Katecheta jak Mojżesz

Katecheta jak Mojżesz
(fot. flickr.com/ by More Good Foundation)
Logo źródła: Być dla innych Agnieszka Wojsz / "Być dla innych"

Wielu z nas katechetów doświadcza sprzecznych odczuć związanych z zawodem, który wybraliśmy. Na początku mojej pracy przeżywałam wewnętrzny konflikt z powodu tego, że za "mówienie o Bogu" biorę pieniądze. Na szczęście mądrzy ludzie wytłumaczyli mi, o co w tym wszystkim chodzi.

Istnieje jednak grupa nauczycieli religii, którzy są głęboko sfrustrowani tym, co muszą robić, skonfliktowani z uczniami, innymi nauczycielami, a nawet proboszczem. Ten konflikt często rozgrywa się na poziomie psychologicznym, duchowym. Zarzuty czy pytania nie zostają wypowiedziane, ponieważ w polskim społeczeństwie pokutuje przekonanie, że katecheta to taki pobożniś na usługach proboszcza, niepewny siebie, bo przecież jego los zależy od misji kanonicznej, o którą proboszcz będzie się ubiegał lub nie. Do tego dochodzi czasem rozczarowanie uczniami, którzy wcale o Panu Bogu słuchać nie chcą i towarzyszami z pracy, którzy czasem traktują katechetów jako zło konieczne, ledwo tolerowane.

DEON.PL POLECA




To, oczywiście, ciemna strona katechizacji, której nie wszyscy doświadczają. Wydaje się, że w dzisiejszych czasach niezbędna jest refleksja nad formacją samego katechety. Jaką postawę powinien przyjmować wobec wydarzeń, których doświadcza, a przede wszystkim, co czynić, aby katecheci nie popadali w wypalenie zawodowe, które w tym przypadku łączy się często z załamaniem duchowym i kryzysem wiary. Co czynić, abyśmy my - katecheci w swoich środowiskach byli faktycznymi przewodnikami po ścieżkach wiary? Kiedy o tym myślę, staje przede mną biblijny Mojżesz. Historia jego życia może posłużyć nam do osobistej refleksji nad swoim powołaniem.

Pobyt w Egipcie

DEON.PL POLECA

Dzieciństwo Mojżesza w Egipcie, jego dorastanie ze świadomością, że jest inny, w końcu zabójstwo w afekcie i ucieczka to wydarzenia, które zaważyły na jego całym życiu, także na relacji do Boga.
Każdy z nas niesie bagaż życiowych doświadczeń, porażek i sukcesów, dzieciństwa i mniej lub bardziej udanych związków z innymi. Nie zawsze uświadamiamy sobie jak przeszłe wydarzenia, historia naszego życia wpływa na nasz stan psychiczny i duchowy, a co za tym idzie, związki z innymi.

Katecheta może mieć doktorat z teologii, a nie potrafić przeprowadzić ciekawej katechezy lub po prostu porozmawiać z ludźmi bez wzbudzania w nich ambiwalentnych uczuć. Takie przypadki wcale nie są rzadkie, dlatego tak ważna w naszej pracy jest świadomość swoich mocnych i słabych stron, a przede wszystkim skonfrontowanie się z własnymi ograniczeniami i zmierzenie się z nimi. Katecheci zbyt często, gdy nie radzą sobie ze swoim wnętrzem i światem zewnętrznym, nie biorą pod uwagę podjęcia terapii psychologicznej. Nie chcą przyznać, że mają problemy, bo przecież katecheta powinien zawierzyć Panu Bogu i wszystkie sprawy rozwiązywać na modlitwie. Nie można odmówić tej tezie pewnej racji, jednak takie podejście skutkuje coraz bardziej sfrustrowaną kadrą katechetyczną. I uciekamy od problemów w codzienność, w której zapracowujemy się w szkole, parafii i na pielgrzymkach. Aktywizm ma nam pomóc zapomnieć o bólu, który nosimy, bólu nierozwiązanych spraw z przeszłości i zawiedzionych nadziei. I trwamy, ze sztucznym uśmiechem, popadając w cierpiętnictwo.

Pamiętamy jak wyglądało przyjmowanie misji wyprowadzenia ludu z Egiptu, jak bardzo Mojżesz nie czuł się na siłach, aby podjąć jakiekolwiek zadanie, a co dopiero zadanie powierzone przez Boga. Niskie poczucie własnej wartości, kompleksy i niechęć do zaryzykowania swoim dotychczasowym życiem, może skutecznie uniemożliwić nam pełnienie misji katechety. Bycie katechetą czy, jak wolą niektórzy, nauczycielem religii to misja, która musi nas kosztować. Może tak być, że niektórzy katecheci w ogóle nie podjęli misji, są wyrobnikami, którzy pracują, żeby przeżyć do pierwszego i, gdyby tylko mieli więcej odwagi, poszukaliby innej pracy. Ale większość z nas pracuje w tym zawodzie z przekonania i tylko czasem, kiedy piętrzą się trudności, zapominamy po co to wszystko.

