Śmierć planów i oczekiwań to część rodzicielstwa. I trzeba te straty opłakać [Siedem Boleści]

- Im dłużej jestem mamą, tym wyraźniej widzę, jak w krajobraz mojej duchowości wpisane są małe Golgoty. Miejsca, które wydają mi się bez życia, gdzie serce przeszywa ból pytań bez odpowiedzi. Każdy rodzic w jakimś momencie życia znajdzie się w takiej sytuacji, czy tego chce, czy nie. Tak wiele osób przed nimi ucieka, nie chce ich widzieć - o cierpieniu ukrytym w rodzicielstwie rozmawiają nasze publicystki, Magda Urbańska i Agata Rusek.

W naszym piątkowym cyklu inspirowanym nabożeństwem do Siedmiu Boleści Maryi nasze publicystki dzielą się swoimi wyzwaniami i perspektywą życia i zabierają nas w podróż z cierpiącą Maryją, która dobrze rozumie nasze zranienia i niepokoje. W piątym odcinku czytamy kolejną boleść Maryi: ukrzyżowanie i śmierć Jezusa (J 19, 25-30), gdy Maryja stoi mężnie pod krzyżem, patrząc na mękę Syna.

W odcinku piątym:

Śmierć planów, nadziei, oczekiwań trzeba opłakać jak stratę
Nie rozumiałam, jak to się stało, gdzie popełniłam błąd
Śmierć planów, nadziei, oczekiwań trzeba opłakać jak stratę
Co ja zrobiłam nie tak, że moje dziecko jest tu, gdzie jest?
Rodzicielstwo to ciągłe mierzenie się z trudnościami
Bitwy matek z własnymi myślami są boleśnie wyczerpujące
Czy umiesz kogoś dopuścić do swojego cierpienia?
Gdy umiera ktoś, kogo kocham, mogę dać obecność, nie uciec przed jego bólem

DEON.PL POLECA




Śmierć planów, nadziei, oczekiwań trzeba opłakać jak stratę

Agata Rusek: Żadna z nas nie ma doświadczenia śmierci własnego dziecka, więc tego wątku z szacunku dla cierpienia i bólu rodziców, którzy stracili dziecko poruszać nie będziemy. Kiedy jednak patrzę na Maryję stojącą pod krzyżem, wpatrzoną w konającego Syna, myślę o tych wszystkich momentach, w których coś w naszym rodzicielstwie umiera - nadzieja, że dziecko zostanie sportowcem, radość obserwowania jego drogi, spokój serca, że sobie poradzi - a rodzic przy tym dziecku trwa…

Magda Urbańska: Tak, czuję bardzo podobnie. W naszym życiu są takie przestrzenie wobec których należy milczeć. Bez wątpienia jest nią śmierć najbliższych, w tym śmierć dziecka. Gdy przez ostatnie dni chodziłam z tą boleścią Maryi zobaczyłam w sobie coś, co mocno mnie poruszyło. Mam w sobie wiele martwych przestrzeni jako mama. Ty, Agatko, dotknęłaś tematu śmierci jakiejś nadziei, planów, oczekiwań. Myślę sobie o tym, że czasem przechodzimy wewnętrznie żałobę nie tylko po czyjejś śmierci fizycznej, ale też po tym jak “umierają” nasze rodzicielskie plany i marzenia.

Nie rozumiałam, jak to się stało, gdzie popełniłam błąd

Agata Rusek: O tak, chociaż w tym konkretnym przypadku myślę, że ta żałoba to zaczyna się w momencie zamknięcia grobu. A samo stanie pod krzyżem przypomina mi bardziej o tych pełnych napięcia chwilach, w których zderzamy się z krzyżem “jak ze ścianą”. Wiesz, z takim doświadczeniem czystego bólu, rozpaczy, zanurzenia w tajemnicę bezdusznego zła, w której nie widzi się żadnej logiki ani sensu.

Miałam taki moment w moim macierzyństwie, kiedy jedno z moich dzieci zachowało się naprawdę fatalnie. I kiedy wracam myślami do tego dnia, w którym prawda wyszła na jaw, to do dziś pamiętam gorzki posmak śmierci mojego zaufania - nie tylko do samego dziecka, ale też do samej siebie, że jako mama “daję radę” i wychowuję je na dobrego, prawego człowieka. Zachowując proporcję porównania - to dla mnie była taka maleńka Golgota, moment zakwestionowania moich “rodzicielskich umiejętności”. Nie rozumiałam, jak to się stało, gdzie popełniłam błąd i gdzie jest prawda w całej sytuacji.

Co ja zrobiłam nie tak, że on jest tu, gdzie jest?

Może dlatego, gdy patrzę na Maryję pod krzyżem, myślę, że Ona oprócz bezkresnego cierpienia bezsilnej matki, która towarzyszy w umieraniu dziecka, mogła mierzyć się w głowie z kanonadą wątpliwości: czy On naprawdę jest łotrem? Czy faryzeusze słusznie Go obwiniają? Co poszło nie tak? Co ja zrobiłam nie tak, że On jest tu, gdzie jest? Im dłużej jestem mamą, tym wyraźniej widzę, jak w krajobraz mojej duchowości wpisane są tego typu Golgoty. Miejsca, które wydają mi się bez życia, gdzie serce przeszywa ból pytań bez odpowiedzi.

