Katolik nie powinien bać się edukacji zdrowotnej. Dlaczego warto rozmawiać z dziećmi o seksualności?

Elżbieta Nowak

Nie ma tygodnia, a może nawet dnia, żeby w mediach społecznościowych w grupach skupiających osoby deklarujące się jako katolicy, nie pojawiały się nawoływania do wypisania dzieci z nieobowiązkowej części edukacji zdrowotnej, czyli edukacji seksualnej. Czy ktokolwiek z tych osób udostępniających dalej takie posty zadał sobie trud i przeczytał podstawę programową tego przedmiotu, czy tylko bazuje na przekazach jak się okazuje, wątpliwej wiarygodności (pomimo, że uwiarygadnianych przez autorytety)?

Wokół tego tematu narosło tak wiele emocji, że łatwo zapomnieć o rzeczy podstawowej: dziecko potrzebuje prawdy o swoim ciele, zdrowiu, relacjach i seksualności. Potrzebuje jej niezależnie od tego, czy wychowuje się w rodzinie wierzącej, czy niewierzącej.

DEON.PL POLECA

Co się stanie, jeśli rodzic zrezygnuje, ale Internet nie?

To jedno z najważniejszych pytań, które warto postawić. Nastolatek żyje dzisiaj w świecie, w którym informacje o seksualności są dostępne praktycznie natychmiast. Jeżeli nie otrzyma rzetelnej wiedzy od rodziców ani od odpowiedzialnych dorosłych, prawdopodobnie nie pozostanie w niewiedzy. Informację znajdzie gdzie indziej. W mediach społecznościowych. Wśród rówieśników. W przypadkowych materiałach internetowych. A czasem w pornografii.

I właśnie tutaj pojawia się paradoks: rodzic może wypisać dziecko z zajęć w przekonaniu, że w ten sposób chroni je przed seksualizacją, ale jednocześnie pozostawić je bez narzędzi potrzebnych do krytycznego rozpoznawania seksualizujących treści, manipulacji czy przemocy. Ochrona dziecka nie może oznaczać wyłącznie odcinania go od wiedzy. Musi oznaczać również wyposażenie go w zdolność rozpoznawania dobra i zła.

Wiedza nie jest zgodą na wszystko

Warto w tym miejscu rozdzielić dwie rzeczy, które w publicznej debacie bardzo często są ze sobą utożsamiane: rozmawianie z dzieckiem o seksualności oraz zachęcanie dziecka do podejmowania aktywności seksualnej. To nie jest to samo.

Można przecież powiedzieć dziecku, czym są granice osobiste, czym różni się dobra relacja od relacji opartej na presji i jak reagować, kiedy ktoś przekracza nasze granice – bez przekazywania komunikatu: „rób, co chcesz”. Wręcz przeciwnie. Dobra edukacja może być narzędziem wychowania do odpowiedzialności.

I tutaj chrześcijański głos powinien być szczególnie wyraźny. Jeżeli wierzymy, że seksualność jest ważnym elementem osoby, że ciało nie jest przedmiotem, a druga osoba nie jest narzędziem do zaspokajania własnych potrzeb, to dlaczego mielibyśmy bać się rozmowy na ten temat? Czy naprawdę chcemy, żeby pierwszą osobą, która wytłumaczy naszemu dziecku, czym jest zgoda, granica, intymność czy pornografia, był anonimowy twórca z TikToka albo przypadkowy wynik wyszukiwania?

Dziecko chodzi do szkoły, rozmawia z rówieśnikami, korzysta z telefonu, ogląda filmy, korzysta z Internetu. Nie da się stworzyć hermetycznej bańki, w której rodzic będzie w stanie kontrolować każdą informację docierającą do jego syna czy córki. Dlatego zamiast walczyć o to, żeby dziecko niczego się nie dowiedziało, może lepiej zadbać o to, żeby wiedziało, jak oceniać to, czego się dowiaduje. To jest przecież sedno wychowania. Nie wychowujemy dzieci po to, żeby przez całe życie chronić je przed światem. Wychowujemy je po to, żeby potrafiły w tym świecie dokonywać dobrych wyborów.

Kościół nie musi bać się faktów

Mam wrażenie, że w tej dyskusji katolicy czasami zachowują się tak, jakby każda rozmowa o seksualności była z definicji zagrożeniem dla wiary.

Kościół sprzeciwia się redukowaniu seksualności do technicznej instrukcji obsługi ludzkiego ciała. Nie sprzeciwia się natomiast temu, by młody człowiek wiedział, czym są granice osobiste, jak rozpoznawać przemoc, czym jest odpowiedzialność za drugiego człowieka, czy jakie konsekwencje mogą mieć decyzje dotyczące życia seksualnego. Przeciwnie – taka wiedza może być narzędziem odpowiedzialności.

