Jeden Smoleńsk, dwie Polski

Jeden Smoleńsk, dwie Polski
Pomnik ofiar katastrofy na warszawskich Powązkach (fot. PAP/Grzegorz Jakubowski)
Logo źródła: Dziennik Polski Piotr Legutko / "Dziennik Polski"

Myślę, że z czasem emocje opadną, a obraz będzie szlachetniał. Nawet Wawel dla Lecha Kaczyńskiego, dziś dla wielu źródło autentycznie przeżywanej zniewagi, zostanie w końcu powszechnie zaakceptowany. Z prof. Tomaszem Gąsowskim, historykiem o Smoleńsku rok po rozmawia Piotr Legutko.

Piotr Legutko: Jakie miejsce w historii będzie miała katastrofa smoleńska?

DEON.PL POLECA

Prof. Tomasy Gąsowski: To miejsce w dużej mierze wiąże się ze sposobem jej upamiętnienia. Pochówek na Wawelu stanowi świecką beatyfikację, coś absolutnie wyjątkowego. Choć pamięć Lecha Kaczyńskiego jest wciąż atakowana, a oceny polityczne jego działalności długo pozostaną niejednoznaczne, to on sam już zapisał się w historii. Co zresztą jest bardzo mocno i negatywnie przeżywane przez sporą część polskich elit. Bo to właśnie on, paradoksalnie, stanie się symbolem III RP. Przez sam fakt, że będzie jedynym przedstawicielem czasów nam współczesnych, który spoczął na Wawelu. On, skromny człowiek, a nie wielcy polityczni celebryci.

Że miał cechę niezwykle rzadko w dzisiejszych czasach spotykaną: autentyczną zdolność przywództwa, a także czytelną polityczną wizję. Tyle że polityka oceniamy przez pryzmat skuteczności, więc ta ocena musi wypaść skromnie. Jednak formułując ją należy pamiętać, że działał w niezwykle niesprzyjającym mu politycznie otoczeniu, co musiało wpłynąć na taki a nie inny bilans.

Zapewne przetrwa właśnie jego wizja Polski, zwłaszcza w całym europejskim kontekście. Myślę, że jej oceny będą w tym punkcie wyższe niż obecnie. Wtedy także jego pochówek na Wawelu okaże się jeszcze bardziej sensowny niż dziś się sądzi.

Przede wszystkim było to niezwykle ważne wydarzenie wpisujące się w całą panoramę naszych relacji z Moskwą, Rosją Sowiecką i Rosją nam współczesną. Wydarzeniu temu wielu Polaków nadało wymiar ofiary, która się tam dopełniła. Oto kolejna generacja polskich elit straciła życie. Ofiarna służba pełniona do końca – przez prezydenta i ludzi, których los z nim połączył, została dramatycznie przerwana. Polacy mocno się różnią, ale ta śmierć ich połączyła. I w tym historycznym łańcuchu zdarzeń naturalne jest odczucie, że ta śmierć obciąża Rosję. Jakiś rodzaj odpowiedzialności na nią spada.

To osobny wątek. Ale jest jeszcze druga warstwa tego mitu, bardzo niewygodna dla wielu ludzi niechętnych prezydentowi. Bo przez tę katastrofę idea, którą głosił, została niejako uświęcona. Nie jest już tak łatwo, jak poprzednio, ją teraz ośmieszać i deprecjonować, sprowadzać prezydenturę Lecha Kaczyńskiego do pasma błędów czy potknięć.

Wielu ludzi przecież całkiem otwarcie mówi: nie lubiliśmy go, był niebezpieczny, bo próbował Polskę urządzić w sposób, który nam gruntownie nie odpowiada. My – z różnych powodów – nie chcemy już Polski przesiąkniętej Sienkiewiczem, Powstaniem Warszawskim, różnymi rupieciami tradycji i niemodnymi dziełami kultury, które nie mieszczą się w naszym systemie wartości – powtarzają.

Dla jednych tak, ale dla innych nie. Dla nich to raczej pasmo bezsensownych zrywów, narodowych nieszczęść i klęsk. Wartości przaśnych i wstecznych, czegoś, od czego chcieliśmy się wreszcie odciąć, by zostać docenionymi przez polityczno–intelektualną Europę. I sukces był już w zasięgu ręki, ale ta katastrofa stała się potężnym bodźcem, który przesunął wahadło nastrojów społecznych w drugą stronę. Rozbudzonych wówczas nastrojów patriotycznych nie da się tak łatwo wyciszyć.