W życiu katechety musi być obecna pamięć o chwili, kiedy zapłonął jego osobisty Krzew Gorejący i usłyszał Boże imię. Nauczyciel religii to świadek tego, że Bóg chce być obecny w ludzkiej historii, ponieważ sam potrafi odczytywać własną historię jako dar i znak Jego stałej obecności. Wtedy też będzie mógł być autentycznym głosicielem Zmartwychwstałego. Autentyczność to jedna z niewielu rzeczy, które jeszcze przemawiają do dzieci i młodzieży XXI wieku.

Spotkania z faraonem

Ileż upokorzeń przeżył Mojżesz, kiedy stawał na dworze faraona z zadaniem wprost absurdalnym: za jego przyzwoleniem wyprowadzić tanią siłę roboczą z Egiptu. A jednak stawał. W tym momencie już towarzyszyło mu poczucie misji i choć nieudolnie, to jednak pełnił wolę Bożą. No właśnie. Pomyśl drogi katecheto, ale szczerze, kto lub co w twoim życiu jest takim faraonem? Osobą, rzeczywistością, której się boisz, z którą nie chcesz się konfrontować, bo wiesz, że jesteś na straconej pozycji. Może to być dyrektor szkoły, ksiądz proboszcz, rodzic, sytuacja w klasie.

Pomyśl też, ile razy prosiłeś o wsparcie Boga, jak często modlisz się za tych, którzy cię upokarzają, odbierają chęć do wstawania rano. Bóg pomagał Mojżeszowi, dał mu m.in. Aarona, aby dzielił z nim misję i upokorzenia. A czy ty przyjąłeś pomoc, kogoś, kogo podsyła ci Pan do pomocy? Może wstydziłeś się porozmawiać z kimś o swoich trudnościach, żeby nie wypaść na słabeusza i niedojdę? Czy dość wytrwale szukałeś spowiednika, który pomógłby ci poukładać ten duchowy galimatias? Pomyśl, jesteś powołany do bardzo ważnej misji. Jak Mojżesz masz prowadzić dzieci, młodzież do Ziemi Obiecanej, którą jest Jezus Chrystus. Czy to nie dość, aby zgodzić się na swoją niemoc i szukać pomocy?

Pustynia

Wreszcie się udało. Wyszli. Pod wodzą Mojżesza do Ziemi Obiecanej. Wyszli i szli, szli, szli...

Zostałeś zatrudniony w szkole przez dyrektora z polecenia proboszcza, Kościół w osobie Biskupa zaufał ci nadając misję, teraz możesz wyprowadzić ludek szkolny z Egiptu niewiedzy, niewiary i obojętności. Przyznać trzeba, że odpowiedzialność jest duża. I tak jak na biblijnej pustyni piętrzą się problemy i niezadowolenie ludku. Ciężka droga, bardzo długi marsz, a tu stale coś nie tak. Niezadowoleni rodzice, bo przekonujesz do alb na 1. Komunię Świętą i uważają, że jesteś za gorliwy. A to pani dyrektor zabiera godziny religii, aby dzieci lepiej przygotować do testów; wreszcie opiekun stażu nie rozumie, że nie możesz pilnować dzieci na dyskotece w piątek, bo jest właśnie pierwszopiątkowa spowiedź w parafii i tam musisz pomóc.

Pustynia w szkole jest faktem. Katecheta, który nie ma wewnętrznej busoli na istniejące na niej oazy, nie przetrwa. Co może być taką oazą. Z doświadczenia wiem, że nic tak nie pomaga przetrwać trudności jak dobre relacje z uczniami. Uczniowie w mig ocenią czy ci na nich zależy i czy jesteś wobec nich prawdziwy, autentyczny. Jeśli taki jesteś, masz dzieciaki po swojej stronie i choć nie raz zbudują cielca, to jednak nie będą obojętni na twoje upomnienia. Inną oazą jest budowanie dobrych relacji w gronie pedagogicznym. Nigdzie nie jest powiedziane, że katecheta musi być "outsiderem". Pokaż, że jesteś profesjonalistą i potrafisz wiele, ale chętnie posłuchasz rad starszych koleżanek. Opowiedz żart, zainteresuj się dyskretnie chorą koleżanką. Proste ludzkie odruchy odarte z szatek "pobożności" potrafią czynić cuda. Dobrze, gdy oazą dla katechety potrafi być ksiądz proboszcz. Bardzo dobrze, tylko szkoda, że tak rzadko...

