Westerplatte Południa

Westerplatte Południa
(fot. MC =)/flickr.com)
Logo źródła: Dziennik Polski Piotr Subik / "Dziennik Polski"

Zostało po tamtych czasach pięć schronów bojowych, zwanych przez miejscowych nieco na wyrost fortami, w tym najmniej zniszczony "Wędrowiec". Została nadwątlona przez czas pamięć, na straży której stanęli przed laty Stanisław Suchanek, kiedyś działacz Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, obecnie Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej; jego syn Piotr - magister inżynier na bezrobociu, a ostatnio zafascynowani historią młodzi ludzie z Klubu Miłośników Oręża Polskiego "Lech" w Żywcu. Został Order Krzyża Grunwaldu III klasy nadany wsi "za czyny bohaterskie w walce zbrojnej z okupantem o wolność i niepodległość Polski", eksponowany obecnie tylko w herbie gminy. To i tak wiele, bo bitwa o Węgierską Górkę była ledwie epizodem kampanii wrześniowej. Choć epizodem tak ważnym, że ochrzczono ją mianem "Westerplatte Południa".

Żywiecczyzny przed hitlerowcami Stanisław Suchanek patrzył oczyma 10-letniego dziecka. Pamięta geodetów w mundurach, którzy z planami oraz mapami w rękach rozglądali się po okolicy: od Korbielowa po Jeleśnię. Pamięta saperów, których częściowo zakwaterowano w odlewni żeliwa w Węgierskiej Górce. - Dla nas, młodych chłopców, to była prawdziwa sensacja. Wojsko miało dobre konserwy, kawę zbożową - przecież bieda była jak cholera. Mleko wymieniało się na suchary - wspomina Stanisław Suchanek.

Szybko rozpoczęła się budowa składu, do którego równie szybko koleją zaczęto zwozić materiały budowlane: kamień, stal, cement, drut zbrojeniowy. Potem ściągnięto sześciuset junaków z hufców pracy. Na początku lipca 1939 r. zapadła decyzja o budowie rejonu umocnionego w Węgierskiej Górce. Czasu nie było wiele; po zajęciu Czechosłowacji w marcu 1939 r., wróg stał u bram kraju. A z Węgierskiej Górki w prostej linii do granicy na Hali Lipowskiej jest 12 km, do granicy w Zwardoniu - kilka więcej.

Umocnienia w Węgierskiej Górce oraz Przyborowie i Krzyżowej miały strzec dróg prowadzących z beskidzkich przełęczy w głąb kraju, wzdłuż doliny Soły. Miały, ale budowniczowie ich nie dokończyli. Mimo zaangażowania wojskowych, junaków, ludności, którą zatrudniono do transportu materiałów na place budów.

Powstały linie okopów, zapory przeciwczołgowe z szyn, ale z zaplanowanych szesnastu schronów bojowych w Węgierskiej Górce zdążono zbudować pięć. Pozostałe nawet nie wyszły nad ziemię.

Tak więc "Waligóra", "Wędrowiec", "Włóczęga", "Wąwóz" oraz "Wyrwidąb", bo tak nazwano schrony, miały być gwarancją, że wróg nie wedrze się do Polski. - Kiedy wybuchła wojna, były w stanie surowym. Nie miały wody, oświetlenia, wentylacji, łączności: ani telefonów, ani radiostacji. Nie było wież obserwacyjnych, sypano piasek do worków i tak tworzono obwałowania. Żołnierze znosili z gospodarstw słomę, żeby mieć na czym spać; pożyczali naczynia na wodę: balie, szafliki, wanienki dziecinne - mówi Stanisław Suchanek.

Forty, prócz "Wyrwidęba", 28 września 1939 r. obsadziła sformowana naprędce 151. kompania forteczna "Węgierska Górka" pod dowództwem kapitana Tadeusza Semika, uczestnika wojny polsko-bolszewickiej, żołnierza batalionu Korpusu Ochrony Pogranicza "Czortków". Razem siedemdziesięciu ludzi. Dowódca Grupy Operacyjnej Bielsko, gen. Mieczysław Boruta-Spiechowicz, widząc stan umocnień, powiedział im wprost: "Wyciągnęliście zły los". Zły los wyciągnęli też, jak pokazał czas, wszyscy inni obrońcy Węgierskiej Górki. Około 1200 żołnierzy - ściągnięty z Wileńszczyzny batalion KOP "Berezwecz", wzmocniony m.in. przez Batalion Obrony Narodowej "Żywiec" i niewielkie oddziały Straży Granicznej - stanęło oko w oko z piętnastokrotnie większymi siłami wroga.

