Czy Kościół zmartwychwstanie po epidemii?

Czy Kościół zmartwychwstanie po epidemii?
(fot. unsplash.com)
1 miesiąc temu
Logo źródła: Blogi wierzew.blog.deon.pl

To był ciężki czas dla Kościoła. Czas Wielkiego Postu i okres Wielkanocny przebiegał w ogólnej atmosferze strachu, izolacji, lockdownu, a gwoździem do trumny miał być jeszcze najnowszy film braci Sekielskich. Te niemal 3 miesiące można było wykorzystać i zmarnować. Czy po tym czasie Kościół zmartwychwstanie?

Jeszcze zanim pierwszy przypadek koronawirusa pojawił się w Polsce wielu wzywało do profilaktycznego zamknięcia kościołów. Powołując się na dobro ludzi starszych – najbardziej narażonych – apelowano do biskupów i kapłanów o zamknięcie świątyń dla wiernych. Co ciekawe, wielu z tych ludzi, gdy kapłani zastosowali się do wprowadzonych przez rząd limitów, krzyczało, że pasterze zostawili swoje owce. Tak to już w Polsce bywa – nam nigdy nie dogodzi.

Cieszę się tylko z jednego – że w naszym kraju akurat rządzi władza, która jest raczej w sojuszu z władzami Kościelnymi. W innym wypadku mogłoby się skończyć na posądzeniach o jakiegoś rodzaju prześladowania. Tymczasem przedstawiciele kościołów i związków wyznaniowych podczas konsultacji zostali powiadomieni o możliwych postępujących ograniczeniach, a z czasem wzięto także pod uwagę ich prośby dotyczące luzowania obostrzeń.

Zbuntowani

Na glebie ograniczeń zaczęły rosnąć rozmaite ogniska buntu – nie tylko przeciwko zamykaniu świątyń, ale na przykład przeciwko przyjmowaniu Komunii Świętej na rękę. Nadawanie magicznych właściwości Postaciom Eucharystycznym pokazało jak zabobonna i… średniowieczna jest wiara niektórych z nas. Oczywistym jest, że zysk z Komunii sakramentalnej dla duszy bezwzględnie przewyższa ryzyko, jakie niesie ryzyko zachorowania (przynajmniej w pryzmacie ekonomii człowieka wierzącego). Ale twierdzenie, że Święte Postacie są w jakiś magiczny sposób wolne od ryzyka przenoszenia chorób, jest po prostu błędne.

Nowe zalecenia dotyczące przyjmowania Komunii Świętej były okazją do pogłębionej katechezy wiernych, wyjaśnienia nie tylko gestu przyjmowania Eucharystii na rękę, ale także jego teologii. Tymczasem wielu kapłanów wiernych tradycji nawet nie wysiliło się, by wyjaśnić świeckim, jak przyjmować Komunię w czasach epidemii. Na szczęście w wielu kościołach to wyjaśniano i to pokazało jak wielu kapłanów czuje odpowiedzialność za duchową wrażliwość swoich parafian.

Tu i ówdzie słyszało się o kapłanach, którzy nie wierzyli w wirusa. Niektórzy z nich argumentowali to nawet w ten sposób, że nie wierzą w wirusa, bo go nawet nie widać. Nie wiem, czy dostrzegacie groteskę w tych słowach, bo przecież Boga też nie widać, ale dostrzegamy Jego działanie w historii zbawienia. Podobnie choć wirusa nie widać, to jednak miliony ludzi na świecie ciężko go przechodzi, a tysiące umiera.

Niektórzy brnąc dalej w ten zabobon, nie przestrzegali i nie przestrzegają zaleceń sanitarnych dotyczących limitu osób mogących uczestniczyć w nabożeństwach wewnątrz kaplic i kościołów. Niektórzy doczekali się srogiej kary, inni wciąż się o to proszą. To o tyle nie w porządku, że w wielu małych kościołach limit wynosił powiedzmy 25 osób, a w takiej o wiele mniejszej kaplicy z dużo większą frekwencją, posługujący kapłan twierdził, że „tu wirusa nie ma i możemy tu siedzieć, ile tylko chcemy”. Gdzie troska o zdrowie wiernych? I gdzie solidarność duszpasterska? Cóż, aż chciałoby się sparafrazować – Moja kaplica jest lepsza niż wasza bazylika.

Zrzucanie na Boga obowiązku zadbania o nasze zdrowie, podczas gdy my bezmyślnie je narażamy, nie jest wyrazem wiary, ale wystawianiem Boga na próbę.

