Znalazłem perłę

Znalazłem perłę
Znalazłem perłę Wyd. WAM
11 lat temu
Zdzisław Józef Kijas OFMCorw / Wyd. WAM

Wiara jest osią życia chrześcijanina, przyprowadza do Boga, daje początek nowemu myśleniu. Wiara nie zniewala, nie lekceważy rozumu. Wiara daje życie wieczne.

Tylko ten, kto żyje z wiary i karmi się jej mocą, nawet w chwilach trudnych, w obliczu cierpienia i niepowodzenia, w chwilach załamań i choroby, umie odnaleźć sens życia i ufnie spoglądać w przyszłość. Droga do wiary dojrzałej wiedzie przez przeszkody. By nie zejść z "właściwego szlaku", warto poznać rady zawarte w tej książce. Rozważania na temat wiary chrześcijańskiej ukazują też jej piękno, porównywane do piękna drogocennej perły.

Do mistrza przyszedł zupełnie załamany i sfrustrowany młody garncarz.

– Mistrzu – powiedział – życie jest dla mnie bardzo ciężkie. Bez przerwy mam jakieś problemy, trudności. Nie daję sobie rady. Jak już zdobędę dobrą glinę i wymieszam ją, to przy formowaniu garnka lub misy co druga się niszczy. Jak już te uformowane wypalam, to co druga pęka. Jak zaczynam je malować, to tylko na co drugiej wychodzi dobry wzór. Jak pokrywam glazurą i ponownie wypalam, na co drugiej pęka szkliwo. Jak potem ładuję na muła i objeżdżam wioski od chaty do chaty, aby sprzedać naczynia, zawsze połowa mi się rozbija i uszkadza. Jestem coraz bardziej zdenerwowany i roztrzęsiony i przez to niszczę coraz więcej naczyń. Ale najgorsze jest to, że ludzie nie chcą kupować moich wyrobów. Muszę zapukać do wielu drzwi, aby sprzedać choć jeden garnek, choć jeden dzban. To mnie denerwuje, jestem zły i nie potrafię zachęcić do kupna. Jestem zrozpaczony i nie mam już do tego siły. Tak bardzo chciałbym być zamożnym człowiekiem, ale widzę, że swoją pracą tego nie osiągnę.

– A ile kosztuje u ciebie garnek? – spytał mistrz

– Przeciętnie dziesięć drachm.

– Ile musisz zepsuć garnków, aby jeden nadawał się do sprzedania?

Po chwili zastanowienia garncarz rzekł:

– Średnio dziesięć.

– To ile jest wart jeden zepsuty, uszkodzony, rozbity garnek?

– Nic – odparł garncarz.

– Nieprawda. Jeden taki garnek wart jest jedną drachmę! Jeżeli źle uformujesz, źle pomalujesz, pęknie przy wypalaniu lub rozbije się przy przewożeniu, to zarobiłeś już jedną drachmę. Każdy uszkodzony garnek przybliża cię do dobrego. Rozumiesz?

– Nie.

– Każda porażka przybliża cię do sukcesu – kontynuował mistrz.

– Ale muszę go jeszcze sprzedać, a ludzie nie chcą kupować.

– Ile razy słyszysz odmowę? Do ilu drzwi musisz zapukać, aby sprzedać jeden garnek? – zapytał znowu mistrz.

– Do wielu.

– Do ilu? Ile razy musisz usłyszeć „nie”, abyś raz usłyszał „tak”?

– Przynajmniej dziesięć.

– To ile warte są dla ciebie jedne zamknięte drzwi? Ile zarabiasz przy jednej odmowie?

– Jedną drachmę – krzyknął uradowany garncarz, bo w końcu zrozumiał, o co chodzi mistrzowi.

