego w 30. edycji Konkursu Nagrody SDP przyznawanej za publikacje o tematyce społecznej. Autor książki "Bóg odrzuconych. Rozmowy o Kościele, wykluczeniu i pokonywaniu barier". Od 10 lat redaktor DEON.pl. Interesuje się historią, psychologią i duchowością. Lubi wędrować po górach i szukać wokół śladów obecności Boga. Prowadzi autorskiego bloga Mapa bezdroży oraz internetowy modlitewnik do św. Józefa. Można go śledzić na Instagramie.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

"Przejmujemy terytorium szatana". Gdy księża wbijali krzyż, ziemia zaczęła drżeć; to samo ma się stać z nami w Wielki Piątek
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.