Niektórzy też, tuż przed zamknięciem szkół, usilnie forsowali organizowanie uroczystości kościelnych, które to mogłyby odbyć się w spokojniejszym czasie, na przykład instalacja kanoników do lokalnej kapituły. Zastanawiałem się nad pobudkami, jakimi kierowali się duszpasterze, którzy niespełna miesiąc później całkowicie zamknęli kościół na czas Triduum Sacrum. Oczywistym jest, że na taką uroczystość zjeżdżają się kapłani z różnych środowisk ze zwykłej ciekawości, żeby zobaczyć nowych kanoników. Może nie zmusza, ale daje do zrozumienia Liturgicznej Służbie Ołtarza, że są konieczni na tej uroczystości. Koniec końców uroczystość odbywa się w bardzo ascetycznej oprawie – byleby zainstalować nowego kanonika. Rodzi się tylko pytanie – po co? Czy to na pewno na chwałę Bożą, czy dla zaspokojenia czyjejś pychy?

Często w dyskusjach pojawiało się i pojawia pytanie „a gdzie jest zaufanie Bogu?”. Otóż zaufanie polega na tym, że się z łaską Bożą współpracuje. A objawem tej łaski jest zdolność do myślenia, jaką Bóg dał człowiekowi. Zrzucanie na Boga obowiązku zadbania o nasze zdrowie, podczas gdy my bezmyślnie je narażamy, nie jest wyrazem wiary, ale wystawianiem Boga na próbę i żądaniem, by Ten uczynił cud na nasze, ludzkie wezwanie.

Pozytywy

Pozytywnym aspektem pandemii w Kościele jest poruszenie Internetu. Wiele parafii ta sytuacja zmotywowała do założenia parafialnej strony, fanpage'a na facebooku, kanału na YouTube po to, by być bliżej swoich wiernych. Choć papieże od lat zachęcali do ewangelizacji „cyfrowego kontynentu” to dopiero teraz wiele jednostek kościelnych zyskało swoją osobowość w Internecie, który stał się jedyną drogą głoszenia Chrystusa w tym czasie. Jako świecki muszę przyznać, że nieważne czy te działania były na poziomie najlepszych telewizji, czy mocno amatorskie, to każdy przejaw dobrych chęci postrzegam jako przejaw olbrzymiej życzliwości i troski o parafian i chcę za to kapłanom i tym, którzy się do tego przyłożyli, podziękować.

Zoom, WebEx, MS Teams, Facebook czy Messenger, a nawet TikTok okazały się areną ewangelizacji.

Na uwagę zasługują też inicjatywy wielu kapłanów, którzy prowadzili w tym czasie spotkania, korzystając z dostępnych platform. Aplikacje, które wykorzystywali do nauki zdalnej okazały się być świetną przestrzenią do prowadzenia spotkań grup formacyjnych. I tak Zoom, WebEx, MS Teams, Facebook czy Messenger, a nawet TikTok pewnie niekoniecznie w zamierzeniu ich twórców, okazały się areną ewangelizacji. Słyszałem o normalnych spotkaniach grup za pośrednictwem Internetu. Młodzież przygotowywała zdalnie Drogi Krzyżowe, które były transmitowane na parafialnych kanałach. Na messengerze codziennie omawiano fragment Słowa Bożego na dany dzień. Niektórzy kapłani zaczęli nagrywać filmiki na TiKToka, skłaniając do pytań młodszą publiczność.

Ciężko wymagać od starszych kapłanów, może nie tak obytych ze sprzętem komputerowym, korzystania z tych i innych narzędzi. Bardzo boli jednak fakt, że niektórzy młodzi kapłani zapadli się pod ziemię na te 3 miesiące, łącznie z brakiem odpowiedzi na inicjatywy młodzieży. To bardzo, bardzo przykre i obawiam się, że poskutkuje w czasie po pandemii.

Kochani Księża – jeśli nie było Was dla nas, świeckich, przez 3 miesiące, to nie dziwcie się, że poszliśmy tam, gdzie ktoś miał dla nas czas i go nam zagospodarował. To nie musiał być inny kapłan czy wspólnota. To mógł być Netflix albo HBO Go, to mogło być nowe hobby albo pornografia. To po części Wasze zaniedbanie i Wasz grzech. Pamiętacie pewnie dawne czasy, kiedy wieczorna grupa apostolska konkurowała w terminarzu z korepetycjami, treningiem, szkołą muzyczną czy spotkaniem ze znajomymi. W okresie lockdownu, kiedy młodzież zasadniczo siedziała w domu, była okazja, żeby przyciągnąć ich do wspólnoty. To trochę jak próbować złapać rybkę w akwarium siatką. Owszem, chwilę trzeba się nagimnastykować, ale w końcu się uda. Spróbujcie teraz złapać tą samą rybkę, tą samą siatką w oceanie możliwości, jaki otwiera się wraz z powrotem do względnej normalności.

