Grzech, Wcielenie, Opatrzność i świat realny. Co różni katolików?

Grzech, Wcielenie, Opatrzność i świat realny. Co różni katolików?
fot. delfi de la Rua / Unsplash

Im dłużej uczestniczę w debatach na temat Kościoła, tym bardziej mam wrażenie, że tym co nas różni wcale nie są kwestie zewnętrzne: reformy lub jej braki, stosunek do przestępstw seksualnych, ani nawet nie liturgia ale najgłębsze kwestie teologiczne. Mocno tę kwestię stawia w tekście dla portalu Klubu Jagiellońskiego Jan Maciejewski.

Ten tekst nie będzie polemiką z erudycyjnym i - jak zwykle u tego autora - z pasją napisanym tekstem, w którym publicysta zarzuca mi już nie tylko herezję (to robi od dawna), ale wręcz odrzucenie faktyczności Wcielenia. Argumentację Maciejewskiego każdy może prześledzić sam, a tekst ten stał się już dość popularny w sieci, między innymi dlatego, że za swój uznało go część środowisk tradycjonalistycznych. Nie zamierzam także wyjaśniać tej klasy autorowi, co oznacza analogia, przykład czy obrazowanie, a każdy, kto chce sprawdzić, co rzeczywiście znajduje się w uznawanym przez Maciejewskiego artykule programowym dla "Więzi" może sięgnąć do będącego początkiem tej debaty tekstu "Wyruszyć w drogę po utracie świątyni". Polemika, analiza każdego z zarzutów nie ma w tym przypadku sensu, bowiem - w istocie - kwestie, o które się spieramy sięgają o wiele głębiej, niż może się to na pierwszy rzut oka wydawać. Nie chodzi ani o liturgię, ani o diagnozę świata (zapewne, może dlatego, że zetknąłem się bardzo dosłownie z dramatem ludzi skrzywdzonych w Kościele, mój jest o wiele bardziej pesymistyczny), ani nawet o Tradycję ale o to, jak rozumiemy grzech, Wcielenie (w tym sensie Maciejewski ma rację, że spieramy się o Wcielenie, a konkretniej o to, co ono oznacza), Opatrzność i wreszcie świat realny.

Zacznijmy od grzechu, bo to jego rozumienie, tak jak rozumienie grzeszności człowieka (a co za tym idzie także każdej tworzonej przez niego instytucji) jest kluczowe. Moje osobiste doświadczenie spotkania z krzywdą, niekiedy zakorzenioną w instytucjonalnych elementach doktryny, niekiedy usprawiedliwianą za pomocą głębokich teologicznych i eklezjologicznych analiz, a niekiedy wręcz spowodowaną nie tyle nawet nadużyciami, ale wprost zasadami wyrastającymi z dobrze uzasadnionej teologii, sprawiło, że jestem o wiele bardziej pesymistyczny jeśli chodzi o naturę ludzką, niż jeszcze jakiś czas temu. Grzech pierworodny (traktowany jako prawda o naszej ludzkiej naturze, a niekoniecznie jako fakt historyczny) oznacza ni mniej ni więcej tylko tyle, że każde nasze ludzkie działanie, każda budowana przez nas instytucja, każdy model pobożności ma także swoją ciemną stronę, która - niekiedy dla nas niedostrzegalnie - może mieć także wymiar destrukcyjny. Fiodor Dostojewski w "Idiocie" pokazuje to w sposób niemal doskonały, ale wystarczy przeanalizować budowany przez setki lat system klerykalny (który miał także swoje dobre strony i niewątpliwie wyrastał z głębokiej wiary w sakramentalną moc kapłaństwa), by zobaczyć, że to właśnie on stał się glebą, na której możliwe stały się seksualne nadużycia, a także ich tuszowanie. Scholastyczne i trydenckie rozumienie kapłaństwa - mimo całej swojej głębi - miało ciemną stronę, którą w całej rozciągłości widzimy właśnie obecnie. Uzasadniony biblijnie i w Tradycji (choć, co też trzeba jasno wskazać, ukształtowany także za sprawą politycznego absolutyzmu) episkopalny model zarządzania, w którym biskup nie jest przez nikogo i w żaden sposób (poza papieżem, który jest daleko) kontrolowany i ograniczany, skutkuje tym, że w istocie także leżał u podstaw kryzysu Kościoła, jaki obecnie widzimy. I w ten sam sposób możemy postrzegać wiele z elementów doktryny, tradycji, instytucjonalnego bagażu przeszłości. Ciemną stronę tworzonych przez nas rozwiązań, instytucjonalnych ograniczników, teologicznych wyjaśnień zobaczyć będą w stanie dopiero ci, którzy przyjdą po nas, ale możemy być pewni, że ona także istnieje.

Co z tego wynika dla debaty o przeszłości Kościoła? Odpowiedź jest prosta. Z mojej, pesymistycznej antropologicznie (choć nie tak daleko jak to sugerował Marcin Luter) perspektywy Kościół jest i zawsze będzie nie tylko wspólnotą ludzi niedoskonałych, ale także wspólnotą niedoskonałą i potrzebującą nieustannej reformy. Uzdrowienie jednej kwestii będzie zawsze powodować nowe problemy, a proces zmiany, rozwoju, pogłębiania pewnych kwestii, ale także rewidowania pewnych starych przekonań nigdy się nie skończy. Mądry katolicki realizm oznacza zaś świadomość nie tylko tego, że to, co nowe nie musi być lepsze, ale także tego, że to, co stare nie zawsze powinno być zachowane. Tym, co mamy jako chrześcijanie do zaofiarowania światu nie jest doktryna, nie jest system moralny, nie jest instytucja, ale to jest realne świadectwo o Bogu, który stał się człowiekiem, który chciał być solidarny ze światem aż po Krzyż.

