Katolik nie powinien bać się edukacji zdrowotnej. Dlaczego warto rozmawiać z dziećmi o seksualności?
Nie ma tygodnia, a może nawet dnia, żeby w mediach społecznościowych w grupach skupiających osoby deklarujące się jako katolicy, nie pojawiały się nawoływania do wypisania dzieci z nieobowiązkowej części edukacji zdrowotnej, czyli edukacji seksualnej. Czy ktokolwiek z tych osób udostępniających dalej takie posty zadał sobie trud i przeczytał podstawę programową tego przedmiotu, czy tylko bazuje na przekazach jak się okazuje, wątpliwej wiarygodności (pomimo, że uwiarygadnianych przez autorytety)?
Wokół tego tematu narosło tak wiele emocji, że łatwo zapomnieć o rzeczy podstawowej: dziecko potrzebuje prawdy o swoim ciele, zdrowiu, relacjach i seksualności. Potrzebuje jej niezależnie od tego, czy wychowuje się w rodzinie wierzącej, czy niewierzącej.
Co się stanie, jeśli rodzic zrezygnuje, ale Internet nie?
To jedno z najważniejszych pytań, które warto postawić. Nastolatek żyje dzisiaj w świecie, w którym informacje o seksualności są dostępne praktycznie natychmiast. Jeżeli nie otrzyma rzetelnej wiedzy od rodziców ani od odpowiedzialnych dorosłych, prawdopodobnie nie pozostanie w niewiedzy. Informację znajdzie gdzie indziej. W mediach społecznościowych. Wśród rówieśników. W przypadkowych materiałach internetowych. A czasem w pornografii.
I właśnie tutaj pojawia się paradoks: rodzic może wypisać dziecko z zajęć w przekonaniu, że w ten sposób chroni je przed seksualizacją, ale jednocześnie pozostawić je bez narzędzi potrzebnych do krytycznego rozpoznawania seksualizujących treści, manipulacji czy przemocy. Ochrona dziecka nie może oznaczać wyłącznie odcinania go od wiedzy. Musi oznaczać również wyposażenie go w zdolność rozpoznawania dobra i zła.
Wiedza nie jest zgodą na wszystko
Warto w tym miejscu rozdzielić dwie rzeczy, które w publicznej debacie bardzo często są ze sobą utożsamiane: rozmawianie z dzieckiem o seksualności oraz zachęcanie dziecka do podejmowania aktywności seksualnej. To nie jest to samo.
Można przecież powiedzieć dziecku, czym są granice osobiste, czym różni się dobra relacja od relacji opartej na presji i jak reagować, kiedy ktoś przekracza nasze granice – bez przekazywania komunikatu: „rób, co chcesz”. Wręcz przeciwnie. Dobra edukacja może być narzędziem wychowania do odpowiedzialności.
I tutaj chrześcijański głos powinien być szczególnie wyraźny. Jeżeli wierzymy, że seksualność jest ważnym elementem osoby, że ciało nie jest przedmiotem, a druga osoba nie jest narzędziem do zaspokajania własnych potrzeb, to dlaczego mielibyśmy bać się rozmowy na ten temat? Czy naprawdę chcemy, żeby pierwszą osobą, która wytłumaczy naszemu dziecku, czym jest zgoda, granica, intymność czy pornografia, był anonimowy twórca z TikToka albo przypadkowy wynik wyszukiwania?
Dziecko chodzi do szkoły, rozmawia z rówieśnikami, korzysta z telefonu, ogląda filmy, korzysta z Internetu. Nie da się stworzyć hermetycznej bańki, w której rodzic będzie w stanie kontrolować każdą informację docierającą do jego syna czy córki. Dlatego zamiast walczyć o to, żeby dziecko niczego się nie dowiedziało, może lepiej zadbać o to, żeby wiedziało, jak oceniać to, czego się dowiaduje. To jest przecież sedno wychowania. Nie wychowujemy dzieci po to, żeby przez całe życie chronić je przed światem. Wychowujemy je po to, żeby potrafiły w tym świecie dokonywać dobrych wyborów.
Kościół nie musi bać się faktów
Mam wrażenie, że w tej dyskusji katolicy czasami zachowują się tak, jakby każda rozmowa o seksualności była z definicji zagrożeniem dla wiary.
Kościół sprzeciwia się redukowaniu seksualności do technicznej instrukcji obsługi ludzkiego ciała. Nie sprzeciwia się natomiast temu, by młody człowiek wiedział, czym są granice osobiste, jak rozpoznawać przemoc, czym jest odpowiedzialność za drugiego człowieka, czy jakie konsekwencje mogą mieć decyzje dotyczące życia seksualnego. Przeciwnie – taka wiedza może być narzędziem odpowiedzialności.
Rodzice mają pierwszeństwo. Ale pierwszeństwo nie oznacza izolacji
Katolicka nauka bardzo mocno podkreśla pierwszeństwo rodziców w wychowaniu dzieci. To właśnie rodzice powinni być pierwszymi wychowawcami. Familiaris consortio mówi wprost, że wychowanie seksualne jest podstawowym prawem i obowiązkiem rodziców. Jednocześnie dokument dopuszcza współpracę szkoły, która powinna działać pomocniczo i w duchu zgodnym z wychowaniem rodzinnym.