Obrazki z pandemii

Ten czas pandemii na prawdę pokazał, jakimi chrześcijanami jesteśmy – jakimi kapłanami, jakimi świeckimi. Pokazał, jaka jest nasza wiara. I owszem, wiele „obrazków” można określić jako populistyczne, ale jest kilka, które zapadły mi głęboko w pamięć. Pierwszy, najmocniejszy to obraz samotnego, utykającego przez ciemny plac św. Piotra Papieża Franciszka.

(fot. Grzegorz Gałązka)(fot. Grzegorz Gałązka)

Ten obraz pokazał, jakim prochem jest człowiek wobec wielkości natury i potęgi Boga. Wołanie papieża w ten piątek – „Wielki” jak nazywały go niektóre media, nie było rozpaczliwe, ale pełne zaufania i gorącej wiary. Mnie osobiście jeszcze raz przypomniało, że wiara to nie Kościół, księża i obrzędy, ale RELACJA. Wszystko inne jest tylko sposobem jej wyrażania.

W pamięć zapadnie mi także zachowanie jednego z mieleckich proboszczów. Najpierw jego pełen emocji list, w którym pisał m.in.: "Posługę w konfesjonale będziemy pełnić wytrwale, nawet narażając się na niebezpieczeństwo. Z tej posługi nie wolno nam nigdy zrezygnować".

Te słowa bardzo, bardzo mną ruszyły. Ja wiem, że wielu księży też by to robiło. Ale czasem my, świeccy, my, ludzie, musimy usłyszeć, że ktoś jest w stanie się dla nas poświęcić, a nawet oddać życie.

Był taki moment kiedy w mediach społecznościowych zaczęły krążyć obrazki, jaki to Kościół jest bogaty, a nic nie dał na służbę zdrowia. Jakby w odpowiedzi na to nagłośnione zostały m.in. zrzutki kapłanów różnych diecezji na respiratory, a także kryzys w DPS-ie w Bochni, na który odpowiedział m.in. pochodzący z Mielca ks. Piotr Dydo-Rożniecki. Pewnie już poznaliście jego historię, ale to, co mnie urzekło, to, że ksiądz Piotr przecież był na urlopie, uziemiono go w Mielcu i mógł sobie wypoczywać. A tymczasem poszedł do miejsca, gdzie nie wiedział, co go czeka i tak naprawdę pchał się w paszczę lwa. Mógł pojechać do tego DPS-u, zarazić się i już nie wrócić. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, ale kto z nas mając do wyboru własną strefę komfortu i pożar, skoczyłby w ogień?

Wreszcie to, co przemawiało najbardziej – puste kościoły w trakcie największych świąt chrześcijaństwa. Miałem to szczęście, że mogłem uczestniczyć w celebracji Ciemnej Jutrzni podczas Triduum Sacrum. Z poprzednich lat pamiętam, że nigdy tłumów na nich nie było, ale ziejąca pustka i chłód kościoła był wręcz przejmujący. Z jednej strony cieszyłem się, że jako jeden z nielicznych mogę wejść do kościoła w tym czasie, pomodlić się przy ciemnicy, grobie, a z drugiej strony szukałem lekcji, którą chce nam Bóg przekazać. Rok wcześniej zastanawiałem się, co by było, gdyby Chrystus nie zmartwychwstał w którąś Wielkanoc i oto teraz okazało się, że to zmartwychwstanie zależy od nas. Od tego, czy opieramy świętowanie na koszyku i jajeczku, czy wewnętrznym nawróceniu.

A w międzyczasie…

W międzyczasie pojawił się jeszcze film braci Sekielskich. Potrzebny jak każdy inny o tej tematyce. Bolesny jak każdy przypadek cierpienia skrzywdzonych. Ale osobiście przyznam, że apetyt zaostrzony przez „Tylko nie mów nikomu” nie został zaspokojony przez „Zabawę w chowanego”. Osobiście wydaje mi się, że ten film nie był nakręcony dla dobra ofiar, ale znów przeciwko komuś, przeciw Instytucji. Potrzeba takiego uderzenia i poniesienia odpowiedzialności przez sprawców i tych którzy ich kryli, a więc współpracowali z nimi. Czekam na kolejny film. O tym czy ci, którzy byli najwyższymi z najwyższych, naprawdę nie wiedzieli. Ale prawdy i tak dowiemy się pewnie dopiero w wieczności.

Czy Kościół zmartwychwstanie?