Wcielenie, i to jest prawdopodobnie drugi element, który dzieli chrześcijan (a z pewnością dzieli Maciejewskiego i mnie), może być rozumiane na różne sposoby. Mnie bliskie jest jego postrzeganie nie w kategoriach wielkości, wzniosłej metafizyki czy wielkich tradycji liturgicznych, ale bardzo przyziemnego człowieczeństwa. Jezus nie objawił się z mocą, nie przyjął postaci króla ani przywódcy ale biednego nauczyciela z prowincji, który z grupą uczniów (dość przeciętnych) wędrował po prowincji i tam niekiedy czynił cuda ale przede wszystkim nauczał. Jego śmierć nie jest wzniosła, nie jest wielką narracją, ale historią człowieka zostawionego przez większość przyjaciół, który na Krzyżu woła do Tego, którego nazywał Ojcem z wyrzutem. "Boże, mój Boże czemuś mnie opuścił". Jego zmartwychwstanie dokonuje się zaś w ciszy relacji z uczniami, a nie przez wielkie znaki. Ono jest prawdą, ale wcale nie musi być przyjęte, wcale nie jest objawione wszystkim, pozostaje w przestrzeni wiary i zaufania, a nie twardego objawienia wszystkim. Co z tego wynika? Odpowiedź znowu jest dla mnie dość oczywista. Bóg oczywiście przychodzi do nas w Sakramentach, w Piśmie ale także w codzienności, w spotkaniu z odrzuconymi, skrzywdzonymi, w doświadczeniu tych, którzy są na marginesie Kościoła, a czasem społeczeństwa. Wcielenie dokonuje się też w tajemnicy, wcale nie oznacza ujawnienia wszystkiego, ale zakłada wysiłek (podejmowany z pokolenia na pokolenie od nowa) odczytania tej prawdy na nowo, głębiej, a czasem po prostu inaczej. Prawda o zmartwychwstaniu była z trudem odkrywana i doświadczana przez Apostołów (czego świadectwem jest wiele ewangelicznych obrazów) i tak samo musi być odczytywana i odkrywana przez nas. Tej prawdy nie ma jednak, nie jest ona możliwa, bez doświadczenia śmierci i pustki. Triduum Sacrum świetnie to pokazuje, choć czasem przykryte jest ono pobożnym gołosłowiem. I właśnie w tym sensie wciąż jesteśmy w drodze przez pustynię, i wciąż na nowo musimy nie tylko reformować to, co stare, ale i na nowo opowiadać sobie, reinterpretować to, co przekazała nam Tradycja. Zawrócenie, przywrócenie mija się z celem, bo staje się jedynie reanimowaniem martwej wiary żywych. Wielki Piątek (to pewna analogią) dokonuje się w historii Kościoła wielokrotnie i wielokrotnie dokonuje się Zmartwychwstanie, które nie jest po prostu reanimacją trupa, ale nową rzeczywistością.

Ale jest coś jeszcze co, mam wrażenie, dzieli głęboko różne strony toczącej się debaty eklezjalnej. Tym czymś jest stosunek do otaczającego nas świata, do zmian jakie w nim zachodzą, do realnego doświadczenia. Pewna część chrześcijan trwa w głębokim przekonaniu, że od jakiegoś czasu sprawy idą w złą stronę. Jedni - jak grupa najbardziej zagorzałych tomistów - będą przekonywać, że w zasadzie całe zło zaczęło się od Jana Dunsa Szkota, a potem było już tylko gorzej. Inni korzeni zła upatrują w Soborze Watykańskim II i rewolucji seksualnej, jeszcze inni wskazywać będą Franciszka jako korzeń zła wszelkiego. Tyle tylko, że w ten sposób po pierwsze odrzucamy także całe dobro jakie się za sprawą tych wydarzeń dokonało, a po drugie negujemy w pewnym sensie obecność Boga w naszej historii. Jeśli wierzymy w Boską Opatrzność, to zarówno obecny kryzys Kościoła jak i głęboka sekularyzacja społeczeństw, powinny mieć jakiś sens i cel. One nie są tylko wypadkiem przy pracy, wypaczeniem ale ku czemuś (nie wiem ku czemu) mają nas prowadzić. Odwaga stanięcia twarzą w twarz z nieznanym, wyruszenia w drogę, zaryzykowania nowego doświadczenia jest wpisana w chrześcijaństwo, w jego biblijne korzenie. Można z tego zrezygnować, można to odrzucić, można uznać, że od jakiegoś czasu światem i Kościołem rządzi Szatan, ale to oznacza w istocie uznanie, że Bóg przegrywa z własnym stworzeniem, że los świata i Kościoła wymknął Mu się z rąk, że już nam nie towarzyszy (nawet w naszych błędach, i nawet w ciemnej stronie wielu zmian jakie się obecnie dokonują), że odwrócił z niesmakiem głowę i już nie chce ocalić ludzi. W takiego Boga nie wierzę, i nie wydaje mi się, by wierzyli w niego także zwolennicy powrotu do tego co było. Ale takie niestety czasem sprawiają wrażenie.

Doktor filozofii, pisarz, publicysta RMF FM i felietonista Plusa Minusa i Deonu, autor podkastu "Tak myślę". Prywatnie mąż i ojciec.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Tomasz P. Terlikowski

Koniec starego świata. Początek nowego konserwatyzmu?

Chrześcijańskie wartości, które określały styl życia, właśnie odsuwane są w cień. Europa weszła na drogę realnej wielokulturowości i pewne jest, że agresja Rosji na Ukrainę pokrzyżowała szyki tym, którzy...

Skomentuj artykuł

Grzech, Wcielenie, Opatrzność i świat realny. Co różni katolików?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.