Bycie matką nie przekreśla marzeń

Bycie matką nie przekreśla marzeń
fot. 🇸🇮 Janko Ferlič / Unsplash
2 tygodnie temu
Logo źródła: WAM Dagmara Bożek

"Kiedyś myślałam, że nigdy nie będę miała dzieci, bo przecież to niemożliwe, żeby potem podróżować. Pojmowałam to jako przeszkodę. Ale zupełnie zmieniłam zdanie". Przeczytaj świadectwa matek-polarniczek, które nie zrezygnowały z życiowych pasji.

Pierwsza polska antarktyczna mama

Kiedy spotkałam się z Agnieszką Pociechą, pierwszą polską antarktyczną mamą, jej syn miał szesnaście lat. Moja rozmówczyni z dumą przedstawiła mi najmłodszego polarnika z Wyspy Króla Jerzego. Uśmiechnęliśmy się do siebie - w końcu byliśmy w tym samym miejscu na mapie.

- Nikt się takiej sytuacji nie spodziewał. Nie wiem, czego się można bardziej obawiać na zimowaniu - czy kobiety w ciąży, czy gościa chorego psychicznie, który lata z nożem - ze śmiechem zaczyna swoją opowieść Agnieszka Pociecha.

O ciąży dowiedziała się pod koniec całorocznego pobytu w stacji Arctowskiego. Nie podjęto decyzji o jej wcześniejszym powrocie do kraju. Czuła się dobrze, starała się właściwie odżywiać i ograniczać pracę w terenie. Pozostały do wyjazdu czas spędzała głównie w laboratorium na opracowywaniu wyników.

- Do końca życia nie zapomnę, kiedy po przyjeździe poszłam do swojej ginekolog. Stwierdziła, że jestem w trzecim miesiącu ciąży, i zapytała: "Była pani u lekarza?". A ja na to, że nie, bo lekarza tam nie było. Nie mogła wyjść ze zdumienia: "I pani przeżyła?". "Jak pani widzi!" - odpowiedziałam: "Dziecko jest, ja jestem, nic nam się nie stało. Wszystko było pod kontrolą, bezpiecznie i prowadzone odpowiedzialnie". Kierownik wyprawy był poinformowany, a gdyby coś się działo, to na stacji chilijskiej był szpital. To nie był koniec świata! - wspomina polarniczka

Choć był - pod względem geograficznym oczywiście.

Na razie Jerzy raczej nie chce być w przyszłości polarnikiem. Bardziej interesują go stosunki międzynarodowe, prawo i politologia. Kiedy był mały i marzł zimą, mama mówiła mu, żeby rozgrzewał dłonie, wkładając je pod pachy. Dokładnie tak jak w 2003 roku na jednym z antarktycznych lodowców, kiedy to jej zsiniały od zimna ręce. Była razem z Wiesławem Kołodziejskim, który kazał jej włożyć dłonie sobie pod pachy. Zadziałało - dosłownie i w przenośni, dając początek kolejnej, wspólnej antarktycznej historii.

Dom i rodzina są ważne

Macierzyństwo zmienia perspektywę, dlatego na udział w kilkumiesięcznych lub całorocznych wyprawach polarnych zazwyczaj decydują się kobiety bezdzietne lub te, które swoje dzieci już odchowały. Bezdzietność nie jest piętnująca. Często wiąże się z okresem przed założeniem rodziny. Natomiast "odchowanie" jest względne i wynika z indywidualnej decyzji każdej mamy, na ile dziecko poradzi sobie bez jej opieki przez pewien czas.

Kiedy Anna Kołakowska jechała w 1983 roku do Antarktyki na swoje pierwsze zimowanie, jej jedyna córka Magdalena była na drugim roku studiów medycznych. Była bardzo samodzielna, umiała o siebie zadbać, co jej rodzicom, wiecznie zapracowanym naukowcom, pomagało godzić życie rodzinne z zawodowym.

