Przez wiele lat byłem ateistą. Wszystko się zmieniło po tej adoracji

(fot. shutterstock.com)
Błażej

Moje nawrócenie zaczęło się, gdy około listopada zeszłego roku trafiłem (jak wtedy myślałem, przypadkiem) na zapisy do rekolekcji w życiu codziennym. Mimo, że nie wierzyłem w Boga, postanowiłem spróbować. Co miałem do stracenia?

Mam na imię Błażej. Mam 26 lat. Jeszcze pół roku temu byłem niewierzący. Oto świadectwo mojego nawrócenia.

Jeśli chodzi o wiarę, w swoim życiu przechodziłem różne etapy. Jak w sinusoidzie. Byłem agnostykiem, byłem ateistą. Miałem etapy fascynacji mistycyzmem. Były też okresy niby-wiary, ale zawsze było to trochę wymuszone, trochę na zasadzie przekonywania samego siebie, że mam wierzyć.

Przez kilka miesięcy poprzedzających moje nawrócenie nie byłem u spowiedzi, u komunii, a nawet na Mszy Świętej. Miałem dość udawania przed samym sobą, nie chciałem robić czegoś, w co nie wierzyłem.

DEON.PL POLECA

Jeżeli na moim widnokręgu w ogóle był jakiś Bóg, to nie był mi bliski. Być może umarł "za ludzkość" - sądziłem - ale na pewno nie za mnie. Bóg nie dba o mnie, bo jest zbyt zajęty tymi, których bardziej lubi, swoimi faworytami.

Ułożyłem sobie nawet filozoficzny (a może teologiczny?) dowód na nieistnienie Boga. Otóż: jeśli Bóg jest wszechmocny i chce mojego szczęścia, a ja jestem nieszczęśliwy, to znaczy, że Boga nie ma - tak wtedy rozumowałem.

Myślę, że moja niewiara była po części wynikiem mojego racjonalistycznego, logicznego myślenia. Chciałem wierzyć w to, co prawdziwe, a nie widziałem faktów, które mogły mnie jednoznacznie przekonać o istnieniu Boga. Trudno było też mi uwierzyć, że jakikolwiek Wszechmogący może mnie uważać za wartościowego człowieka.

Różne niepowodzenia życiowe, trudności, a także trudna sytuacja rodzinna sprawiły, że nie akceptowałem samego siebie. Nie miałem nadziei, że może być ze mnie cokolwiek dobrego. Nie widziałem sensu w staraniu się. Prowadziło to do wielu problemów: zaburzeń emocjonalnych (w tym myśli samobójczych), nałogu gier komputerowych i Internetu, porażek w pracy i na studiach.

Nie wchodziłem też w bliskie relacje z ludźmi - bo kto mógłby chcieć znać tak beznadziejnego człowieka? Jedyną naprawdę bliską mi osobą była moja dziewczyna, jednak i ona była zbyt przytłoczona moimi problemami i po 4 latach związku zdecydowała się go zakończyć. Tak napędzało się błędne koło. Porażki potęgowały niskie poczucie własnej wartości, a to wywoływało kolejne porażki.

Niedługo po zamieszkaniu w Krakowie zacząłem chodzić do Wspólnoty Akademickiej Jezuitów. Nie miało to związku z wiarą, a po prostu z potrzebą towarzystwa; miałem nawet żal do świata, że tego rodzaju grupy tworzą się tylko wokół Kościoła.

Od dwóch lat w ramach tego duszpasterstwa działam w grupie męskiej GRB. Mimo, że jest ona otwarta na osoby wierzące i niewierzące, wszyscy jej członkowie oprócz mnie byli katolikami. Trwałem w niej jednak. Podczas wspólnych modlitw milczałem, a znak krzyża (w ramach małego protestu) robiłem "na odwrót", czyli tak, jak prawosławni.

Ówczesny lider grupy, jezuita Łukasz, po każdym spotkaniu miał zarezerwowany czas specjalnie na rozmowę ze mną. Nieraz próbował popychać mnie w stronę wiary, czy to w samej rozmowie, czy to podsuwając jakieś książki lub artykuły, ale nigdy nie był w tym nachalny, a mnie żadne argumenty nie były w stanie przekonać.

Moje nawrócenie zaczęło się, gdy około listopada zeszłego roku będąc w WAJ-u, trafiłem (jak wtedy myślałem, przypadkiem) na zapisy do rekolekcji w życiu codziennym. Mimo, że nie wierzyłem w Boga, postanowiłem spróbować. Co miałem do stracenia?

Ten rodzaj rekolekcji wygląda tak, że każdego dnia należy przeczytać wskazany fragment z Biblii, przemedytować kilka pytań z nim związanych i porozmawiać z Bogiem o swoich przemyśleniach. Ta metoda zmuszała do spojrzenia w głąb siebie, a to, co tam widziałem, wcale mi się nie podobało.

Oprócz tego złościło mnie, że mam rozmawiać z kimś, kto przecież nie istnieje. W czasie jednej z tych medytacji powiedziałem: "Boże, nie chcę słów, które pojawiają się w mojej głowie, a ja mam zgadywać, czy to Ty, czy ja. Mam dość «subtelnych poruszeń duszy».

