Ludzie, których nie ma

Ludzie, których nie ma
(fot. Julie Ricard / Unsplash)
5 miesięcy temu

Przecież jeszcze wczoraj rozpalali nasze emocje. Baliśmy się ich, straszyliśmy nimi albo unosiliśmy się moralną wyższością z ich powodu. Nie trzeba było nawet ich realnej obecności, żeby skutecznie wzbudzić w ludziach podłość, nienawiść czy zyskać dzięki nim trochę głosów w wyborach. Uchodźcy. Pamięta ktoś jeszcze uchodźców? Z polskiej perspektywy są jak zeszłoroczny śnieg. Też go nie było.

Gdy sobie przypominam temperaturę debaty na temat uchodźców i migrantów, ilość nienawistnych głosów czy komentarzy, niewiarygodne doświadczenie możliwości narodzin takich emocji w kraju nie tylko katolickim, co przede wszystkim doświadczonym ogromnym cierpieniem przez nie tak dawną historię, to aż zachodzę w głowę. Uchodźcy byli wszędzie: na wulgarnie przerobionych okładkach gazet, na rasistowskich marszowych transparentach, na ustach pięknoduchów i w rozmowach przy rodzinnym obiedzie, które nierzadko przybierały niespotykanie groźne akcenty.

Dziś jest milczenie, bo i co o uchodźcach mówić? Politycy nie szukają już w nich zewnętrznego wroga, bo można użyć innej grupy społecznej do zarządzania nienawiścią. Większość obywateli też już raczej te wszystkie lęki zapomniała, bo też nie było ich z czym skonfrontować. Jak w, nomen omen, „Pustyni Tatarów” Dino Buzzatiego – tyle czekaliśmy na tych uchodźców, że aż przestaliśmy się nimi przejmować. Ja mimo wszystko jakoś o nich myślę i nie tylko o nich, lecz również o tym, ile zła się przez to straszenie uchodźcami stało, bo nie podejrzewałem, że w Polsce mogą się narodzić takie napięcia na tle rasowym, albo że znani z gościnności Polacy mogą względem potencjalnych gości taki opór stawiać czy żywić taką niechęć. Nie spodziewałem się też, że wysiłki tych, którzy o przyjazd uchodźców tak zabiegali, właściwie znikną.

Sam byłem pierwszy do wyklinania tych, którzy uchodźców w Polsce nie chcieli, wyliczając ich grzechy i kpiąc z moralnych standardów, a samemu nie myśląc o przyczynach tego lęku biorącego się jak zawsze z braku realnego spotkania twarzą w twarz. Dzisiaj go lepiej rozumiem, bo widzę siłę zbiorowej manipulacji serwowanej przez opinię publiczną do zbicia kapitału wizerunkowego czy politycznego. Widzę też, że – również z mojej strony – zabrakło empatii w stosunku do myślących inaczej, którzy słysząc doniesienia o przypadkach przemocy ze strony przybyszów nie usłyszeli, które z nich to fejki stworzone „żeby się klikało”, a które z nich nie różnią się zanadto od przemocy jaką stosują choćby przybysze z Polski za granicą. I widzę, że w swoim świętym oburzeniu łatwiej mi było wyciągać rękę do tych, których w Polsce nie ma, niż do tych, którzy już tu są – do Polaków.

Z uchodźców zostały w Polsce emocje, choć pewnie i tak już coraz rzadziej pamiętane. A przecież uchodźctwo się nie skończyło, a ból i trudności, których uchodźcy doświadczają, ciągle trwają. Przed nami kolejny Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy, obchodzony w Kościele katolickim już ponad sto lat, bo od 1914 roku. Tyle lat modlitwy, tyle orędzi wygłoszonych przez papieży, które obejmowały tyle cierpienia na całym świecie. Również polskiego cierpienia, bo przecież nasi rodacy wysiedleni w czasie II wojny światowej też byli uchodźcami, dziś stając w jednym szeregu z innymi bohaterami tego dnia, którymi są teraz Ukraińcy, Syryjczycy, Rohingowie czy Kurdowie. Jeśli czujemy związek z naszymi przodkami, to oni ani trochę się od tych dzisiejszych uchodźców i przesiedleńców nie różnią. Te cierpienia, które są cierpieniem wygnanego Jezusa Chrystusa – jak pisze papież Franciszek w tegorocznym orędziu – są ponadnarodowe i ogólnoludzkie. Przekraczają granice wyznania, poglądów i przede wszystkim te na mapie. Dokładnie tak jak uchodźcy, tworzący jeden, wielki, cierpiący od setek lat lud. Masz dziadka czy babcię z Kresów? W tym roku papież będzie o nich mówił, bo 106. Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy jest poświęcony właśnie nim.