Tak. A rozmaite sensacyjne detale, dotyczące katastrofy, które wciąż się pojawiają, mają często charakter dezinformacyjny. Te wszystkie „wrzutki” nie są przypadkowe, przypominają szum urządzeń zagłuszających główny przekaz. Przykład – tajemnicza książka o katastrofie wydana przez oficynę ojców paulinów w Częstochowie, do której nikt się nie chce przyznać.

Mechanizm jest prosty. Najpierw sensacyjny news, który jest dementowany, by po jakimś czasie znów powrócić w nieco innej wersji. I tak, aż do znudzenia. Przypomnijmy sobie choćby legendę o „borowcach” broniących przez cały dzień ciała prezydenta przed Rosjanami. Zdementowaną, niesłusznie, bo BOR powinien taką legendę wspierać, zwłaszcza iż rzeczywiście ciało, znalezione ok. godziny 15.00, było przez kilka godzin pilnowane przez naszych żołnierzy, którzy nie chcieli go wydać rosyjskiej milicji.

By mit ośmieszyć i ograniczyć jego oddziaływanie, jeśli nie da się go całkiem unicestwić. Pozostawić jedynie opowieść o katastrofie lotniczej spowodowanej przez niedbalstwo otoczenia prezydenta. Nie strony polskiej jako całości, ale właśnie wąskiego kręgu ludzi, w tym samego prezydenta, którzy się uparli, by 10 kwietnia koniecznie znaleźć się w Katyniu, choć polski rząd odradzał. Minister Sikorski przecież mówił publicznie: „nie radzę prezydentowi lecieć do Smoleńska”. Jak zatem można mówić o winie rządu?

Jeśli chodzi o obóz prezydencki ta wina jest niewielka. Bo przecież już w połowie stycznia do kancelarii premiera zgłoszono chęć wyjazdu do Katynia. Potem cała odpowiedzialność za przygotowanie tej wizyty spoczywała na kancelarii premiera. Tu były wszystkie instrumenty. Prezydent nie ma ani swoich służb dyplomatycznych, ani własnego samolotu. Oczywiście mógł z tej wizyty zrezygnować, pytanie tylko, dlaczego miałby to robić? Wchodziła w rachubę jedynie pewna korekta, aby nie lecieć, tylko jechać pociągiem, w pielgrzymce z rodzinami katyńskimi. Brano takie rozwiązanie pod uwagę, o jego odrzuceniu zadecydował zbyt długi czas podróży.

Ubiegłoroczna wizyta premiera w Rosji, przed katastrofą, jest tego bardzo dobrym przykładem. Rosjanie byli wtedy przekonani, że Tusk będzie kandydował na prezydenta i zręcznie zagrali na niego. Rosyjski ambasador w Warszawie długo twierdził, że Moskwa nic nie wie o planach prezydenckiej wizyty. Natomiast reakcja polskiego premiera była dalece nieodpowiedzialna, bo trudno inaczej nazwać natychmiastowe przyjęcie zaproszenia.

Można rozważać odpowiedzialność Rosjan, nie tyle w sensie celowych działań, co raczej świadomych zaniechań. Rosjanie są niewątpliwie w dużym stopniu beneficjentami tej katastrofy. Chyba jednak nie w takim, by opłacałoby im się zamach zorganizować, natomiast korzyści z jego owoców czerpią i jeszcze długą czerpać będą. Po pierwsze, nasze wewnętrzne pęknięcie jest im na rękę. Po drugie, niesprzyjające im środowisko polityczne zostało wyciszone. Po trzecie, okazało się, że mimo naszej integracji z Europą, wciąż można na Polaków działać metodą kija i marchewki i tak wpływać na kierunek naszej polityki, by był on dla Rosji korzystny.

Myślę, że raczej to drugie, ale obawiam się, że te zabiegi są już mocno spóźnione. Był taki czas, kiedy zwrócenie się o pomoc międzynarodową byłoby odebrane jako coś wręcz naturalnego, ale ten czas już minął. MAK swój raport ogłosił, jego wersja wydarzeń poszła w świat i sprawę uważa się powszechnie za zamkniętą. I teraz, jeśli nawet kiedyś ogłosimy, że jednak było inaczej, to nie wzbudzimy już większego zainteresowania.

Tu możemy się jeszcze sporo dowiedzieć od Amerykanów. Generał Walter Jajko (były dowódca operacji specjalnych Sił Powietrznych USA) ma dostęp do niezwykle ważnych materiałów Narodowej Agencji Bezpieczeństwa, która kontroluje wszystko, co pozostaje w jej zasięgu satelitarnym. Bardzo możliwe, że coś w tę sieć złapali, nawet nie celowo, a przypadkowo. I to może nas nieco przybliżyć do odpowiedzi na pytanie, co się naprawdę wydarzyło 10 kwietnia.

