O pielęgnacji wrażliwości dziecka w świecie wojen
Wybuchła kolejna wojna. Informacja przyszła jak wszystkie inne: czerwonym paskiem na portalu, feedem w social mediach zalanym kadrami z dronów wbijających się w wieżowce Dubaju, Kataru czy Kuwejtu i kolejnymi nazwiskami zabitych ludzi. Gdzieś daleko znowu z decyzji możnych tego świata rozpada się czyjś świat, a zaskakująco blisko ten dramat pojawia się i w naszym domu. Przy stole. I to niezależnie od tego, że ani nie mamy telewizora, ani nasze dzieci nie mają własnych smartfonów. Wojna w Ukrainie już nas o tym mocno przekonała - nie uchronisz dziś dziecka przed obrazami z frontu. Ale to nie znaczy, że jako rodzic, jesteś bezsilny.
W każdą niedzielę Wielkiego Postu rozmawiamy o jałmużnie. Ustalamy, komu chcemy pomóc i tłumaczymy dzieciom, dlaczego właśnie tym a nie innym, konkretnym ludziom/organizacjom chcemy przelać określoną sumę pieniędzy. Dzieci - jeśli chcą - mogą dorzucić coś ze swoich skarbonek. Czasem wyciągają z nich dziesięć złotych, czasem pięćdziesiąt, zawsze z widocznym wahaniem, bo przecież w tych puszkach mieszczą się ich małe-wielkie marzenia, a każde kolejne uszczuplenie puszki realnie oddala od ich ziszczenia. To niezła lekcja pokory.
W tym tygodniu - z racji bieżących wydarzeń na arenie międzynarodowej - zaproponowaliśmy, by wesprzeć organizacje działające w strefach objętych wojną. Zanim jednak zdążyłam rozwinąć myśl o pomocy humanitarnej, córka wybuchła widoczną złością: dlaczego ludzie wciąż i wciąż wywołują wojny?! Właściwie w jej głosie było więcej bezradności niż gniewu, ba, może nawet więcej zdumienia niż oskarżenia - jakby świat po raz kolejny okazał się mniej logiczny niż obiecywali dorośli.
Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy i pomyślałam, że bardzo się cieszę, iż nasze dzieci nie uczą się wrażliwości z nagłówków, nawet jeśli te krzyczą coraz głośniej i coraz bardziej dramatycznie, ale z tematów i tonu rozmów prowadzonych przy stole, z tego, jak długo potrafimy zatrzymać się przy czyimś cierpieniu i czy w ogóle dopuszczamy je do siebie, kiedy nie dotyczy nas bezpośrednio. Ze smutkiem, ale i głębokim przekonaniem, westchnęłam w sercu - ta dziecięca bezradność, ta złość, to oskarżenie, to kolejna szansa, by poruszyć ważny temat i pokazać, jak bardzo w poprzek logiki świata idzie Jezus i my, Jego wyznawcy.
Żyjemy w świecie, który jest zakrzyczany przez zło, a jednocześnie dziwnie na nie znieczulony. Nadmiar obrazów i informacji potrafi skutecznie zagłuszyć współczucie, zanim zdąży ono zakorzenić się w sercu. Każde kolejne doniesienie rywalizuje przecież z poprzednim o naszą uwagę, a my uczymy się przeskakiwać między tragediami z wprawą, która jeszcze kilka lat temu byłaby nie do pomyślenia. Im dłużej jestem mamą, tym wyraźniej widzę, że to, w jaki sposób my, rodzice, komentujemy wydarzenia, jak reagujemy na wiadomości o przemocy, czy świadomie uwzględniamy ofiary w naszych modlitwach, buduje w naszych dzieciach wrażliwość na zło. Taką, która go nie ignoruje, ale potrafi się pochylić nad konkretnym, ludzkim cierpieniem.
Ta wrażliwość nie rodzi się z nadmiaru informacji, lecz z obecności dorosłych (rodziców, babć/dziadków/ nauczycieli, osób konsekrowanych), którzy - na miarę swoich sił i możliwości - potrafią zmierzyć się z trudnymi pytaniami dziecka i nie zbyć ich wzruszeniem ramion. Kiedy córka zapytała, dlaczego ludzie wywołują wojny, mogłam odpowiedzieć pół żartem (wszak to było niedzielne śniadanie) albo zmienić temat, tłumacząc, że to skomplikowane sprawy wielkiej polityki. W zamian za to powiedziałam jednak, że w sercu każdego człowieka toczy się właściwie nieustanna mniejsza lub większa wojna między pychą a pokorą, między chęcią dominacji a zdolnością do dialogu, i że świat bywa tylko powiększeniem tego, co dzieje się w ludzkim wnętrzu ... Nie było to ani lekkie, ani miłe dictum, ale wiem, że ta refleksja była nam wszystkim przy stole potrzebna.
Jałmużna, którą praktykujemy z dziećmi w Wielkim Poście, jest może drobnym gestem finansowym, ale na pewno skutecznym ćwiczeniem serca, które uczy reagować na cierpienie nie bezradnością czy cynizmem, tylko konkretnym dobrem. Dziecko, które z trudem otwiera skarbonkę, doświadcza napięcia między pragnieniem posiadania a decyzją podzielenia się, i jest to w praktyce mała lekcja empatii, jakich nigdy dość w dzisiejszym świecie. Tę lekcję inicjuje rodzic.
Wiem, że nie mamy wpływu na to, gdzie i kiedy wybuchnie kolejna wojna, ale jednocześnie jestem głęboko przekonana, że mamy realny wpływ na to, czy w naszym domu zło będzie komentowane z ironią, czy przeżywane z modlitwą, czy stanie się jedynie kolejnym newsem, czy też impulsem do rozmowy o odpowiedzialności, przebaczeniu i wyborach, które podejmujemy każdego dnia. Być może pielęgnowanie wrażliwości polega dziś też na odważnym ograniczaniu hałasu, na świadomym dawkowaniu informacji, na wybieraniu takich źródeł, które nie karmią sensacją, lecz pomagają zrozumieć konflikt i spojrzeć na niego z perspektywy zwykłego człowieka, ofiary. Serce, które jest stale bombardowane dramatem, z pewnością potrzebuje ciszy, modlitwy i rozmów, w których łzy nie są słabością, lecz dowodem, że współczucie dochodzi do głosu. To w domu uczymy się wyrażać ten głos i przekuwać go w siłę, która nie musi być bronią.
Skomentuj artykuł