Pierwszego września na Polskę

od strony Czadcy uderzyła 7. Dywizja Piechoty pod dowództwem gen. Eugena Otta. Świtem drugiego dnia walk Niemcy byli już w kontakcie ogniowym z fortami w Węgierskiej Górce. To ogień oddziału fortecznego sprawił, że musieli zaniechać ataku frontalnego i oskrzydlać polskie pozycje wzgórzami Beskidów. I wtedy, wobec braku szans na powstrzymanie oddziałów Wehrmachtu, padł rozkaz wycofania się Polaków w kierunku Oczkowa.

Tyle że nie wiedzieć czemu dotarł on tylko do schronu "Waligóra"; pozostałe nie zaniechały walki...

Nocą z drugiego na trzeciego września forty w Węgierskiej Górce, pozbawione wsparcia oddziałów liniowych, walczyły już w okrążeniu. Walono do nich z artylerii, na ich przedpolach toczyły się dramatyczne boje. Około godz. 8.30, w trzecim dniu wojny, skapitulował fort "Włóczęga", który znalazł się pod najcięższym ogniem Niemców. Potem atak skierowano ku "Wędrowcowi", bowiem w godzinach dopołudniowych fort "Wąwóz" sam zaprzestał ognia. Biała flaga na forcie "Wędrowiec", ostatnim z broniących się, zawisła ok. godziny 17. Obrona rejonu umocnionego "Węgierska Górka" dobiegła końca po niespełna dobie bezpośrednich walk, pochłonęła życie około 20 polskich żołnierzy, w tym na pewno siedmiu z załóg schronów bojowych. Pochowano ich najpierw na cmentarzu parafialnym w Cięcinie, a następnie - na polecenie okupanta - przeniesiono na cmentarz w Bielsku.

Niemcy na dobre zagościli na Żywiecczyźnie. - Strach był ogromny, nawet psychoza. Mieli wydłubywać oczy, puszczać krew, obcinać języki dzieciom. Nikt nie wiedział, co będzie - wspomina Stanisław Suchanek.

Jednak przeżył wojnę bez uszczerbku, jako świadek mógł przypominać walki następnym pokoleniom. Zwłaszcza że w ocenie historyków i wojskowych, m.in. ppłk dypl. Władysława Steblika, rodem spod Żywca, badacza dziejów Armii "Kraków" w wojnie obronnej 1939 r., były to walki o niemałym znaczeniu.

- To niedoceniany epizod kampanii wrześniowej. Dlaczego tak ważny? Bo gdyby nie

obrona fortyfikacji w Węgierskiej Górce,

Niemcy weszliby do Polski jak w masło. Odcięliby całe skrzydło Armii "Kraków", powodując rozbicie jej już w pierwszych dniach. A tak mogła wycofać się i nadal prowadzić walkę - aż po Tomaszów Lubelski. "Blitzkrieg" nie powiódł się Niemcom - uważa Piotr Suchanek, który pierwsze dni II wojny światowej na terenie Żywiecczyzny bada - amatorsko, ale z niezłym skutkiem - od 20 lat. A zaczęło się to przez przypadek.

Na książkę pod tytułem "Reporter der Hölle", którą napisał niemiecki propagandysta Georg Schmidt-Scheeder, Piotr Suchanek natrafił podczas pobytu w Niemczech. Przeżałował trzydzieści marek, bo w czarno-białej publikacji dostrzegł fotografie z walk o Węgierską Górkę. Odtąd wiele godzin, dni, tygodni, poświęcił badaniom historycznym. Gromadzi publikacje, mapy, a przede wszystkim wspomnienia uczestników zdarzeń, których ubywa z roku na rok - już zostało ich kilku; ich rodzin, naocznych świadków.

Mówi tak: - To jak układanie puzzli albo klocków lego, każdy element układanki musi pasować do siebie. Tylko wtedy uda się ustalić wszystkie szczegóły, choćby kto walczył pod Węgierską Górką, kim był, skąd się tu wziął i jakie były potem jego losy. Wcześniej, owszem, odwiedzałem forty nawet jako przedszkolak, ale nigdy bliżej się nimi nie interesowałem; stały to stały.