Załóżmy, że będzie to prawda z jakichś powodów dla nas niewygodna. Wtedy część osób przyjmie to do wiadomości, ale część stwierdzi, że to na pewno fałsz, bo przecież był zamach. Raczej należy się spodziewać, że będzie podobnie jak z okolicznościami śmierci generała Sikorskiego. I wielu innych podobnych katastrof.

Myślę, że nie. To jest mit ofiarnej służby dla Polski przypłaconej życiem. Tylko tyle i aż tyle. Nie potrzeba dowodu, że zostali celowo zabici, że polegli.

Jedna strona politycznego sporu jest tym bardzo zainteresowana. Najchętniej, jak to czynią kibice, gdy naszej drużynie wbiją kolejnego gola, chcieliby zaintonować: „Polacy, nic się nie stało!”. Ale dla drugiej mit Smoleńska stał się nowym mitem założycielskim. Nawet nie chodzi o PiS, ale szerzej, o cały obóz patriotyczno–niepodległościowy. Ale aby mit działał, trzeba ten Smoleńsk wciąż przypominać. Czynić z niego znak niezgody na różne rzeczy, które dzieją się w Polsce czy wokół Polski.

Zgadzam się z tezą, że Smoleńsk pokazał całkowitą niemoc polskiego państwa. Zastanawiam się tylko, kogo dziś państwo, jako struktura wspólnotowa, tak naprawdę interesuje. Na co dzień myślimy o jakimś konkretnym fragmencie państwa, zwłaszcza gdy nas uwiera, źle działa. Natomiast ludzi, których dręczy troska o państwo jako dobro wspólne, nie ma chyba zbyt wielu.

Powódź to dobry przykład na to, o czym mówię. Na myślenie o państwie, które w jakimś fragmencie nas zawodzi. Wtedy krzyczymy. Ale gdy sytuacja wraca do normy, państwo przestaje nas interesować. To znaczy nie ma refleksji: teraz się udało wyjść z opresji, ale zróbmy coś, by to państwo zaczęło wreszcie lepiej funkcjonować. W tym sensie za stan państwa odpowiedzialność ponosi nie tylko władza, ale po części my, obywatele. Tyle że nas interesuje głównie tylko to, co bezpośrednio nas dotyczy w danym momencie.

Jarosław Kaczyński kiedyś powiedział w kontekście katastrofy: „gdybym ja był premierem, to bym do tego nie dopuścił”. Jest to zdanie kompletnie fałszywe. Wizyta by się odbyła, jej realia byłyby takie same i premier by na to wielkiego wpływu nie miał, może pogoda byłaby lepsza. I na tym polega dramatyzm całej sytuacji. Mówimy o pewnym mechanizmie, który źle funkcjonuje, o konstrukcji, która jest źle zbudowana. Dopóki nie ma większych zagrożeń, zawiązana sznurkiem jakoś się trzyma. Chwieje się, ale trzyma. Do czasu.

To były raczej nadzieje na odmianę, niż głębokie przekonanie, że tak się stanie. Nadzieje podobne do wyrażanych po śmierci Jana Pawła II. Wtedy też były elementy pojednania, próby otwarcia się na siebie. Tyle że wszystko to działo się w sferze emocji, które mają to do siebie, że szybko opadają.

Można zapytać, dlaczego tak łatwo dało się ten wektor zmienić? I tu wracamy do kwestii podziału wewnątrz społeczeństwa, który jest chyba jednak czymś trwałym i który łatwo było w tej sytuacji odświeżyć. Mamy dwie strony, a każda ma inną koncepcję, inną wizję Polski.

Zdecydowanie tak.

Może nie tylko politycy, bo i publicyści na pewno mają tu swój udział. Nawiasem mówiąc, opinie Polaków kształtowane są w dużej mierze przez elity. Wpływają one na społeczne nastroje w stopniu chyba nieporównywalnym do innych krajów. W Polsce są środowiska złożone z ludzi, którzy nie pełnią żadnych funkcji publicznych, ani nawet nie dysponują wielkimi pieniędzmi, a jednak potrafią skutecznie kształtować realny świat zachowań politycznych, modelując go w pożądanym przez siebie kierunku.

