Katolicy na Kubie

Katolicy na Kubie
(fot. flippinyank / flickr.com / CC By)
Alicja Szwiec

W rocznicę pielgrzymki Benedykta XVI do Meksyku i na Kubę oraz w związku z apelem biskupów z Kuby o pomoc misyjną warto przyjrzeć się temu, jak wygląda obecnie kubański Kościół katolicki.

Alicja Szwiec: Jak wygląda Księdza posługa na Kubie? Czym się tam Ksiądz głównie zajmuje?

Ks. Dariusz Iżykowski SDB: Takie samo pytanie zadała mi kiedyś babcia, a ja odpowiedziałem: "Babciu - wszystkim". Po prostu wszystkim. Tam kapłana nazywa się ojcem ("padre") i faktycznie tacy też są kapłani. Trzeba najpierw zorganizować sobie podstawową egzystencję, żeby w ogóle przeżyć, a dalej - zająć się pracą z ludźmi. Kapłani żyją tam przede wszystkim z ludźmi, z ludźmi cały czas.

A co robiłem tak bardziej konkretnie od strony spraw duszpasterskich? Byłem proboszczem w kilku parafiach równocześnie, bo młodym kapłanom na Kubie powierza się po kilka parafii. Są to też czasem ogromne tereny, całe kilometry, na których na wszystko jest pozwolenie od biskupa. Na wszystko oczywiście, co mieści się w Ewangelii. Co robiłem? Zapewniałem pożywienie dzieciom, dawałem zatrudnienie komu mogłem, np. kierowcy czy kucharce, po to żeby pomóc tym ludziom.

Przez ostatnie moje cztery lata niedziela zaczynała się o godzinie 7 rano pierwszą mszą w bazylice. Była to msza dla ludzi ubogich, bo bezdomnych tam właściwie nie ma. Ale takich ubogich można porównać do naszych bezdomnych. Po posiłku z nimi musiałem szybciutko na rowerze przejeżdżać do następnego kościoła, na mszę dla wszystkich. Później, znowu rowerem, do następnego osiedla, typowego slumsu, na mszę z nauką. Tamtejsi mieszkańcy przychodzili praktycznie wszyscy, bo zawsze mieli jakąś pomoc od Kościoła. Potem w wielkim pośpiechu do następnej parafii, gdzie przyjeżdżał po mnie kierowca i wiózł na wioski. W dzień powszedni do południa mamy trochę więcej swobody, bo nie pracujemy w  szkołach. Natomiast po południu robimy od stu do stu pięćdziesięciu kilometrów, odwiedzając w zależności od potrzeb trzy, cztery wspólnoty.

Czy utrzymuje Ksiądz kontakt ze swoją placówką, ludźmi tam poznanymi?

Kontakt jest. Zresztą są to osoby bardzo ciepłe, przywiązane do kapłana. Na Kubie ludzie bardziej angażują się w relacje między sobą. Poza tym tamtejszy Kościół generalnie jest oparty na wspólnocie. Tak jak u nas na sakramentach, nauczaniu, tak tam bardziej na wspólnocie. Gdy na Kubie idę do kościoła, to nie myślę, co powiem na kazaniu, tylko myślę o wiernych, o tym, co słychać u jednej czy drugiej osoby. Wszyscy witają się w przedsionku. Niezwykle ważny jest dla nich gest znaku pokoju.

Jak wygląda Kuba pod rządami braci Castro? Mówi się o niej jako o "skansenie komunizmu". Na ile to jest zasadne?

Mieszkańcy Kuby sami nie mówią o komunizmie, bo nie poddali się tak do końca tej ideologii. Nazywają to częściej "fidelizmem". W tej chwili został już tylko typowo socjalistyczny szkielet, np. kartki w sklepach. Czuć natomiast silną presję administracyjną, prawną. Wielu ludzi jest w więzieniach. Ale najbardziej chyba męczy ich całkowita niemożność. To nie są ludzie bezradni, to nie są ludzie biedni. Oni po prostu nie mają żadnej mocy załatwienia czegokolwiek w normalny ludzki sposób. Przekłada się to na relacje społeczne. Społeczeństwo jest wyjałowione z wszelkich wartości. Dlatego młodzi ludzie nie są w stanie mieć nawet prawidłowych przyjaźni, nie wspominając już o tym, jak trudno im utrzymać małżeństwo, rodzinę. Te się rozpadają, dochodzi do tragedii. Potrzebują Kościoła, bo szukają sensu.