Od tego dnia garncarz stał się innym człowiekiem. Gdy zepsuł dzban czy garnek, myślał: „Zarobiłem jedną drachmę” i spokojnie naprawiał swój błąd. Nie denerwował się, gdy coś zbił lub uszkodził – „Przecież zarobiłem jedną drachmę”. Gdy ktoś zamknął mu drzwi przed nosem, uśmiechał się serdecznie, mówił dobre słowo i zapowiadał, że przyjdzie jeszcze kiedyś, a w duchu dodawał: „Znowu zarobiłem drachmę”.

Powoli ludzie polubili uśmiechniętego i miłego garncarza. Kupowali u niego coraz więcej garnków, dzbanów i innych wyrobów. Były one funkcjonalne, ładne, dobrej jakości i starannie wykonane. Stopniowo garncarz zaczął zarabiać coraz więcej. Każde zamknięte drzwi lub odmowa miały dla niego wartość dwu, pięciu, a potem dziesięciu drachm, bo sława jego wyrobów stała się tak wielka, że pojedynczy gospodarze oraz wielcy kupcy przyjeżdżali do warsztatu i kupowali wszystko „na pniu”. Tak garncarz stał się zamożnym człowiekiem.

Bardzo pouczające opowiadanie. Naszym bogactwem jest wiara, dana nam w darze, niczym glina garncarza, z której ulepić możemy nasze życie, bogactwo, zamożność. Jest ona niczym drogocenna perła, lecz wymaga ze strony tego, kto ją posiada, dodatkowego oczyszczenia, aby mogła błyszczeć jeszcze piękniej, by również inni dostrzegli jej piękno. Lecz praca ta nie jest łatwa. Wymaga trudu i poświęcenia, a także nie lada cierpliwości i odporności. Ten jednak, kto się jej podda, zyskuje wiele. Zdobywa szczęście, radość życia, sens tego wszystkiego, co dokonuje się w nim oraz wokół niego. Tylko ten, kto żyje z wiary i karmi się jej mocą, nawet w chwilach trudnych, w obliczu cierpienia i niepowodzenia, w chwili załamań i choroby, umie odnaleźć sens tworzenia i ufność w spoglądaniu w przyszłość. Żyje nadzieją, której niewyczerpanym źródłem jest wszechmocny Bóg, umiłowany Syn Ojca i Duch Święty, który jest światłem na drodze. Nadzieja, która spływa od Boga, dodaje mu skrzydeł, aby wzleciał ponad pozorne trudności i spojrzał na wszystko z góry, z perspektywy Boga, który jest dawcą sensu.

Zapraszam więc na wyprawę po ścieżkach wiary – jej piękna, mocy, nadziei. Jak każda górska ścieżka, również ona ma łagodne lub ostre podejścia, różne wzniesienia czy załamania. Nieobce są jej trudności, lecz przede wszystkim nasycona jest pięknem. Pięknem drogocennej perły.

Samo widzenie nie wystarczy. Jest ważnym elementem drogi, wyznacza jej właściwy kierunek, udziela daru wizji życia, ale nie wystarcza. Potrzeba również słyszeć głos Tego, który mówi. Ale aby usłyszeć, musimy nie tylko nastawić uszu. Rzeczą istotną jest ponadto troska, aby zrozumieć intencję i pełne znaczenie słów. Czym jest słyszenie, jeżeli nie pokornym pochyleniem się na głos tego, który mówi? Ono jest schyleniem się przed tym, który w tym właśnie momencie posiada dar słowa, którym coś komunikuje, coś ważnego ma do powiedzenia. Łacińskie słowo humilitas, które w języku polskim oznacza „pokorę”, pochodzi od humus, co znaczy „żyzna gleba”. To ten rodzaj gleby, której zwykle nie dostrzegamy, ale która jest niezbędna, aby wyrósł plon. Jeżeli tylko zostanie odpowiednio nawodniona i użyźniona, jest gotowa przyjąć w siebie ziarno i przetworzyć je w obfitość plonu. Podobnie jest z naszą głową, jeżeli pochyli się w pokorze przed tym, który mówi, aby usłyszeć i przyjąć Jego słowo, to wówczas zapewnia również wzrost. Oto prawdziwe znaczenie pokory, z której wyrasta gotowość słuchania, będącej wyrazem naszej wolności. W pokorze oddajemy się drugiemu w milczeniu, gotowi słuchać, niczym żyzna ziemia, która przyjmuje ziarno, aby dać mu następnie wzrost.