Po latach Anna Kołakowska przyznaje:

- Nie byłam taką mamą, jak powinnam. Nie należy aż tak pogrążać się w pracy, w naszym przypadku w nauce .Dotyczy to też mężczyzny jako ojca. My się zapędziliśmy. Wracaliśmy do domu, córka była sama z psem. Dlatego później mówiłam moim doktorantkom, że dom, rodzina są ważne. A czy da się to pogodzić z pracą w nauce? Chcę wierzyć, że tak, choć momentami jest to bardzo trudne.

Na wyprawy jeszcze będzie czas

W podobnej sytuacji była Katarzyna Jankowska, profesor uczelni na Wydziale Inżynierii Lądowej i Środowiska na Politechnice Gdańskiej, która naukowo zajmuje się mikrobiologią. Kiedy razem z mężem Tomaszem po raz pierwszy w 2005 roku pojechali na Spitsbergen na kilka miesięcy, ich córka Joanna miała dwanaście lat.

- Była naprawdę dużą panienką. Urodziła się, zanim zaczęłam studiować. Nasi rodzice byli przyzwyczajeni do tego, że praca wiąże się z długimi wyjazdami, ponieważ mój tata był marynarzem. Kiedy wyjechaliśmy na Spitsbergen, wzięli wnuczkę pod opiekę - wspomina Katarzyna Jankowska.

Po raz pierwszy okazja wyjazdu do Arktyki pojawiła się, kiedy studiowała oceanografię na Uniwersytecie Gdańskim. Działała w kole naukowym, z którym planowali miesięczną wyprawę nad Morze Białe. To był 1993 rok, córka miała trzy latka.

- Bardzo chciałam jechać, ale Joanka zachorowała. Poza tym to był długi wyjazd, a ona była bardzo mała. Stwierdziłam, że na wyprawy jeszcze będzie czas i miałam szczęście, rejony polarne na mnie "poczekały" - opowiada moja rozmówczyni.

Po 2005 roku tego czasu i okazji do wyjazdów okazało się dość dużo. Dzięki partnerskim relacjom w związku i pomocy ze strony rodziców pogodzenie pracy naukowej z życiem rodzinnym było możliwe. Zwłaszcza że Jankowscy w większości wypraw letnich na Spitsbergen, w tym jednym zimowaniu w ramach 36 wyprawy w latach 2013-2014, uczestniczyli wspólnie. W sezonie letnim 2008/2009 pracowali również w stacji Arctowskiego.

Swoją pasję i "gorączkę polarną" przekazali córce. Latem 2019 roku Joanna razem z rodzicami wzięła udział w letniej wyprawie naukowej, trekkingu wzdłuż zachodniego wybrzeża Nordenskjøld Land na Spitsbergenie, i chciałaby tam jeszcze wrócić.

Wiosną 2021 roku Jankowscy znów pojechali do Arktyki. Po raz dziesiąty.

Przygody śladami biedronek i jeży

Kiedy w maju 2020 roku rozmawiamy o tej tęsknocie z Magdaleną Puczko, biologiem, uczestniczką wypraw do Arktyki i Antarktyki, okazuje się, że wcale nie wiąże się ze smutkiem. Chroni piękne wspomnienia, wprowadza na zupełnie nowe ścieżki.

Początkiem polarnej przygody mojej rozmówczyni było antarktyczne lato na przełomie 1999 i 2000 roku, kiedy jeszcze jako Magdalena Owczarek uczestniczyła w 24. wyprawie. Na Wyspie Króla Jerzego prowadziła analizy chemiczne w koloniach pingwinów, eksperymenty w polarnej szklarni i obserwacje ptaków.

W kolejnym sezonie letnim wzięła udział w amerykańskiej wyprawie do stacji Copacabana. Tam przez pięć miesięcy w czteroosobowym zespole prowadziła badania ekologiczne w koloniach ptaków morskich, głównie pingwinów, a także monitoring ssaków. W 2002 roku przyszedł czas na Arktykę. Biolog spędziła wtedy trzy miesiące na Spitsbergenie, gdzie prowadziła badania w koloniach alczyków

Punkt zwrotny nastąpił w 2003 roku - urodzili się Kacper i Kajetan.