O tym, że Kościół wcale nie umarł, świadczy fakt, że nie przestano udzielać sakramentów. W reżimie sanitarnym nadal sprawowano Eucharystię i Sakrament Pokuty, udzielano chrztów. W tym czasie uczestniczyłem chyba w najbardziej niezwykłym ślubie kiedykolwiek, a w tych dniach jesteśmy świadkami święceń kapłańskich dostosowanych do wymagań rzeczywistości. To wszystko pokazuje, że Kościół, tak jak ludzie go tworzący, jest elastyczny i umie się przystosować. Trzeba mu tylko nadać odpowiedni impuls.

W ramach „odmrażania” Kościoła wraca temat powszechnego udzielania sakramentów – I Komunii i Bierzmowania. Wiecie, tak sobie myślę, że to dobry moment na odejście od masowego ich udzielania do indywidualnej praktyki. Pojedyncze przypadki udzielania I Komunii Świętej dzieciom, bez wielkiej imprezy po Mszy, pokazują że da się odpowiednio ustawić priorytety z olbrzymią korzyścią dla dziecka. Przygotowanie do sakramentu i katecheza w dużej mierze zostało przeniesione na rodziców, którzy (w razie gdyby zapomnieli) są odpowiedzialni za religijne wychowanie swoich pociech (przecież to przyrzekali podczas zaślubin i chrztu).

Podobnie Bierzmowanie w dobie pandemii, gdzie zasadniczo to rodziny decydują, czy chcą żeby ich dzieci sakrament przyjęły teraz czy na przykład w przyszłym roku. Nie jestem zwolennikiem indeksów i „klasowego” przystępowania do tego sakramentu. Może warto by było w szkole zacząć uczyć religii, a przygotowanie do sakramentów przenieść do parafii, a przynajmniej część realnej odpowiedzialności za nie przenieść na rodziców i kandydatów? Wydaje się, że teraz to katechetom zależy na religijnym przygotowaniu kandydatów i scenariuszu uroczystości, a rodzicom na imprezie i żeby w ogóle się odbyła. Dziecko jest tylko dodatkiem, a sam sakrament wiórkami kokosowymi na torcie, którymi mało kto się przejmuje.

Mam też takie spostrzeżenie, że powinniśmy powoli zacząć przyzwyczajać się do widoku opustoszałych świątyń. Chyba nawet Benedykt XVI pisząc o małych wspólnotach z jakich odrodzi się Kościół, nie przypuszczał, że wszystko zacznie się od pandemii: "Z obecnego kryzysu wyłoni się Kościół jutra – Kościół, który stracił wiele. Będzie niewielki i będzie musiał zacząć od nowa, mniej więcej od początku. Nie będzie już w stanie zajmować wielu budowli, które wzniósł w czasach pomyślności. Ponieważ liczba jego zwolenników maleje, więc straci wiele ze swoich przywilejów społecznych".

Wielu ludzi odejdzie lub już to zrobili. Okazało się, że mogą „modlić się przez Internet”, więc nie będą potrzebowali realnej obecności sakramentów. Wielu pewnie obraziło się na Kościół i księży i też odeszli w poszukiwaniu własnej duchowości. Jeśli będą naprawdę otwarci i będą dobrze szukać – znajdą Boga prawdziwego.

Z obecnego kryzysu wyłoni się Kościół jutra – Kościół, który stracił wiele. Będzie niewielki i będzie musiał zacząć od nowa, mniej więcej od początku.

Tak jak wspomniałem – ten czas pokazał jaka jest nasza wiara, jak w realu kierujemy się miłością braterską. Pokazał czy chodzimy do kościoła z zabobonu czy z potrzeby serca. Czy „uprawiamy” Kościół dla własnych korzyści, czy dla zbawienia naszych wiernych. Pociski, jakie uderzały w tym czasie w Kościół, nie naruszyły jego struktury, może lekko uszczerbiły to, co zewnętrzne. Obyśmy tylko umieli sięgnąć głębiej, do Źródła. Zapuścili tam korzenie i z niego czerpali siłę wiary. Pozostając na skalistej powierzchni, szybko upadniemy.

Tekst pochodzi z bloga wierzew.blog.deon.pl. Chcesz zostać naszym blogerem? Dołącz do blogosfery DEON.pl!

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Jacek Prusak SJ, Sławomir Rusin
23,94 zł
39,90 zł

Dojrzała wiara to zgoda na obcowanie z Tajemnicą

Czy psychologia jest wrogiem wiary? A może doprowadzi do tego, że uwierzę głębiej? Czy wyznacznikiem bliskości z Bogiem są emocje? Co Pismo Święte mówi o orientacji seksualnej?...

Skomentuj artykuł

Czy Kościół zmartwychwstanie po epidemii?
Komentarze (0)

Skomentuj artykuł

Czy Kościół zmartwychwstanie po epidemii?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.