Kobieta pobłogosławiona i wielce zdziwiona

Kobieta pobłogosławiona i wielce zdziwiona
(fot. Johannes Jander / flickr.com)
6 lat temu
Ewa Wyrębska-Đermanović / bosko.pl

Od momentu ujrzenia dwóch kresek w okienku testu zastanawiałam się nad określeniem "stan błogosławiony" i nad tym, jak ono naprawdę ma się do realiów życia kobiety ciężarnej.

Oczywiście przychodziły mi na myśl takie oczywistości, że oto biorę udział w dziele stworzenia, że Pan Bóg przy mojej współpracy tworzy oto nowe życie. Pięknie, pięknie, ale na co dzień się o tym zbyt często nie pamięta. W końcu różne są ciąży okoliczności. Nie zawsze jest gotowość, zdrowie, siły, kasa… nie zawsze jest też ojciec, gotowy zaopiekować się mamą swojego dziecka. To są wszystko niezwykle ważne sprawy. Ja napiszę o mniej ważnych, ale za to codziennych, czasem bardzo uciążliwych.

"Błogosławieni" oznacza "szczęśliwi" i nie ma wątpliwości, że w szerszej perspektywie jest się jakoś tam szczęśliwym, bo rośnie nowy człowiek. No dobrze, ale w tym pięknym i podniosłym tonie mówienia o ciąży jest takie malutkie, ale dla mnie jednak dojmujące, kłamstwo. Kłamstwo przez niedopowiedzenie.

Nikt mi nie mówił, że nie będzie żadnej "magii" i że wcale nie będę "promienieć" tajemnicą życia. Zamiast radosnego oczekiwania przyszły nudności od rana do nocy, zaparcia, zgaga, a w nocy wstawanie do toalety trzy razy lub więcej. Zamiast pełni kobiecości kłopoty z równowagą przy zmienionym środku ciężkości oraz kilkudniowe migreny i ciągłe drobne infekcje spędzające sen z powiek. Najróżniejsze bóle i lęki. I wiele, wiele innych. Stałam się obrastającą tkanką tłuszczową i przyczepioną do fotela, spuchniętą, rozpłakaną i marudną potworą. Wbrew staraniom i własnej woli. To prawda i będę jej bronić, ale to nie jest jeszcze CAŁA prawda.

Zrozumienie bowiem przychodzi powoli. Tak jak powoli kruszyna pod sercem rośnie (a z nią i ja) i daje o sobie znać pociesznym bulgotaniem (nadal czekam na pierwszego kopniaka). Zrozumiałam zatem jedno ciekawe zdanie i mimo moich, nie będę ukrywać, dość dżenderowych poglądów, otworzyły mi się oczy na Bożą prawdę "dawanie życia jest drogą kobiety do świętości". Ja bym wyraziła to tak: "bycie matką jest ekspresową drogą do świętości, szczególnie dla opornych".

Patrzę bowiem wstecz na siebie przez ostatnich kilka miesięcy i oczom nie wierzę. Nałogi i używki, które tak trudno było mi zostawić wcześniej, łącznie z ukochaną kawusią co godzinę, porzucone bez żalu (lub przynajmniej bez dyskusji). Glutaminian sodu ograniczony do resztkowych ilości (to ten narkotyk w fast foodach i gotowych daniach). Przeproszone owoce i woda mineralna. Gimnastyka trzy razy w tygodniu. Nareszcie żyję zdrowo i, o dziwo, bez wysiłku. Tylko mąż mój dumny przeciera ze zdziwienia oczy. Na domiar tego (dobrego), wszelkie zalecone przez lekarza piguły (niestety tu i ówdzie wyszły ubytki w zdrowiu) łykam jak wzorowy hipochondryk, choć wcześniej miałam problem z dopilnowaniem zwykłej, tygodniowej kuracji antybiotykiem. Można? Można i to bez wysiłku, bo silnej woli, o ile siebie znam, nie mam ani za grosz. :)

To tak o szczegółach. A ogólnie? Wcale mi nie przeszkadza, że w jednym momencie życie zmieniło się moje życie już na zawsze. W moim przypadku jest to chociażby konieczność usiedzenia na miejscu, bo od lat na dłużej albo krócej lubiłam powłóczyć się po świecie. Wyjazd na kilka dni do teściów (1000 km w jedną stronę)? Nie, dziękuję, nie wolno mi się męczyć. Wakacje w ciepłym kraju? Nie mogę ryzykować. Superkonferencja za kilka miesięcy, kiedy będę już ciężarówką pow. 3,5 t? Nie ma o czym mówić. Wyjazd na kolejny staż? Może za kilka lat, może nigdy. A ja (głupia?) się jeszcze cieszę. Cieszę się na poród, choć słyszałam o bólu opowieści mrożące krew w żyłach, i to z pierwszej ręki. Cieszę się na nieprzespane noce i umęczone dni, kiedy moje dziecko wymagać będzie nieustannej opieki i uwagi. Cieszę się na nadejście autorytarnych rządów maleństwa w naszym domu i jestem mu już teraz bezwarunkowo posłuszna.

Nacieszyć się nie mogę i rozumiem w końcu, o co chodzi z tym stanem błogosławionym. Te hormony i instynkty, jak się je potocznie nazywa, to droga do mojego uświęcenia. Bóg, dzień po dniu, pozbawia mnie egoizmu i to bez mojego wysiłku. Tak po prostu, przez miłość. A przecież z tym maleństwem znamy się na razie tylko... ze słyszenia - ja słyszałam jego, ono słyszy moje bicie serca. Choć może ja mogę jeszcze powiedzieć "i trochę z widzenia", o ile obraz USG to wystarczające medium do zawarcia takiej znajomości. Takie "wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocy". A to dopiero początkowe miesiące. Amen.

Ps. Warto też dodać, że drogą do świętości dla mojego męża jest to, że (sama się dziwię!) nie zatłukł mnie jeszcze tępym narzędziem, tej rozbeczanej grubej terrorystki, za jej wszystkie “bardzo rozsądne" fochy, złości i lęki. Że jest cierpliwy, delikatny i że trwa.

Artykuł pochodzi z portalu bosko.pl

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Kobieta pobłogosławiona i wielce zdziwiona
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.