Kiedy na Kubie podejmowane były pierwsze próby misyjne?

Już Krzysztof Kolumb postawił tam pierwszy krzyż. Ale autochtoni nie przetrwali. Mówi się, że wymarli od chorób, ale tak do końca nie było. Oni po prostu popełniali samobójstwa, bo nie chcieli żyć pod jarzmem Hiszpanów, nie chcieli być ich niewolnikami. Byli ludźmi bardzo pacyfistycznie nastawionymi, nie znali zupełnie przemocy, żyli po prostu z rybołówstwa i zbieractwa. A pod Hiszpanami padli. Podobnie było w całej Ameryce Południowej. Kościół był bardzo silny, ale był to Kościół elitarny, ludzi bogatych, ludzi z Europy. Cały "dół" w ogóle nie był z nim związany. I taki Kościół, gdy się zderzył z Fidelem Castro, który też przecież z tego Kościoła wyszedł, padł. Ujawniono jego fasadowość.

Jaki jest więc dzisiaj Kościół na Kubie? Młody, tętniący życiem czy też nastawiony roszczeniowo? Nie traktuje się tam Kościoła jak kolejnej organizacji dobroczynnej?

Nie, zupełnie nic z tych rzeczy. W czasie ciężkiego prześladowania za Fidela Castro, wyznawanie jakiejkolwiek wiary czy ideologii, która nie była marksizmem, mogło skończyć się utratą pracy, rodziny, domu. Można było za to pójść do więzienia. Do kościółka przychodziła jedna starsza pani, albo jakaś dziewczynka, która zmieniała w wazonie kwiaty. Jeśli w ogóle była tam jakaś figurka i było przed czym je postawić. Katechezy odbywały się w domach, w ukryciu - po kilkoro dzieci uczył ktoś ze starszych. Z kapłanów pozostali z reguły tylko Kubańczycy, bo wcześniejsi misjonarze byli Hiszpanami, ludźmi bardziej związanymi z życiem elitarnym, które zanikło po rewolucji, a miejscowi księża pozostali. Dojeżdżano więc po trzysta, czterysta kilometrów, żeby przewozić Eucharystię, którą następnie w podziemiu rozdawano.

Tak to funkcjonowało do roku 1985, kiedy powstał CELAM (Rada Episkopatu Ameryki Łacińskiej). Kościół kubański zorientował się, że jeśli nie wykorzysta tej szansy, to po prostu zniknie z powierzchni ziemi. Nie istniał przecież zupełnie w żadnych strukturach, a niektórzy księża byli tam nielegalnie, poza wszelkim prawem. Nie mieli nawet kartek na jedzenie, w ogóle nie byli uznawani za obywateli. Od tego czasu Kościół zaczął dostosowywać się do tych realiów, w jakich żyli jego wierni.

Dziś ten Kościół można porównać z piętnastolatkiem, choć faktycznie jest starszy. Ale jest to w tej chwili na Kubie jedyne miejsce, gdzie jest jakieś życie. Społecznie ani kulturalnie nic się tam nie dzieje. Nie istnieje ekonomia, jest totalny marazm. Ponieważ nie ma nadziei na przemiany, nie ma też żadnych ruchów społecznych ani politycznych, nic. Kościół jest jedyną instytucją która żyje i coś proponuje. Idzie się tam po to, by złapać oddech. Przychodzi się z tragediami, z samotnością. Wierni oczekują na dobre słowo, na uśmiech, to jest dla nich bardzo ważne.

Jest to Kościół małych wspólnot, od pięciu osób, gdzieś na wioskach, do ośmiuset w dużych miastach. Katolicy są bardzo prężni, potrafią świetnie organizować się bez kapłanów. Funkcjonują duszpasterstwa oparte na liderach. Kapłanów potrzebują oczywiście do sakramentów, natomiast wszystkie pozostałe struktury: rady parafialne i duszpasterstwa mają bardzo rozwinięte. Odwiedzają swoich chorych, którzy nie mogą przychodzić do kościoła. Mają niesamowitych katechetów, pracujących za darmo, bez wykształcenia, poza tym, które zdobędą sami w trakcie formacji. Jest to Kościół żywy, młody i choć niezwiązany z żadną tradycją, to ściśle katolicki. Wokół jest dużo protestantów, więc wspólnoty się wzajemnie szlifują, tak że realnie wszystko jest dość ładnie, prawidłowo poukładane. Kościół ten bardzo przypomina czasy pierwszych chrześcijan.

