Chcesz przybliżać do Boga siłą? To nie ewangelizacja, tylko krucjata
Zadaniem chrześcijan jest głoszenie Ewangelii tam, gdzie żyją. Wielu z nas próbuje robić to w swoich środowiskach – w rodzinie, szkole czy pracy. Problem zaczyna się wtedy, gdy stawiamy siebie w pozycji lepszych od innych. Wtedy zamiast zaproszenia pojawia się nacisk, a ewangelizacja zaczyna przypominać swoją karykaturę.
Możemy dziś zetknąć się z dwiema skrajnościami w głoszeniu Ewangelii. Z jednej strony pojawia się pokusa “miłości bez zobowiązań", a więc sprowadzania wiary do zdania: "Bóg cię kocha mimo wszystko". I to jest prawda. Sęk w tym, że często na tym się kończy. Bez zaproszenia do odpowiedzi, bez konieczności konkretnych decyzji, bez nawrócenia.
Z drugiej strony mamy podejście zupełnie odwrotne. Takie, w którym pomija się miłość i miłosierdzie, a ich miejsce wypełnia lęk. Wiara sprowadza się wtedy do wizji Boga, który tylko czeka, by człowieka ukarać i potępić. W praktyce taka "ewangelizacja" polega głównie na straszeniu piekłem.
Niebezpieczeństwo polega na tym, że w obu przypadkach łatwo zgubić Ewangelię. Bo zamiast ją głosić, zaczynamy promować własną wizję wiary, Boga i Kościoła – często taką, która ma niewiele wspólnego z tym, czym chrześcijaństwo jest naprawdę.
"Jeśli się nie zmienisz, nie wracaj"
Jednak tym razem chciałbym zatrzymać się na moment przy tym drugim, skrajnym podejściu – opartym na strachu. To zjawisko w szczególny sposób ujawnia się w rodzinie. W każdej, nawet tej typowo wierzącej, są osoby, które omijają mury kościoła. Są to zarówno niewierzący, jak i ci, którzy nie przykładają większej wagi do przestrzegania wszystkich przykazań. I wcale nie chcę skupiać się właśnie na nich. Chodzi raczej o to, jak często w praktyce wygląda ich ewangelizacja, a właściwie to, w co potrafi się ona zamienić.
Można usłyszeć historie o rodzicach i synu czy córce, którzy stracili ze sobą kontakt po słowach: "Nie tak cię wychowaliśmy! Jeśli się nie zmienisz, to nie wracaj". Albo o dzieciach, które po miesiącach ciągłej krytyki po prostu wyprowadziły się z domu, by nie słyszeć nieustannego wytykania błędów, np. życia w związku niesakramentalnym. I wcale nie chodzi o to, żeby nie mówić prawdy Ewangelii – tej, która jasno wskazuje, co jest dobre, a co złe. Warto jednak zadać sobie pytanie: co w dłuższej perspektywie przynosi więcej dobra – słowne ataki i krytyka prowadzące do zerwania relacji, czy wypowiedzenie swojego stanowiska z jednoczesnym zapewnieniem o miłości?
"Biada tym, którzy manipulują religią"
Religia może stać się narzędziem wywierania presji na innych – najczęściej na tych najbliższych. Dzieje się tak wtedy, gdy ktoś zaczyna stawiać siebie w roli niepodważalnego autorytetu moralnego, przekonanego, że zawsze wie, co jest dobre, a co złe. Z czasem bliscy mogą zacząć traktować taką osobę jak punkt odniesienia, a nawet uzależniać się od jej opinii – nie z przekonania, ale z obawy przed oceną i osądem.
Ewangelizacja, która nie szanuje wolności i duchowej autonomii drugiego człowieka, przestaje być ewangelizacją. Zamiast tego zaczyna przypominać formę przemocy religijnej. Bardziej niż do głoszenia Dobrej Nowiny można ją porównać do krucjaty – działania opartego na nacisku i agresji. O niebezpieczeństwie takiego podejścia mówił papież Leon XIV podczas swojej podróży do Afryki: "Biada tym, którzy manipulują religią i samym imieniem Boga dla własnych korzyści militarnych, ekonomicznych i politycznych, wciągając to, co święte, w ciemność i brud".
Choć słowa Ojca Świętego odnosiły się do problemów globalnych, trudno nie dostrzec, że mają one także bardzo konkretny wymiar w codziennym życiu. Kiedy próbujemy na siłę zmieniać innych, łatwo przestajemy prowadzić ich do Boga, a zaczynamy sprowadzać na własną ścieżkę. A ta nie zawsze prowadzi tam, gdzie powinna, gdyż bywa oparta na naszych domysłach, lękach i prywatnej wizji wiary. Wtedy nie jest to już ewangelizacja, lecz manipulacja.
Ewangelia nie potrzebuje wojowników
O Bogu można mówić bardzo dużo, a jednocześnie oddalać od Niego ludzi – nawet tych najbliższych. Można też mówić mniej, ale żyć tak, że świadectwo postawy staje się silniejsze niż słowa. Może zamiast wywierać presję i osądzać dzieci, które nie chcą zdecydować się na ślub kościelny i żyją w związkach niesakramentalnych, warto pokazać własnym małżeństwem, że było warto podjąć taką, a nie inną decyzję.
Bo żeby dawać świadectwo, trzeba pozostać wiarygodnym. Trzeba po prostu być. A może czasem potrzeba też rachunku sumienia: dlaczego przykład mojego życia nie stał się dla innych przekonujący? To niełatwe. Ale nie naprawią tego krzyk, pretensje ani manipulacje. Ewangelia nie potrzebuje walczących, ale potrzebuje kochających – nie "za", ale pomimo.
Skomentuj artykuł