 

Potrzeba milczenia i słuchania

W zwyczaju mnichów jest to, że często przebywają na pustkowiu, gdzie z dala od zgiełku i pokus świata poświęcają się modlitwie i medytacji. Któregoś dnia do takiej pustelni przybył zabłąkany wędrowiec i poprosił mnicha o łyk wody. Mnich zaprowadził go do dużej kamiennej stągwi, by ten ugasił pragnienie. Nieznajomy zaczerpnął kubkiem wody i napił się do syta. Pełen wdzięczności i nieco ośmielony zadał mnichowi pytanie.

– Powiedz mi, proszę, jaki sens ma życie w tej samotni? Po co to robisz?

– Popatrz na wodę – gestem wskazał stągiew. – Co widzisz?

Wędrowiec włożył głowę głęboko do środka, po czym ją podniósł.

– Nic nie widzę – odparł.

Po krótkiej chwili ciszy mnich powtórzył gest i pytanie: – Co widzisz?

– Widzę samego siebie – odparł nieznajomy. – I to jest odpowiedź na twoje pytanie – odrzekł mnich. – Gdy po raz pierwszy zajrzałeś do zbiornika, woda była wzburzona, bo przed chwilą zanurzyłeś w niej kubek. Nie zobaczyłeś niczego. Teraz jednak tafla wygładziła się i uspokoiła. W tym możesz poznać, jaki jest sens ciszy. Dzięki niej możesz ujrzeć samego siebie. A poznając siebie, poznasz najskrytsze tajemnice świata.

– Jak to możliwe? – zdziwił się wędrowiec. – Gdy twój umysł będzie tak spokojny jak tafla wody w stągwi albo jak tafla jeziora o wschodzie słońca, wtedy najmniejsze źdźbło trawy, najmniejsza muszka go poruszy, wywołując ogromne koła. Gdy twój umysł będzie wzburzony jak fale oceanu, to wpaść może nawet dziesięciotonowy głaz, a go nie dostrzeżesz.

Taki jest między innymi sens i znaczenie ciszy, milczenia, nasłuchiwania. Jest ono bardzo potrzebne, wręcz nieodzowne dla tego, kto pragnie żyć w prawdzie o sobie i o świecie. Potrzebuję milczenia, aby usłyszeć głos mówiącego do mnie Boga, aby wsłuchać się w Jego pragnienia względem mnie. Potrzebuję Go, aby móc się modlić. Wreszcie jest ono konieczne, aby mieć coś istotnego do powiedzenia. Potrzebuję dłuższych lub krótszych chwil milczenia, nasłuchiwania Boga, zanim zwrócę się do świata, zanim skieruję się do człowieka i zacznę mówić. Milczenie jest zawsze towarzyszem słowa. Słowo rodzi się z milczenia. W nim dojrzewa, staje się odpowiedzialne, buduje nową rzeczywistość i daje życie. W przestrzeni języka jest zawsze miejsce dla milczenia. Kiedy nie umiem lub nie chcę znaleźć czasu na milczenie, lekceważąc jego wartość, to tracę w ten sposób możliwość dojrzewania w sobie tego, co powinienem mówić, ranię samego siebie. Milczenie wprowadza w szczególny klimat Boga, upodabnia mnie do Niego. Dzięki niemu jestem w stanie na nowo zintegrować się, scalić się ponownie w harmonijną całość, którą rozbiły słowa, ich niekontrolowany nadmiar. Nadmiar słów rozszczepia wnętrze, rani je, rozprasza ducha. Kiedy ulegamy wielomówstwu, duch obumiera. Milczenie jest kluczem do głębi.