DEON.PL POLECA

Rodzice mają pierwszeństwo. Ale pierwszeństwo nie oznacza izolacji

Katolicka nauka bardzo mocno podkreśla pierwszeństwo rodziców w wychowaniu dzieci. To właśnie rodzice powinni być pierwszymi wychowawcami. Familiaris consortio mówi wprost, że wychowanie seksualne jest podstawowym prawem i obowiązkiem rodziców. Jednocześnie dokument dopuszcza współpracę szkoły, która powinna działać pomocniczo i w duchu zgodnym z wychowaniem rodzinnym.

A zatem katolicka odpowiedź nie musi brzmieć: „szkoła nie ma prawa mówić mojemu dziecku niczego o seksualności”. Może brzmieć: „Chcę wiedzieć, czego szkoła uczy moje dziecko, chcę mieć możliwość rozmowy z nauczycielem i chcę, aby przekazywana wiedza szanowała moje prawo do wychowania go zgodnie z wiarą”.

To zasadnicza różnica. I temu celowi mają służyć zebrania z rodzicami, gdzie opiekunowie mają prawo zapytać o dokładną tematykę, Tylko to wymaga wysiłku. Łatwiej jest wysłać przez dziennik elektroniczny rezygnację z zajęć, niż przyjść i porozmawiać.

Kiedy ktoś mówi: „Nie podoba mi się konkretny zapis programu, mam wątpliwości dotyczące sposobu prowadzenia zajęć albo uważam, że pewne treści powinny być przedstawiane inaczej” – to jest przestrzeń do rozmowy. Ale czym innym jest krytyka konkretnego rozwiązania, a czym innym budowanie atmosfery strachu poprzez przekazywanie niesprawdzonych informacji. Jeżeli naprawdę zależy nam na dzieciach, powinniśmy wymagać od siebie czegoś więcej niż udostępnienia posta z chwytliwym nagłówkiem. Przeczytajmy dokumenty. Sprawdźmy źródła. Zobaczmy, czego rzeczywiście będą uczyć się nasze dzieci. A jeśli coś budzi nasze zastrzeżenia – rozmawiajmy o tym konkretnie. To jest znacznie trudniejsza rozmowa. Ale też znacznie bardziej uczciwa.

Być może potrzebujemy dzisiaj zmiany pytania. Nie: „Jak ochronić dziecko przed wiedzą o seksualności?” Ale: „Jak sprawić, żeby moje dziecko otrzymało prawdziwą, odpowiedzialną i adekwatną do wieku wiedzę o własnym ciele, relacjach i seksualności – i jednocześnie nauczyło się patrzeć na te kwestie przez pryzmat wartości, które chcę mu przekazać?” To jest pytanie, na które nie odpowiada się jednym kliknięciem „wypisz”. To wymaga obecności rodzica. Rozmowy. Czasem trudnych pytań. I być może właśnie tego najbardziej potrzebują nasze dzieci. Nie kolejnej wojny dorosłych. Potrzebują dorosłych, którzy nie boją się z nimi rozmawiać. Bo jeżeli my zrezygnujemy z rozmowy, rozmowę podejmie ktoś inny. A wtedy naprawdę możemy stracić wpływ nie dlatego, że świat powiedział naszym dzieciom za dużo, lecz dlatego, że my powiedzieliśmy im za mało.

Nie bójmy się rozmowy

Ostatecznie spór o edukację zdrowotną nie powinien być sporem o to, czyje dziecko ma wiedzieć mniej. Powinien być rozmową o tym, jakiej wiedzy potrzebuje młody człowiek, żeby bezpiecznie i odpowiedzialnie wejść w dorosłość.

Jako katolicy nie musimy przyjmować bezkrytycznie wszystkiego, co proponuje szkoła. Mamy prawo pytać, sprawdzać, zgłaszać wątpliwości i oczekiwać, że edukacja będzie szanowała prawo rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi wartościami. Ale mamy też obowiązek nie zastępować rzetelnej oceny programu lękiem, plotką czy informacjami, których sami nie sprawdziliśmy.

Wiara nie potrzebuje niewiedzy, żeby się obronić. Nie potrzebuje też wychowania opartego na przemilczaniu trudnych tematów. Potrzebuje prawdy, rozumu i relacji. Dlatego zamiast bać się samego słowa „seksualność”, warto nauczyć się o niej rozmawiać. Z dziećmi. Z nauczycielami. Między sobą. Także wtedy, gdy się różnimy. Bo wychowanie nie polega na tym, żeby odgrodzić dziecko od świata. Polega na tym, żeby dać mu takie wartości i takie narzędzia, dzięki którym będzie potrafiło ten świat rozumieć i dokonywać w nim dobrych wyborów. I właśnie dlatego katolik nie powinien bać się edukacji zdrowotnej. Powinien natomiast interesować się tym, czego jego dziecko jest uczone, rozmawiać z nim o tym i być dla niego pierwszym miejscem, do którego przychodzi z pytaniami.