Inaczej, choć też przypadkowo, na głównego historyka Września '39 w okolicach Żywca wyrósł Stanisław Suchanek, z zawodu technik mechanik. Przy okazji kolejnej okrągłej rocznicy okazało się, że nie ma żadnych sensownych publikacji na ten temat. Same ulotki, kilkunastostronicowa broszura, artykuł w lokalnej gazecie; mało. Tak właśnie powstała książka "Obrońcy Węgierskiej Górki", wznawiane kilka razy kompendium wiedzy o Westerplatte Południa, spisane na spółkę z Piotrem Suchankiem i Michałem Zarwańskim.

To także Stanisław Suchanek, wraz z kilkoma innymi osobami, m.in. nieżyjącym już Andrzejem Gawłem, kilka lat po wojnie

zaopiekował się fortem "Wędrowiec".

Wcześniej nic się wokół niego nie działo; był niszczony, okradany, jak wszystkie. Stworzyli tam niewielką izbę pamięci.

- Każdy przynosił, co miał - elementy broni, umundurowania: bagnety, odznaki, hełmy. Na ścianie wyrysowany był przebieg walk, natarcia od Zwardonia, punkty oporu itd. - wylicza Stanisław Suchanek.

Fortem z czasem zaopiekowali się harcerze z Hufca ZHP im. Obrońców Węgierskiej Górki, a ostatecznie Klub Miłośników Oręża Polskiego "Lech". Niedługo stanie się filią tworzonego staraniem klubu Muzeum Czynu Zbrojnego Żywiecczyzny. Bowiem "Wędrowiec" to jedyny schron w Węgierskiej Górce, który można obecnie bezpiecznie zwiedzać. "Waligóra" zaniedbany, zasypany, schował się głęboko w lesie: być może będzie zaadaptowany dla turystów; na "Włóczędze" od pół wieku stoi... dom. "Wąwóz" wysadzili w powietrze Niemcy, niszcząc go w jednej trzeciej, a we wnętrzu "Wyrwidęba" ładunki wybuchowe zdetonowali na wiosnę 1968 r. żołnierze 6. Pomorskiej Dywizji Powietrzno-Desantowej z Bielska-Białej. Nie ma śladów, albo są głęboko w ziemi, po pozostałych kilkunastu fortach, które planowano zbudować.

To wszystko, co do współczesności zostało po Westerplatte Południa.

- Bunkier "Wędrowiec" to najlepszy pomnik tamtych czasów. Dzięki niemu budzi się świadomość, nawet w młodym pokoleniu, że działy się tu ważne rzeczy - mówi Artur Caputa, prezes KMOP "Lech", dowódca Grupy Rekonstrukcji Historycznej Batalion Obrony Narodowej "Żywiec", na co dzień pracownik Muzeum Miejskiego w Żywcu. A zaraz potem dodaje: - Patrząc na walki o Węgierską Górkę przez pryzmat całej kampanii wrześniowej, trzeba dobrać optykę. To jeden z epizodów; choć bardzo ważny, to jednak epizod. Ale pełen bohaterstwa, poświęcenia, również strachu, zwątpienia i zdrady.

Ta zdrada to morderstwo dokonane po kapitulacji "Włóczęgi" na kpr. Bolesławie Wiśniewskim przez strz. Edmunda Straucha, członka załogi tego schronu, działacza mniejszości niemieckiej w Polsce. Najpierw podczas oblężenia nakłaniał żołnierzy do poddania się, potem zastrzelił jednego z nich...

Nie wiadomo, kto pierwszy nazwał bitwę o Węgierską Górkę Westerplatte Południa. Czy rzeczywiście, jak sądzi Stanisław Suchanek, pisarz Jalu Kurek, który lata temu uczestniczył w obchodach rocznicy Września'39, czy może dziennikarz, który te obchody relacjonował. Mniejsza o to: liczy się przecież wydźwięk. Artur Caputa: - Chodziło zapewne o zwrócenie uwagi na zaciętość walk i opór żołnierza polskiego. Przecież walczący mieli świadomość, że sytuacja jest beznadziejna, że walka nie przyniesie zamierzonego skutku. Nic wielkiego by się przecież nie stało, gdyby kpt. Semik rozpuścił załogi schronów albo je poddał Niemcom. Ale obrał inny kierunek - walczył dopóki się dało. I była to walka tylko - albo aż - o honor.


Źródło: Westerplatte Południa, www.dziennikpolski24.pl

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Westerplatte Południa
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.