A zatem katolicka odpowiedź nie musi brzmieć: „szkoła nie ma prawa mówić mojemu dziecku niczego o seksualności”. Może brzmieć: „Chcę wiedzieć, czego szkoła uczy moje dziecko, chcę mieć możliwość rozmowy z nauczycielem i chcę, aby przekazywana wiedza szanowała moje prawo do wychowania go zgodnie z wiarą”.
To zasadnicza różnica. I temu celowi mają służyć zebrania z rodzicami, gdzie opiekunowie mają prawo zapytać o dokładną tematykę, Tylko to wymaga wysiłku. Łatwiej jest wysłać przez dziennik elektroniczny rezygnację z zajęć, niż przyjść i porozmawiać.
Kiedy ktoś mówi: „Nie podoba mi się konkretny zapis programu, mam wątpliwości dotyczące sposobu prowadzenia zajęć albo uważam, że pewne treści powinny być przedstawiane inaczej” – to jest przestrzeń do rozmowy. Ale czym innym jest krytyka konkretnego rozwiązania, a czym innym budowanie atmosfery strachu poprzez przekazywanie niesprawdzonych informacji. Jeżeli naprawdę zależy nam na dzieciach, powinniśmy wymagać od siebie czegoś więcej niż udostępnienia posta z chwytliwym nagłówkiem. Przeczytajmy dokumenty. Sprawdźmy źródła. Zobaczmy, czego rzeczywiście będą uczyć się nasze dzieci. A jeśli coś budzi nasze zastrzeżenia – rozmawiajmy o tym konkretnie. To jest znacznie trudniejsza rozmowa. Ale też znacznie bardziej uczciwa.
Być może potrzebujemy dzisiaj zmiany pytania. Nie: „Jak ochronić dziecko przed wiedzą o seksualności?” Ale: „Jak sprawić, żeby moje dziecko otrzymało prawdziwą, odpowiedzialną i adekwatną do wieku wiedzę o własnym ciele, relacjach i seksualności – i jednocześnie nauczyło się patrzeć na te kwestie przez pryzmat wartości, które chcę mu przekazać?” To jest pytanie, na które nie odpowiada się jednym kliknięciem „wypisz”. To wymaga obecności rodzica. Rozmowy. Czasem trudnych pytań. I być może właśnie tego najbardziej potrzebują nasze dzieci. Nie kolejnej wojny dorosłych. Potrzebują dorosłych, którzy nie boją się z nimi rozmawiać. Bo jeżeli my zrezygnujemy z rozmowy, rozmowę podejmie ktoś inny. A wtedy naprawdę możemy stracić wpływ nie dlatego, że świat powiedział naszym dzieciom za dużo, lecz dlatego, że my powiedzieliśmy im za mało.
Nie bójmy się rozmowy
Ostatecznie spór o edukację zdrowotną nie powinien być sporem o to, czyje dziecko ma wiedzieć mniej. Powinien być rozmową o tym, jakiej wiedzy potrzebuje młody człowiek, żeby bezpiecznie i odpowiedzialnie wejść w dorosłość.
Jako katolicy nie musimy przyjmować bezkrytycznie wszystkiego, co proponuje szkoła. Mamy prawo pytać, sprawdzać, zgłaszać wątpliwości i oczekiwać, że edukacja będzie szanowała prawo rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi wartościami. Ale mamy też obowiązek nie zastępować rzetelnej oceny programu lękiem, plotką czy informacjami, których sami nie sprawdziliśmy.
Wiara nie potrzebuje niewiedzy, żeby się obronić. Nie potrzebuje też wychowania opartego na przemilczaniu trudnych tematów. Potrzebuje prawdy, rozumu i relacji. Dlatego zamiast bać się samego słowa „seksualność”, warto nauczyć się o niej rozmawiać. Z dziećmi. Z nauczycielami. Między sobą. Także wtedy, gdy się różnimy. Bo wychowanie nie polega na tym, żeby odgrodzić dziecko od świata. Polega na tym, żeby dać mu takie wartości i takie narzędzia, dzięki którym będzie potrafiło ten świat rozumieć i dokonywać w nim dobrych wyborów. I właśnie dlatego katolik nie powinien bać się edukacji zdrowotnej. Powinien natomiast interesować się tym, czego jego dziecko jest uczone, rozmawiać z nim o tym i być dla niego pierwszym miejscem, do którego przychodzi z pytaniami.
Nie wygramy z Internetem, udając, że go nie ma. Nie ochronimy dzieci przed każdym trudnym tematem, zabierając im dostęp do wiedzy. Możemy jednak sprawić, że kiedy zetkną się z tym światem, nie będą zdane wyłącznie na niego.
I być może właśnie na tym powinna polegać nasza największa troska o dzieci: nie na tym, żeby wiedziały jak najmniej, ale żeby wiedziały wystarczająco dużo, by umieć wybierać dobro.
Skomentuj artykuł