Nie wygramy z Internetem, udając, że go nie ma. Nie ochronimy dzieci przed każdym trudnym tematem, zabierając im dostęp do wiedzy. Możemy jednak sprawić, że kiedy zetkną się z tym światem, nie będą zdane wyłącznie na niego.

I być może właśnie na tym powinna polegać nasza największa troska o dzieci: nie na tym, żeby wiedziały jak najmniej, ale żeby wiedziały wystarczająco dużo, by umieć wybierać dobro.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Katolik nie powinien bać się edukacji zdrowotnej. Dlaczego warto rozmawiać z dziećmi o seksualności?
Komentarze (10)
EM
~Ewa Maj
16 września 2026, 10:21
Przecież nie da się zakazać seksualności. Jest częścią życia. Dlatego lepiej o niej myśleć i rozmawiać niż udawać, że jej nie ma.
GM
~Gel Man
16 września 2026, 00:41
Tylko jeżeli podręczniki do tej tak bardzo upragnionej przez was edukacji seksualnej piszą znani aktywiści LGBT - to potem dzieciak będzie wam wyczyniał różności, które nie będą po waszej myśli. Kościół wskazuje wizję rodziny zgodną z Biblią, czyli z zamysłem Boga.
PH
Pawel Hoffmann
15 września 2026, 21:43
W Polsce w roku szkolnym 2025/2026 uczyło się ok. 4,9 mln uczniów w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych. Jeśli 70% z nich wypisało się z edukacji zdrowotnej, to nominalnie oznacza to około 3,43 miliona dzieci i młodzieży . Pani Ministra Edukacji wprowadza przedmiot jako obowiązkowy, bo nie może znieść porażki. Reprezentuje klub który ma 6% poparcia a chce decydować o rewolucji planetarnej i edukacji seksualnej, braku zadań domowych itd. Oczywiście winny Episkopat a te 3,43 mln rodziców tylko czeka na jego wytyczne..
EK
~Ewa Kowalska
15 września 2026, 21:22
Skandalem jest to, że pomimo sprzeciwu większości rodziców (w poprzednim roku 70 procent rodziców wypisało dzieci z edukacji zdrowotnej) temu rządowi wydaje się, że wie lepiej, co jest potrzebne dzieciom. Mam nadzieję, że ta buta władzy bardzo szybko obróci się przeciwko niej samej. I ta porażająca hipokryzja - minister Nowacka rozpoczynała swoje "rządy" z hasłem na ustach, że dzieci za długo siedzą w szkole, a remedium na tę sytuację okazało się dorzucenie kolejnej, zupełnie niepotrzebnej godziny przesyconej lewicową ideologią (tak, przeczytałam podstawę programową). I proszę nie kreować takiej narracji, że katolicy nie rozmawiają z dziećmi o seksualności.
JG
~Jefte Gileadczyk
15 września 2026, 15:05
Chyba inicjatorzy nie mają na celu tego, aby w ogóle nie uczyć dzieci o seksualności, ale o to, by nie uczyć najmłodszych o sprawach intymnych w sposób, jaki ukształtował społeczeństwo Sodomitów :)
BD
~Bo D
15 września 2026, 12:37
A moze w tym wszystkim chodzi o to, żeby sie bać seksualnosci, która jest gruncie rzeczy "przereklamowana". Odnoszę wrażenie, ze ludzie Kościoła mają na tym tle obsesję, przecież Dekalog to nie tylko 6. przekazanie.
AZ
~Alicja Z
15 września 2026, 12:32
Zadziwia mnie ten strach hierarchów Kościoła, a może niektórych katolików przed edukacja zdrowotną, a może by tak stworzyć ponownie listę książek zakazanych do czytania, bo ludzie są glupi, występni i niczego rozumieja?
TT
~Tomasz Tomasz
15 września 2026, 12:12
Przykład wstecznictwa: Australia jest na drodze do całkowitego wyeliminowania raka szyjki macicy jako problemu zdrowia publicznego do 2035 roku. Przyczyną raka jest wirus brodawczaka. W Polsce ponad 3300 kobiet rocznie słyszy diagnozę raka szyjki macicy, a około połowa z nich umiera z tej przyczyny. Polska ma jeden z najwyższych wskaźników zachorowalności i umieralności w Europie. Australia - niekatolicki i liberalny kraj pozbył się śmiertelnej choroby dzięki edukacji zdrowotnej, nowoczesnym szczepieniom, przesiewowym badaniom i profilaktyce. Nasz KEP zachowuje się jak przysłowiowe małpki z bajki: jedna nie chce widzieć, druga słyszeć a trzecia mówić.
TP
~Tylko Pytam
16 września 2026, 09:00
A ile teraz kosztuje pogrzeb katolicki?
KP
~katolik pomniejszego płazu
15 września 2026, 11:07
przecież tu chodzi o normalizację anomalii a nie przekazywanie takiej czy innej wiedzy. no ale na etapie amoris laetitia to może faktycznie nie ma już znaczenia