Milczenie towarzyszy człowiekowi przez całe jego ziemskie życie. Myśli, uczucia, pragnienia, życiowe plany, naturalne źródło jego czynów w nim mają swój początek. Zazwyczaj w milczeniu podejmuje się decyzje, które znajdują ujście w formie czynów, słów, zachowań. Istotnie, milczenie jest ważne. Lecz pomimo tego wiąże się ono z prostotą i tajemniczością. Niesie bowiem w sobie coś z misterium życia, towarzysząc mu niczym wierny przyjaciel. Milczenie można przeżywać, ale równie dobrze można go słuchać, dostrzegając jego działanie w całej złożoności form i kształtów. Pozostaje zawsze sobą i nigdy nie pozwoli się oswoić czy zracjonalizować, ująć w definicję czy szczegółowo opisać.

Kto chce zdobyć prawdziwy i trwały autorytet, musi najpierw nauczyć się milczeć, musi wypracować w sobie sztukę słuchania. Paul Claudel (1868-1955), francuski pisarz, powtarzał, że „słowo jest adoptowanym synem milczenia, dlatego święty Józef obecny jest na stronach Ewangelii, nie wypowiadając ani jednego słowa”. Milczenie Józefa rodziło Jezusa-Logos, Słowo odwiecznego Ojca. W ten sposób również autorytet Józefa nie wynikał z ilości wypowiedzianych słów, lecz z jego umiejętności przyjmowania woli Bożej. Milczenie zachowywała także Maryja, chowając „wiernie wszystkie te sprawy w swym sercu” (Łk 2, 52), pozwalając niejako, aby Słowo, któremu dała ziemskie życie, czyniło „postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi” (Łk 2, 52). W Jezusie, boskim Logosie, milczenie i język spotykają się najpełniej i stają się Miłością. Hymn miłości rodzi się z przeżywania miłości, która daje się obficie, bez pretensji, w cichości, w geście milczącym, jaki stanowi pełne miłości spojrzenie, objęcie, pocałunek, milczące podążanie obok osoby nam drogiej w tym kierunku, jaki ona wyznacza. Lecz najpełniej intensywność i owocność milczenia objawia się w duszach mistycznych.

Milczenie jest przywilejem wieczności. Język nakłada różne ograniczenia. Uświadamia mi moją ograniczoność i śmiertelność. Milczenie przeciwnie, wprowadza mnie w boski ład rzeczy, pozwala mi kontemplować piękno i mądrość Bożych zamysłów. „W milczeniu kurczy się dokuczliwa doczesność, rozpływa się czas i przestrzeń. Tętni ona wieczystym porządkiem. Milczenie wnosi w człowieka wieczyste zorganizowanie. Porządek ten przemawia w milczeniu jak nieskończoność”.

Milczenie uczy właściwego słuchania

Prawosławny teolog Paul Evdokimov (1902-1970) w swojej książce Walka z Bogiem napisał interesujące słowa:

Aby usłyszeć głos Słowa, musimy wiedzieć, jak wsłuchiwać się w Jego milczenie, a przede wszystkim sami musimy nauczyć się milczeć. Opierając się na własnym doświadczeniu, mistrzowie duchowi mówią bardzo jasno: „Jeśli człowiek nie potrafi wydzielić ze swego życia czasu na skupienie i milczenie, nigdy nie osiągnie wyższego poziomu [duchowego] i umiejętności modlitwy w miejscach publicznych. Milczenie, oczywiście, może być niekiedy jedną z form duchowej ucieczki, próbą zatuszowania dramatu bezsilności słów, świadomym, dobrowolnym trzymaniem w oddali problemów, które niesie życie. Lecz milczenie to również słowa właściwe, mądre, odpowiedzialne, słowa pełne miłości i troski, słowa wyrażające i przekazujące autentyczne życie. Kiedy moje ja milczy, drugi dochodzi do głosu, staje się podmiotem żyjącym. Jest słyszany.