Magda Urbańska: Bardzo dziękuję Ci za to ostatnie zdanie, bo też widzę w sobie takie przestrzenie. Pomyślałam jednocześnie o tym, że tak wiele osób przed nimi ucieka, nie chce ich widzieć - sama mam czasem taki stan, że chciałabym uciec z pola walki. Golgota nie jest miejscem przyjemnym. Choć w ostatecznym rozrachunku każdy rodzic się na niej znajdzie, czy tego chce, czy nie…

Rodzicielstwo to ciągłe mierzenie się z trudnościami

Agata Rusek: W języku polskim dość często zdarza nam się mówić, że rodzicielstwo to w pewnym sensie ciągłe mierzenie się z jakimś krzyżem. I nawet jeśli rozumiem to porównanie i w jakiś sposób się z nim identyfikuję, to staram się go używać tylko w perspektywie pokazywania nadziei - bo przecież wierzę, że dzięki Bogu krzyż jest każdorazowo bramą do doświadczenia czegoś większego. Nie sądzę co prawda, by w tamtym momencie Maryja patrzyła na krzyż ze świadomością, że to okrutne narzędzie tortur przyniesie coś dobrego, ale przecież ostatecznie to ono jest do dziś dla nas symbolem miłości przekraczającej wszelkie wyobrażenia. Kiedy więc patrzę na tę boleść Maryi, to dostrzegam w niej wszystko to, co nazywamy “trudem wychowania”.

Magda Urbańska: Tak. To jest trud, którego często w ten sposób nie postrzegamy. Nie traktujemy go jak obumierania. Raczej widzimy w nim naszą osobistą klęskę, błąd wychowawczy. Szukamy winnych - w sobie, albo wokół siebie. Tymczasem patrzę na Maryję, która po prostu trwa. Cierpi. Nie ucieka jednak ani nikogo nie obwinia za swój ból. I jest w tym w pewnym sensie sama, bo zobacz - nie ma tam Józefa.

Bitwy matek z własnymi myślami są boleśnie wyczerpujące

Agata Rusek: Jest to więc ta boleść matki, w której najlepiej mogą odnaleźć się te z nas, które dziś, z rozmaitych powodów, stoją same wobec niezrozumienia swojego dziecka, wobec jego cierpienia, wobec jakiegokolwiek - czy to fizycznego, czy psychicznego - umierania. Obie mamy kontakt z takimi mamami. Zdarza się, że odzywają się do nas po artykułach w tym cyklu i dzielą bólem - jak trudno jest samej dźwigać odpowiedzialność za wychowanie, jak dramatycznie wyczerpujące bywają te bitwy z myślami własnego serca: czy jestem w stanie udźwignąć dysfunkcje dziecka, które dostaje diagnozę na całe życie. Albo co zrobić, by ono jak najmniej cierpiało w związku z życiem w niepełnej rodzinie. Maryja, w krytycznym momencie swojego macierzyństwa, pod krzyżem stoi bez Józefa, bez oparcia w mężczyźnie, który przez lata się nimi opiekował. Ona z całą pewnością niosła w sobie tę tęsknotę za mężem.

Magda Urbańska: Jednocześnie w tym trwaniu pod krzyżem Jezus mówi do ukochanego ucznia, by się Maryją zaopiekował… A do Niej, że nie zostawia Jej samej. I to jest cenna wskazówka dla tych wszystkich mam. Wiemy przecież, jak w tamtym czasie wyglądała “pozycja” bezdzietnej wdowy…

Agata Rusek: Rzeczywiście. Pod krzyżem Maryja traci Syna, ale zyskuje syna. Kojarzy mi się to z tymi momentami wielkiej łaski, w której mogłam uczestniczyć w żałobie przyjaciół, którzy żegnali swoje dziecko. Dla nich obecność wspólnoty ani odrobinę nie łagodziła bólu po śmierci dziecka, ale świadomość, że wokół są ci, którzy zatroszczą się o niezbędne potrzeby, niosła otuchę i spokój.

Czy chcemy kogoś dopuścić do naszego cierpienia?