Jeżeli rzeczywiście istniejesz i rzeczywiście mnie kochasz, to przestań się ze mną bawić, zejdź tu do mnie, jak schodziłeś do Adama, Abrahama, Mojżesza, siądź tu obok w fotelu, porozmawiaj ze mną twarzą w twarz!".

Byłem zły i rozgoryczony, więc było to w nieco mniej cenzuralnych słowach… Jak możecie się domyślić, Bóg nie zszedł i nie usiadł koło mnie w fotelu (co oczywiście jeszcze bardziej mnie rozgoryczyło), ale myślę, że w tym momencie powiedział do siebie: challenge accepted.

Przez kilka dalszych miesięcy nic się nie działo - aż do marca tego roku, do spotkania GRB - ostatniego, które prowadził Łukasz. Była to konferencja i dyskusja na temat Bożego Miłosierdzia. Zastanowiło mnie, że Łukasz przez całe spotkanie miał przed sobą Biblię, ale ani razu jej nie otworzył, zupełnie jakby przyniósł ją niepotrzebnie. Podczas konferencji i dyskusji padło kilka zdań, które mnie poruszyły, o Bożej miłości do każdego człowieka (niestety, nie potrafię ich już dzisiaj przytoczyć). Pojawiła się wtedy w mojej głowie myśl: "Kurczę, chciałbym wierzyć".

Po spotkaniu - o czym nie wiedziałem - była zaplanowana adoracja Najświętszego Sakramentu w salce obok. Podczas niej coś się we mnie zmieniło. Poczułem spokój i siłę. Zapragnąłem razem z chłopakami śpiewać i modlić się - podczas gdy jeszcze na spotkaniu robiłem na odwrót znak krzyża.

Po adoracji, jak zawsze, Łukasz wziął mnie na rozmowę. Zauważył i ucieszył się, że coś się zmieniło. Okazało się, że Pismo Święte, które zabrał na konferencję, to był prezent - dla mnie. Nie wiedziałem, co powiedzieć. To był najlepszy podarunek, jaki w tym momencie mogłem dostać.

W ciągu kilku następnych tygodni miało miejsce kilka "drobnych" wydarzeń, kiedy powierzałem Bogu jakąś sprawę, a On ją rozwiązywał - i dorzucał coś gratis od siebie. Nie będę tych sytuacji przytaczał, bo musiałbym opisać je szczegółowo (opiszę w komentarzu). Być może ktoś mógłby powiedzieć, że to zbieg okoliczności. Dla mnie o wiele więcej wiary w cuda wymagałoby uwierzenie w to, że to przypadek, niż w to, że Bóg wysłuchał moich próśb. Co za paradoks! Poprzez moją niewiarę w cuda Bóg sprawił, że uwierzyłem w Niego.

Bóg zaczął uzdrawiać moje rany. Niektóre od ręki, z dnia na dzień: np. nałóg gier komputerowych i Internetu oraz myśli samobójcze. Inne stopniowo. Otworzyłem się przed ludźmi i na ludzi. Nauczyłem się wybaczać swoim rodzicom, sobie, swojej byłej dziewczynie. Buduję poczucie swojej wartości. Cały czas uczę się patrzeć na siebie i na innych ludzi tak, jak On ich - nas - widzi. I wielu, wielu innych rzeczy.

Teraz nie mogę już powiedzieć: nie wierzę w Boga. Po prostu mi nie wolno. Doświadczyłem - i doświadczam - Jego działania tak ewidentnie, że nie mogę temu zaprzeczyć. Równie dobrze mógłbym powiedzieć, że nie wierzę w krzesło, na którym siedzę albo w gałąź, która uderzyła mnie w twarz.

Nie mówię, że nie upadam. Że wszystko jest cudownie poukładane. Że jestem święty. Ale w ciągu pół roku Pan Bóg uzdrowił mnie z wielu rzeczy i ze zgorzkniałego ateisty zrobił faceta, który codziennie się modli, czyta Pismo Święte, nosi medalik na piersi, regularnie przyjmuje Komunię i chodzi do spowiedzi. To chyba zakrawa o cud.

Jest taka Osoba, która wie o tobie absolutnie wszystko - absolutnie wszystko! - zna cię całego, widzi przez ciebie jak przez szkło - i kocha Cię tak szalenie, że największa miłość na Ziemi to przy tym zero. Jeżeli chciałbyś w to wierzyć, ale nie potrafisz, wiedz jedno: wiara jest łaską, czyli prezentem od Boga. Nie możesz zmusić się do wiary.

Moje nawrócenie nie było moją zasługą. Ja tylko poprosiłem Boga, żeby zszedł z chmur i mi się pokazał. Jeśli chcesz, żeby pokazał się też tobie, poproś Go o to. Lub Mu wygarnij. Byle szczerze. Wiem, że głupio mówi się w próżnię, ale ryzykujesz niewiele, a możesz zyskać nieskończenie więcej.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Przez wiele lat byłem ateistą. Wszystko się zmieniło po tej adoracji
Komentarze (1)
Agamemnon Agamemnon
26 stycznia 2018, 18:51
por.: ateizm IVRP