- Kiedy dowiedziałam się o wielkiej niespodziance, którą była ciąża i na dodatek bliźniacza, poczułam się, jakby mi skrzydła wyrastały - wspomina Magdalena Puczko. - Kiedyś myślałam, że nigdy nie będę miała dzieci, bo przecież to niemożliwe, żeby potem podróżować. Pojmowałam to jako przeszkodę. Ale zupełnie zmieniłam zdanie. Rozpoczęły się inne przygody - w zasięgu domu, śladami biedronek i jeży. Pełne zachwytów nad światem, który stwarzał się od nowa w oczach małych odkrywców. Chwile nie do zamienienia, które nie zabrały ani nie zastąpiły polarnej tęsknoty, tylko przyniosły nową perspektywę i inne emocje.

Magdalena Puczko przeniosła swoje polarne pasje na Wisłę. Rozpoczęła badania w ramach pracy doktorskiej i przez okrągły rok pływała łódką po najdłuższej rzece w Polsce. Okres zimowy najbardziej przypominał jej odległe rejony polarne - miała na sobie dokładnie taki sam ocieplany i wodoodporny pomarańczowy kombinezon Helly Hansen jak na wyprawach, padał śnieg i trzeba było łodzią omijać kry na rzece.

Do Polskiej Stacji Polarnej Hornsund zajrzała na dwa tygodnie w lipcu 2013 roku. Potem pojechała na cztery miesiące w 2014. Chłopcy mieli wtedy po jedenaście lat

- Nie miałam z tym problemu, że zostają w Polsce - uśmiecha się Magdalena. - Byli ze swoim tatą, którego wspierali jedni i drudzy dziadkowie. Mają dobre relacje z chłopcami, spędzali razem wakacje. Kacper i Kajtek byli tak zaabsorbowani, że nie mieli czasu ani ochoty ze mną rozmawiać na Skype. Przypomnieli sobie dopiero we wrześniu, kiedy mieli iść do szkoły.

Kiedyś myślałam, że nigdy nie będę miała dzieci, bo przecież to niemożliwe, żeby potem podróżować. Pojmowałam to jako przeszkodę. Ale zupełnie zmieniłam zdanie. Rozpoczęły się inne przygody - w zasięgu domu, śladami biedronek i jeży. Pełne zachwytów nad światem, który stwarzał się od nowa w oczach małych odkrywców. Chwile nie do zamienienia, które nie zabrały ani nie zastąpiły polarnej tęsknoty, tylko przyniosły nową perspektywę i inne emocje.

Mówi o sobie, że ma umiejętność wchodzenia w sytuację tu i teraz, chłonięcia wrażeń, jakich dostarcza rzeczywistość, bez tworzenia wielostronicowych scenariuszy na przyszłość. Dlatego, będąc na Spitsbergenie, nie została myślami w kraju. Cieszyła się każdą chwilą w Arktyce bez analizowania, czy jeszcze kiedyś tam wróci. Była w takim momencie życia, że potrzebowała szerszej perspektywy

Zrozumiała, że na razie nie ma potrzeby, żeby wracać.

- Poczułam, że wolę być tutaj. Chciałam patrzeć, jak chłopaki dorastają, bo to bardzo szybko mija. Tamto silne pragnienie odejścia na chwilę z kręgów rodzinno-domowych postrzegałam jak przerwę, która daje oddech. Wróciłam nasycona, zaspokoiłam swoją potrzebę i było mi dobrze.

Na powrót w regiony polarne jest otwarta - jeśli pojawi się na to przestrzeń i poczucie, że to właściwy moment.

Fragmenty książki Dagmary Bożek "Polarniczki"

 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Bycie matką nie przekreśla marzeń
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.