Mojżesz organizator

Mojżesz w swojej pustynnej misji stawał się człowiekiem odpowiedzialnym za powierzonych mu ludzi. Starał się zorganizować im życie codzienne. A nawet przedstawiał ich frustracje Bogu.

Myślę, że w tej mojżeszowej odpowiedzialności współczesny katecheta znajdzie impuls do działania. To działanie w szkole może wyrażać się przez okazywanie troski uczniom i nauczycielom. Katecheta, chyba bardziej niż inni nauczyciele, powinien być człowiekiem dla innych. Prawdziwa troska o ucznia, znajomość warunków, w których wzrasta, a nawet problemów, z którymi się boryka to punkt wyjścia do zaistnienia relacji zaufania między uczniem i nauczycielem. Zaufanie ucznia spowoduje, że będzie otwarty na treści, które przekazujemy - będzie zadawał pytania, ale też słuchał odpowiedzi.

Innym rodzajem pełnienia misji w szkole to włączenie się w organizowanie różnych imprez, nie tylko jasełek. Uczniowie i nauczyciele muszą wiedzieć, że kto jak kto, ale katecheta nie zawiedzie. Pamiętam jak w pierwszym roku mojej pracy zaangażowałam się w prace Samorządu Szkolnego i wydawanie szkolnej gazetki. Po krótkim czasie miałam uczniów i nauczycieli po swojej stronie i wspólnie zdziałaliśmy wiele.

Mojżesz prawodawca

Mojżesz i jego tablice - dar od Boga. Prawo Boże przyniesione przez Mojżesz nie od razu się spodobało. Lud wolał tańczyć wokół złotego cielca niż przyjąć prawdę objawioną.

Słyszymy narzekania katechetów, że dyskoteki, studniówki w piątki, że na Mszę inaugurującą rok szkolny przychodzi garstka uczniów, że rekolekcje mijają się z celem, bo część młodzieży robi sobie w te dni wolne, a pani dyrektor zarządza rady pedagogiczne, korzystając, że katecheci i młodzież są w kościele; w końcu, że największą imprezą w szkole jest "Halloween". Narzekania nie przynoszą zmian, tylko kolejną frustrację.

Żeby młodzież nie oddawała czci złotemu cielcowi, należy być stanowczym jak Mojżesz. Pamiętacie jego gniew, gdy zobaczył imprezę wokół fałszywego bożka? Nie zachęcam, aby unosić się gniewem na uczniów i nauczycieli, ale stanowczość i jednoznaczność postawy katechety wobec wymienionych zjawisk jest czymś niezbędnym. Młodzież najczęściej nie ma złej woli, postępuje tak, bo nikt nie przekonał ich, że nie jest to dobra droga.

Katecheta może, najlepiej przy wsparciu proboszcza, omówić z dyrekcją szkoły newralgiczne punkty, w których katolicki ludek zapomina kim jest. Ale najważniejsza jest w tym wszystkim informacja. Lekcja religii to doskonały czas na wyjaśnienie dlaczego w piątek nie szalejemy na dyskotekach, a "Halloween" nie jest tak samo ważne jak Boże Narodzenie i w ogóle nie jest ważne. Nie rozpoczynajmy "krucjaty przeciwko ...", a akcję informacyjną.

Sprawdziłam - udaje się.

Na górze niebo

Biedny Mojżesz... napracował się, nachodził, namodlił, a i tak nie wszedł do Ziemi Obiecanej. Na co komu taka misja?!

Biedny katecheta... napracował się, nachodził, namodlił, a i tak nie ogląda owoców swojej misji. To chyba największa tajemnica powołania do pracy w Kościele, że tak rzadko możemy powiedzieć: "No, to mi się udało, ten to odnalazł Boga dzięki mojemu głoszeniu i zaangażowaniu". W głębi serca jednak wiemy, że lepiej to dla nas, że nie często widzimy swoje sukcesy. Pycha - przypisywanie sobie a nie Bogu zasług mogła by na zawsze uwięzić nas na górze Nebo, bez możliwości uczestniczenia w radości Nieba. A tak, pokora, której choćby odrobinki są w nas obecne, pobudza nas do dziękczynienia za możliwość bycia narzędziem w rękach Najwyższego, "Tego, który Jest". I tej pokory sobie i wszystkim katechetom życzę.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Katecheta jak Mojżesz
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.