Słowo, język jest czymś niezwykle osobistym. Jest muzyką, która stając się harmonią, posiada moc jednoczenia ludzi, budowania wspólnoty, tworzenia więzów jedności i wzajemnej solidarności. Kiedy jednak słowo zostaje wypowiedziane niewłaściwie, bez odpowiedniej wrażliwości na drugiego, wówczas zamiast harmonii tworzy chaos, kakofonię. Milczenie objawia swoje znaczenie właśnie tam, gdzie słowo objawia swoje ograniczenia.

Używanie słów wymaga rozsądku. Kto mówi zbyt dużo, nie zawsze jest w stanie wyrazić właściwie to, czego pragnie, i to mimo nadmiaru słów. Kto natomiast umie zachować milczenie, powstrzymać przez moment rodzące się w nim słowo, pozwalając mu dojrzeć, ten ma dar wyrażania się w sposób zwięzły i jasny. Musi jednak pamiętać, że jedno słowo może wyrazić znacznie mniej niż moment milczenia. Ważne to jest szczególnie dla kapłana, który jest głosicielem Słowa. Milczenie winno stać się dla niego adoptowanym dzieckiem.

Życie codzienne niesie bardzo wiele bogatych doświadczeń, zdarzeń, problemów. Pełno w nim spotkań i doznań. Bardzo wiele spraw i osób nas zaskakuje, a niekiedy wręcz przeraża. Nie zawsze stać nas, aby stawić im czoła, ocenić je i ustosunkować się do nich. Co wówczas robić? Wydaje się, że w takich sytuacjach warto wybrać milczenie, chwilę ciszy, zastanowienia. Milczenie staje się wówczas „słuchaniem” rzeczywistości, próbą odnalezienia sensu, który przekracza słowa, wyrasta ponad sytuacje i przerasta możliwości osoby. Osoba wierząca znajduje ostatecznie ów sens w Bogu. Odkrywa go w Jego nieskończonej i wiecznej miłości, która w istocie jest źródłem wszystkich sensów i wszystkich znaczeń.

Wiara rodzi się ze słuchania. Bóg mówi do swojego ludu przez Mojżesza: „Teraz, jeśli pilnie słuchać będziecie głosu mego i strzec mojego przymierza, będziecie szczególną moją własnością pośród wszystkich narodów, gdyż do Mnie należy cała ziemia” (Wj 19, 5). Myśl tę podejmuje autor Listu do Rzymian, który uczy, że „wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa” (Rz 10, 17). Wiara, będąc wyrazem miłości, aby wzrastać, potrzebuje odpowiedniego środowiska, którym jest milczenie. Wymaga przyjęcia postawy słuchania albo lepiej – wsłuchiwania się i wysłuchania drugiego. Jedną z największych wad, jakie ciążą na stosunkach międzyludzkich (ale także na relacji z Bogiem), jest niewątpliwie nieumiejętność czy wręcz niechęć słuchania. Ten ważny aspekt pominięto również w samym wychowaniu. Zasadniczo nie ma edukacji słuchania. W szkole uczymy się pisać, czytać, mówić, śpiewać, uczymy się odnosić z szacunkiem do innych, uczymy się kochać. W seminarium przyszli kapłani uczą się głosić kazania, animować grupy, pracować z ministrantami, z dorosłymi itd. Uczymy się sztuki uczenia się, ale nikt, albo tylko bardzo niewielu, nie uczy nas, jak mądrze słuchać, jak otwierać się na innych, aby pozwolić im mówić, aby usłyszeć wszystko, co chcą powiedzieć. Nie uczy się nas, że podarowanie słuchania jest równie ważnym gestem, jak podarowanie miłości drugiemu, że jest równie cennym lekarstwem na różne schorzenia, jak najlepsza medycyna. Pozbawieni tego przygotowania, jesteśmy gotowi sądzić, że mówienie jest bardziej konieczne i korzystniejsze od słuchania, że to, co mamy do powiedzenia, jest mądrzejsze i ciekawsze od tego, co mamy do usłyszenia.


Kijas Zdzisław Józef OFMConv, Znalazłem Perłę, Wydawnictwo WAM 2010

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Znalazłem perłę
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.