Ale wracając do pytania: te różnice tkwią w nas, bardziej w warstwie kulturowej niż politycznej. I nie jesteśmy dziś w tym szczególnie wyjątkowi, że odwołam się do doświadczeń historycznych. Dwie Polski, dwa modele Polaków, a co za tym idzie dwie formuły tożsamości to rzecz w naszych dziejach nie nowa. Targowica, noc listopadowa 1830 r. czy sierpień 1914 – to czas, gdy naprzeciw siebie stały dwie Polski, dwa rodzaje patriotyzmu. I jeszcze jeden ważki przykład to gwałtowne starcia Polaków po wyborze prezydentów: II RP Gabriela Narutowicza i III RP Lecha Wałęsy. Także spór o pochówek na Wawelu miał już wcześniejsze odsłony. Być może jest w nas coś takiego, że w wymiarze kulturowym dziedziczymy taką lub inną wrażliwość, która w szczególnych okolicznościach eksploduje.

Był kiedyś taki filozof Tadeusz Kroński, który na przełomie lat 40. i 50. XX w. domagał się, aby za pomocą kolb sowieckich karabinów wybić Polakom z głowy różne mrzonki. Kolb już na szczęście nie ma, ale chęć, by porządkować głowy Polaków w sporej części wpływowych elit pozostała. Chcą koniecznie upodobnić nas do wszystkich innych, czyli… do nikogo konkretnie. Bo nie mamy przecież być podobni do Francuzów czy Niemców tylko do jakiegoś bytu idealnego Europejczyka. Trwa więc od lat intensywna praca nad stworzeniem nowej polskiej inteligencji. A jak warto przypomnieć, według definicji Jerzego Jedlickiego, tegorocznego laureata medalu Świętego Jerzego, inteligent, to ktoś, kto czyta „Gazetę Wyborczą,”, „Politykę” i „Tygodnik Powszechny”.

Nad nimi trzeba właśnie pracować.

Obawiam się, że jest to teza słuszna i nie ma od niej ucieczki. Mieliśmy bowiem niezwykłą sytuację jednego człowieka niejako w dwóch osobach. Jakaś istotna część Jarosława Kaczyńskiego legła w smoleńskim błocie. Trudno zatem sobie wyobrazić, by kiedyś odstąpił od zamiaru ukarania swojego politycznego oponenta, którego za tę śmierć w jakimś sensie obciąża. Czy słusznie, to osobna sprawa. Ale po pierwszych dniach, kiedy wydawało się, że ta żałoba jest wspólna i autentyczna – bo że taka była nie mam wątpliwości i wszystkie inne domniemania uważam za niegodne – coś pękło. Teraz mamy do czynienia z rozgrywką bardzo emocjonalną i osobistą. Wiele zarzutów jest w niej nieuczciwych. Można winić ten rząd za różne rzeczy, ale zarzucanie mu zdrady jest całkowicie bezpodstawne i na pewno Polsce nie służy.

 

To także pewna konsekwencja Smoleńska. Szeroko rozumiany obóz Jarosława Kaczyńskiego mówi: Komorowski to nie jest nasz prezydent, w zasadzie to nie jest nasze państwo, a my jesteśmy kimś w rodzaju dysydentów.

Przy wszystkich zastrzeżeniach wobec rządu i obecnego prezydenta nie widzę powodu, by aż tak daleko się posuwać. Uważam, że lider opozycji powinien – na przykład – brać udział w posiedzeniach Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Absurdalność sytuacji, do jakiej dochodzimy, pokazuje prosty eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie, że Jarosław Kaczyński wygrywa teraz wybory, a prezydent Komorowski zaprasza go, by powierzyć mu misję tworzenia rządu. I co, odmówi, bo nie uznaje mandatu prezydenta? A może wyśle po nominację Błaszczaka? Pomieszanie żalu osobistego i poczucia krzywdy ze stosunkiem do instytucji państwa sprawia, że coraz trudniej rozmawiać językiem racjonalnych argumentów.

Na pewno mamy opozycję dziwną. Jedne posunięcia Jarosława Kaczyńskiego wykazują ogromną determinację i wolę walki o zwycięstwo wyborcze, ale inne działania, czy raczej zachowania, sposób narracji, świadczą o kompletnym braku zainteresowania pozyskiwaniem poparcia społecznego niezbędnego do wygrania wyborów. Pokazują to sondaże. Nawet gdy Platformie spada poparcie, to PiS–owi nie rośnie. Ogromny elektorat negatywny Kaczyńskiego nie jest niwelowany. Do tego dochodzi kwestia koalicyjności. Z kim PiS miałby rządzić? Kto jest tego godzien?