Można na ten moment spojrzeć z dwóch perspektyw: z jednej strony Maryja jakoś musiała się odnieść do tej “propozycji” Jezusa, wewnętrznie zgodzić się na przyjęcie wsparcia i dopuszczenie do siebie innych. Z drugiej strony Jan też musiał zmierzyć się z wezwaniem: “bądź jej synem”. My lubimy tak nad tą sceną “przejść”, założyć, że ukochany uczeń bez wahania przyjął Maryję jak matkę i otulił. On jednak też musiał się zmierzyć z własnym lękiem przed cierpieniem, poczuciem niedostatku (ja? Jezu, ja? Czy ja będę potrafił być jej synem? Czy będę wiedział, jak się nią zaopiekować?). Te dwie perspektywy pod krzyżem często dotyczą każdego z nas - czy chcemy kogoś dopuścić do naszego cierpienia i czy będziemy chcieli wziąć odpowiedzialność za wsparcie kogoś, kto nie jest naszą bezpośrednią rodziną, czy zechcemy się odważyć stanąć przy kimś, kto cierpi i z którego bólem po ludzku nic nie możemy zrobić. Możemy je tylko widzieć i trwać w gotowości wyciągnięcia ramion w czułym uścisku…

Magda Urbańska: Tak, to jest bardzo trudne, ale też niezwykle kojące. Z czasu, gdy umierała moja mama, najmocniej pamiętam właśnie wsparcie moich przyjaciół, którzy kładli się spać z telefonem przy poduszce, gotowi wyruszyć do nas w środku nocy, gdybyśmy ich potrzebowali. To nie zabrało bólu, ale dało pewien rodzaj wsparcia. Takiego, którego nie da się przecenić. Mając takie zaplecze, łatwiej jest po prostu przejść przez ból. I wracam teraz do tych rodziców, którzy stracili swoje dzieci. Te, które nie zdążyły przyjść na świat, te które popełniły samobójstwo, czy te, które zabrał wypadek czy choroba. Jak być “Janem” dla takich ludzi? Jak ich wesprzeć, by mieli poczucie, że - owszem - nie zabiorę ich bólu, ale mogę dać swój czas, uważność, wsparcie. Przeżycie śmierci to jedno, życie ze stratą to kolejny etap. Każdy, kto doświadczył straty wie, że nie da się jej niczym zapełnić…

Gdy umiera ktoś, kogo kocham, mogę dać obecność, nie uciec jego przed bólem

Agata Rusek: Towarzyszymy teraz dwójce naszych bliskich przyjaciół, małżeństwu. Jedno z nich umiera w okrutnej, wyniszczającej organizm chorobie. Nie ma żadnych gotowych recept, podręcznika towarzyszenia. Ale myślę, że to, czego uczy nas Pan Jezus - szacunek i okazywanie miłości bliźniemu przez czyny - to najprostsza wskazówka. W tej całej dramatycznej sytuacji często łapię się myśli, że chrześcijaństwo nie jest o lęku przed śmiercią. Wręcz przeciwnie - to opowieść pełna nadziei, która mówi nam: nie bój się śmierci, bo Jezus już ją pokonał. Na takim czysto praktycznym poziomie, w tej sytuacji jest to dla mnie wezwanie - nie bój się dyskomfortu wejścia na tę Golgotę. To nie moje dziecko umiera, to nie mój ukochany kona. Ale odchodzi w bólu i cierpieniu ktoś, kogo bardzo kocham, kto jest dla mnie ważny, i to, co mogę mu dać, to nie uciec z tej Golgoty, tylko być przy nim i przy jego najbliższych do samego końca. Nie bać się tej śmierci. Wytrwać obok, stojąc w gotowości, by podtrzymać, przynieść wodę albo powiedzieć cicho: “nie jesteś sam”. I widzieć człowieka, widzieć i nie uciekać przed jego cierpieniem wzrokiem…

Magda Urbańska: Patrzę na Maryję i mam takie poczucie, że ta scena jest bardzo dla nas. Rodziców, którzy żyją w poczuciu winy, klęski i zawiedzionych oczekiwań. Dla rodziców, którzy żyją w żałobie po stracie. Ona to rozumie. Czasem jest tak, że otoczenie nie poradzi sobie z naszym bólem. Nie będzie nikogo, kto będzie naszym “Janem”. Jednak Ona zawsze jest. Współcierpiąca. Warto się do niej zwracać nie tylko w sytuacji fizycznej utraty bliskich, ale też wtedy, gdy przechodzimy inne życiowe “żałoby”. Śmierć nie ma ostatniego słowa. Nawet wtedy, gdy widzimy tylko ciemność.

Zobacz poprzednie odcinki cyklu:

1. "Czasem lekarze byli dla mnie Symeonami". Trudna diagnoza i świat, który się wali

2. Mąż cię budzi i mówi: szybko, zbieraj się, musimy uciekać. Chcą zabić nasze dziecko

3. Nastolatek często ginie rodzicom w wirtualnym świecie. Jak nie zgubić go na zawsze?

4. Najtrudniejsze są chwile, gdy twoje dziecko cierpi, a ty nie możesz zrobić nic

Z wykształcenia pedagog i doradca rodzinny. Z wyboru żona, matka dwóch synów. Nie potrafi żyć bez kawy i dobrej książki. Autorka książki "Doskonała. Przewodnik dla nieperfekcyjnych kobiet". Prowadzi bloga oraz Instagram.

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Śmierć planów i oczekiwań to część rodzicielstwa. I trzeba te straty opłakać [Siedem Boleści]
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.