Już rok minął od pielgrzymki Benedykta XVI do Meksyku i na Kubę -  jak się okazało ostatniej Jego pielgrzymki zagranicznej. Czy widzi Ksiądz jakieś zmiany, które przyniosły tamte wydarzenia? Mówi się głównie o wywalczeniu dnia wolnego od pracy w Wielki Piątek...

Należy najpierw odnieść się do wizyty Jana Pawła II na Kubie, bo jest to wspólny wątek. Gdy przyjechał papież Jan Paweł II w 1998 roku, ludzie po prostu się bali. To było pierwsze społeczne wydarzenie na taką skalę, niezwiązane z przyjazdem Fidela, ani z żadnym świętem partyjnym czy pochodem, więc po prostu nie wiedzieli, co mają robić. I zdarzali się tacy katolicy, którzy szli na piechotę po 40 kilometrów i więcej, by spotkać się z Janem Pawłem II, ale większość po prostu siedziała w domach. Nawet gdy Papież był na ich ulicy, to mieli pozamykane drzwi i okna, a pielgrzymkę oglądali w telewizji. Santa Clara było drugim miejscem, do którego przyjechał Jan Paweł II, tam jeszcze przed samą mszą, katolicy wychodzili ze stadionu, by zbierać ludzi do jego zapełnienia. Mówili, że to wstyd, gdy stadion jest pusty, a świat cały patrzy.

Natomiast Benedykt XVI wjechał w wielką misję narodową. Misję, która trwa kilka lat i wyciągnęła na ulice tłumy, pozostające poza wszelką kontrolą. Władze pozwoliły, żeby to "wykipiało". Były więc i modlitwy na ulicach, i wejście do szkół, do szpitali, do instytucji publicznych, coś, co nigdy wcześniej nie było tu możliwe. I w ten klimat wjechał Benedykt XVI, więc było zgoła inaczej niż wcześniej. Sensacją było dla mnie to, że nie działał transport, bo zwykle władze starały się pokazać chociaż na zewnątrz, że dobrze funkcjonują Natomiast podczas wizyty Benedykta XVI przez całą Kubę przejechał tylko jeden pociąg. Co więcej, zajechał do Santiago de Cuba spóźniony, gdy msza już trwała. To było celowe zagranie.

Tak, Jan Paweł II wywalczył dzień wolny w Boże Narodzenie. Z tym, że na Kubie nie ma pracy, więc dzień wolny nie jest problemem. Mają dzień wolny faktycznie, ale szkoły pracują w systemie 3 dni w domu i 13 w szkole, więc gdy akurat wtedy wypadała szkoła, dla uczniów nie ma Bożego Narodzenia. Myślę więc, że z Wielkim Piątkiem ułoży się dokładnie tak samo. Będzie w pracy wolny, bo oni i tak nic nie produkują. Ale instytucje, takie jak wojsko czy szpitale nie odpuszczą. No i wspomniana młodzież - jeżeli Wielki Piątek wypadnie w ich dzień szkoły, będzie zamknięta w internatach.

Czyli nie uważa Ksiądz tego za wielkie osiągnięcie? Ważniejsze są chyba duchowe owoce pielgrzymki.

W tej chwili Kościół na Kubie jest poza prawem. Może się odwołać tylko do jednego artykułu w konstytucji, to jest do wolności wyznania, ale państwo i tak ingeruje we wszystkie zgromadzenia. Tu taka mało znana ciekawostka. Przed samym przyjazdem Jana Pawła II, Fidel Astro ogłosił w oficjalnym wystąpieniu, że wszystkie wyznania uzyskają wolność, jeżeli tylko zarejestrują się w ciągu 24 godzin. Zarejestrowały się wszystkie, oprócz katolików. A tym samym przyjęły prawa, które Fidel Castro im narzucił. I teraz, na przykład u zielonoświątkowców za każdym razem, gdy planują się spotkać, pastor prosi na piśmie pierwszego sekretarza lokalnego o pozwolenie, a po spotkaniu zdaje relacje, kto był i co na spotkaniu mówiono. To są owoce tej "wolności", a Kościół katolicki właśnie się temu nie poddał.