Niewykluczone, że chodzi o czekanie na kolejne przesilenie, moment dziejowy, kiedy pod wpływem jakiegoś wielkiego wydarzenia ludziom łuski spadną z oczu i będą musieli dokonać właściwego wyboru. PiS dostanie 50 proc., stworzy rząd, a Tuska, Sikorskiego i Klicha postawi przed Trybunałem Stanu. Gdyby Kaczyński rzeczywiście tak myślał, byłoby to bardzo niepokojące.

To, co zrobiono w kampanii prezydenckiej, było jedyną, słuszną i uczciwą drogą. Nie zachęcano bowiem wyborców, by głosowali na człowieka, którego brat zginął w Smoleńsku, tylko na polityka: poważnego i odpowiedzialnego. Mówiono bowiem w tamtej kampanii nie o katastrofie, ale o państwie. To się jednak skończyło i teraz nie widzę większych szans na sukces obozu Jarosława Kaczyńskiego. Zastrzegam jednak, że do wyborów jest pół roku i mogą jeszcze wystąpić duże wahnięcia nastrojów.

Bardzo wyraźnie dokumentuje to sposób, w jaki teraz opłakujemy ofiary. Jak różnie chcemy je uczcić. Nie potrafimy oderwać się od polityki, by na coś wspólnego w tej sprawie się zgodzić. Jedni palą znicze, inni je usuwają, tu marsze, tam kontrmarsze. Najgorsza w tym nie jest sama różnorodność, ale to, że „nasze” obchody są przeciw „ich” obchodom. Brak wzajemnego szacunku i niemożliwość porozumienia w żadnej poważniejszej sprawie, to najsmutniejszy owoc Smoleńska.

Może stworzyć trzeci pochód?

Serdeczna pamięć o ofiarach, a jednocześnie zerwanie z wszystkim tym, co złego się po Smoleńsku w naszym życiu pojawiło. Pamięć, która umożliwia szanowanie ludzi o innej politycznej wrażliwości, bez przypisywania im niegodnych intencji.

Niestety. Jeśli jakiś wspólny wysiłek został podjęty, to w instrumentalizowaniu Smoleńska. Zabrali się za to wszyscy. Politycy, wyborcy, media, każdy po swojemu i dla własnych korzyści.

Że nie można odwracać się od życia publicznego, uciekać wyłącznie w prywatność. To, że jesteśmy podzieleni, nie znaczy, że należy stronić od aktywności obywatelskiej. Ona nie ma politycznej barwy. Aktywność obywatelska świetnie się sprawdza w małych, co nie znaczy mniej ważnych, sprawach. Znam wiele osób, które w takich niewielkich grupach coś robią, załatwiają konkretne sprawy dla dobra wspólnego, dla swojej gminy, miasta, dzielnicy.

Przede wszystkim bądźmy bardziej krytyczni wobec informacji, które do nas docierają. Media kreują emocje. Nie dajmy się podkręcać. Nie bądźmy niewolnikami jednego środka przekazu. Nie patrzmy na świat wyłącznie oczyma swoich ulubionych redaktorów, czy to z „Gazety Wyborczej” czy z „Naszego Dziennika”. Nie bądźmy niewolnikami „Szkła kontaktowego” albo Radia Maryja. Nie dajmy się formatować. Miejmy własne zdanie.

Tym bardziej że te społeczne podziały, choć bardzo głębokie, bo przebiegające nawet wewnątrz rodzin, nie są czymś nowym, wielokrotnie w przeszłości w Polsce występowały. I nie tylko w Polsce. Wojna domowa przydarzyła się przecież kolebce demokracji – Ameryce, także Hiszpanii. Pod koniec XIX wieku, po aferze Dreyfusa, wydawało się, że są dwie Francje. Nie jest więc tak, że każde społeczeństwo musi być monolitem. Podziały są czymś naturalnym, czasem tylko tworzą się bardzo wyraziste osie podziału, które rodzą gwałtowne napięcia. Ale to mija. Bieg czasu jest dla nas darem.

Myślę, że z czasem emocje opadną, a obraz będzie szlachetniał. Nawet Wawel dla Lecha Kaczyńskiego, dziś dla wielu źródło autentycznie przeżywanej zniewagi, zostanie w końcu powszechnie zaakceptowany.

Jesteśmy skazani na siebie, praktyka życiowa uczy, że dla normalnego ładu społecznego jest wręcz niezbędne, by coś robić wspólnie. I jest to możliwe. Po prostu pewne rzeczy, drażliwe kwestie, trzeba wtedy wyjąć poza nawias, nie wyładowywać swoich politycznych frustracji na oczach kogoś, o kim wiemy, że bliskie mu są zupełnie inne emocje.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Jeden Smoleńsk, dwie Polski
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.