Z rządem kubańskim rozmawia nuncjatura apostolska, a do tej pory najbardziej owocne były rozmowy kardynała Tarcisio Bertone, któremu Kościół na Kubie wiele zawdzięcza. Wciąż walczy się tam natomiast o wejście do instytucji społecznych, do szkół, szpitali, ale tam ciągle spotykają nas duże nieprzyjemności. Walczy się chociażby o możliwość celebrowania pogrzebów, walczy o dostęp do mediów. Dzień wolny w Wielki Piątek, w porównaniu z tym, na co naprawdę Kościół i Episkopat na Kubie oczekuje, jest naprawdę niczym. To tylko pozór na zasadzie słów: "Zobaczcie - daliśmy! Więc czego chcecie?"

Co może zmienić, zarówno globalnie, jak i lokalnie, wybór nowego papieża, papieża z "nowego świata"? Z tego samego kręgu kulturowego co Kuba?

Czy na Kubie coś się zmieni? Myślę, że tak. Po pierwsze Kościół w Ameryce jest bardzo solidarny. Zaskakujące jest to, że większą pomoc otrzymujemy od krajów biednych. Na Kubie nie możemy wydrukować absolutnie nic, więc np. mszały otrzymujemy z Meksyku, a Kościół w Meksyku jest bardzo ubogi, mimo że Meksyk ekonomicznie ma nienajgorsze wskaźniki. Chile, Ekwador, Kolumbia - to Kościoły, które nam pomagają. Tamtejsze wspólnoty są bardzo solidarne, także nawet kapłanów "pożyczają" sobie między diecezjami czy państwami. Myślę, że generalnie dla całej Ameryki może to być bardzo pozytywne wydarzenie.

Chciałabym jeszcze wrócić do sprawy zaangażowania świeckich w Kościele. Czy uważa je Ksiądz za istotne? Jak to dokładnie wygląda na Kubie?

Polak na Kubie będzie bardzo zaskoczony. Cały Kościół kubański opiera się na bardzo różnych liderach. Kiedyś byłem proboszczem w parafii, którą "ciągnął" lekarz, neurolog. Młody człowiek, który po prostu miał tam rejon. Znał wszystkich ludzi, a że był katolikiem, a babcia wytłumaczyła mu, co to jest chrześcijaństwo, chodził do tych wszystkich wspólnot i robił im katechezy, odwiedzał ich, uczył się modlić. Tacy ludzie pokazali się właśnie po wizycie Jana Pawła II. Następny przypadek to kobieta pochodząca z wioski, do której przesiedlono ludzi z gór, dla zdemaskowania ukrywających się partyzantów. Ta pani poszła 37 kilometrów do miasta, do kapłanów i powiedziała, że spotykają się w domu i po prostu chcą kapłana. Takich domów jest w tej chwili tysiące. Ja miałem parafię na około pięćdziesiąt wspólnot, a tylko dwie z nich posiadały kościół, reszta mieściła się właśnie w domach. Inny, starszy katolik, dziś już emeryt, był jednym z tych, którzy pieszo szli na spotkanie z Janem Pawłem II. Gdy wrócił, uznał że to nie mogło być na darmo i założył małą wspólnotę. Później pokazał się tam ksiądz i do dziś dnia wspólnota ta funkcjonuje. Jeden z diakonów założył najpierw jedną, potem drugą wspólnotę, a dziś pod jego opieką jest ich czternaście. I są to solidne wspólnoty, które i spowiadają się, i przyjmują komunię, sakrament małżeństwa. Jest życie.

Kubańczycy mają rady parafialne z przewodniczącymi, którymi zazwyczaj są osoby o dużym autorytecie moralnym. Zawsze jest tam też jedna osoba odpowiedzialna za ekonomię. Jeśli jest kaplica, to zajmują się także nią. Chociaż nie mają tak naprawdę nic, to pięknie działa u nich Caritas. Pomoc przepływa wtedy dobrze im znanymi kanałami. Przykładowo, gdy ktoś potrzebuje jakiegoś leku, to idzie do Kościoła, a tam tę potrzebę przekazują dalej, do diecezji, często także za granicę. Ludzie wiedzą o skrajnych przypadkach nędzy czy patologii w swoim środowisku i starają się, jak mogą, na to reagować.

Świetnie działają u nich wizytatorzy chorych. Są oni jednocześnie szafarzami, którzy mogą udzielać komunii. Już w czasie mszy podchodzą do kapłana i mówią, ile potrzebują hostii, a potem rozchodzą się po osiedlu, do chorych. Kapłan nie dałby rady sam tego wszystkiego zrobić, dlatego ich pomoc jest nieoceniona. W takich wspólnotach są także po dwa, trzy pięknie śpiewające chórki. Jest też zawsze ktoś odpowiedzialny za liturgię.

Ostatnio biskupi kubańscy wystosowali prośbę do polskiego Episkopatu o wsparcie, zwłaszcza poprzez wysyłanie misjonarzy. Czy uważa Ksiądz, że nasi księża są przygotowani to takiej posługi? Jakich ludzi tam potrzeba?

Gdy wyjeżdżałem, mój przełożony powiedział, że skoro my w Polsce także przeszliśmy socjalizm, to może faktycznie się tam na coś przydam. Ostrzegano, że praca będzie bardzo ciężka i trudna. Do tych warunków trzeba się przyzwyczaić. Nie można na nic się nastawić, bo to przerasta nasze wyobrażenie.

Musi to być ktoś, kto wytrzyma trudne warunki mieszkaniowe, socjalne. Jeździłem starymi samochodami, o popękanych oponach, każdy wie, czym to grozi. Mieszkałem w garażu, w zawalonych kościołach, spałem razem ze szczurami. Na to wszystko trzeba być przygotowanym. Na to, że w którymś momencie braknie jedzenia. To jest coś, co może Europejczyka naprawdę przerażać.

Nie zachęca Ksiądz...

Mówię, że warunki są bardzo ciężkie, ale zachęcam. Teraz udało nam się zwerbować siostry Maryi Matki Miłosierdzia. Będą otwierać dom dokładnie w tym miejscu, gdzie pracowałem. Także jest jakieś zwycięstwo. Kapłanów także jak najbardziej potrzebujemy.

Jest to piękne doświadczenie. Pojawia się poczucie, że człowiek jest potrzebny, w każdej chwili, nawet w środku nocy może być telefon. Ci ludzie potrzebują się zwierzyć, potrzebują się otworzyć, potrzebują pomocy nie tylko materialnej. Kapłan z zagranicy jest zawsze świadectwem solidarności, co dla nich jest bardzo ważne. Praca jest piękna, szczera, a ludzie naprawdę takiego księdza przyjmą. Sam Kościół jest perełką. Doświadczenie tamtego Kościoła i zderzenie z tamtą wiarą to dla mnie skarb.

Co możemy dać Kubańczykom, a czego się od nich nauczyć?

Możemy nauczyć się od nich miłości do Kościoła, poświęcenia dla Kościoła. Możemy nauczyć się dawania świadectwa, co to znaczy być katolikiem. Możemy nauczyć się od nich wiary naprawdę sprawdzonej, doświadczonej w prześladowaniu, w uciemiężeniu. Są tam ludzie, którzy stracili wszystko tylko dlatego, że byli katolikami. Możemy nauczyć się od nich życia Ewangelią. Tam nikt nie zapomina Ewangelii po wyjściu z Kościoła, wręcz przeciwnie. Możemy nauczyć się życia we wspólnocie. Koleżanka, która przyjechała mnie odwiedzić, na pierwszej mszy się rozpłakała. Nie rozumiała nic, ale czuła tę niepowtarzalną atmosferę.

Ks. Dariusz Iżykowski SDB - przez 6 lat pracował w Santa Clara i Camaguey na Kubie. Był proboszczem w wielotysięcznych parafiach, prowadził duszpasterstwo w domach misyjnych oraz zajmował się dziećmi i młodzieżą z ubogich rodzin. Obecnie studiuje w Polsce, ale niebawem wraca na misje, zwłaszcza, że oficjalnie, w świetle uzgodnień z tamtejszymi władzami, wciąż przebywa na Kubie.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Katolicy na Kubie
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.