Niedawno uchodźcy znów pojawili się w mediach. Przypomnieli o sobie znów podczas tragedii w obozie Moria na greckiej wyspie Lesbos. W miejscu, w którym mogło się pomieścić maksymalnie 2-3 tysiące osób, mieszkało ich sześć razy tyle. Nie dość, że przybywając tam nie mieli prawie nic, to w trakcie jednej nocy stracili wszystko. Ogromny pożar strawił ich prowizoryczne schronienia, przerywając tymczasowość i skazując na dalszą tułaczkę.

Lecz przecież uchodźcy z Lesbos właściwie nie powinni w tym obozie być i nie mam tu na myśli nielegalności ich pobytu, ale fakt, że warunki sanitarne właściwie uniemożliwiały tam jakiekolwiek funkcjonowanie. Gdy kilka miesięcy temu rozmawiałem z Sonią Nandzik na temat sytuacji w obozie, to już wtedy ogromny problem stanowiły warunki sanitarne. Gdy my podniecaliśmy się myciem rąk, tam nie było wody do picia. A to przecież sam początek epidemii koronawirusa, która tylko przyspiesza.

Nie powinno ich tam być również dlatego, że takie warunki życia uderzają w to, w co wierzymy: w niezbywalną godność i jego nieprzecenioną wagę. Uchodźctwo jest plamą na deklarowany chrześcijańskim pro-life, które łatwo ograniczyć do problemu aborcji, trudniej uogólnić na integralną wizję człowieka. Te polityczne zapowiedzi z początku kryzysu migracyjnego, że przyjmiemy wszystkich, które nie doczekały się żadnej realizacji, są uderzeniem w świętość ludzkiego życia. Taka nieodpowiedzialna dwulicowość ma cenę w ludzkim życiu.

„Pomyślmy dziś o tych wszystkich odrzuconych, o skrzywdzonych, o osobach wykorzystanych czy zostawionych samym sobie, o cierpiących, także tych ze spalonego greckiego obozu Moria. Oni koczują na ulicach, śpią w śmietnikach” – przypominał niedawno abp Wojciech Polak, prymas Polski. Zaraz dodawał: „czy nam nie wstyd?”. No właśnie – czy nie wstyd nam za ludzkie, wzgardzone życie? Już nawet nie za brak pomocy, ale samo zapominanie albo ten strach, któremu tak łatwo się poddaliśmy? Polskie państwo powtarzało, że „pomagamy na miejscu”. Czy w ten sposób jakkolwiek pomogło uchodźcom na Lesbos, tym którzy już tutaj są? Co to w ogóle na miejscu znaczy? Ciągnik kupiony przez dzieło pomocy jest w stanie dać dach nad głową rodzinie wielodzietnej stłoczonej w obozie w Grecji? Czy nie wstyd jedną ręką dawać pieniądze, a drugą pokazywać, że tędy się nie przejdzie, że w Polsce nie ma dla uchodźców miejsca?

„Bez spotkania z nimi nie zrozumiemy ich sytuacji, a oni pozostaną anonimowi i zamknięci w sobie” – przekonywał bp Krzysztof Zadarko, przewodniczący Rady KEP ds. Migracji, Turystyki i Pielgrzymek, który od lat stara się o stworzenie w Polsce korytarza humanitarnego. Bezskutecznie, bo jak twierdzi przeszkody mają naturę polityczną. Polityka zwyciężyła człowieczeństwo i nasze sumienia. Nie da się integrować obcych bez otwartości i przełamania strachu, bez realnego spotkania. Spotkania nie ma tam, gdzie się zamyka granicę – nie tylko tę państwa, ale przede wszystkim własnego zaufania. Wystarczy, jak pisze papież w tegorocznym orędziu znać, żeby zrozumieć; zbliżyć się, aby służyć; słuchać, żeby się pojednać; dzielić się, żeby się rozwijać; angażować, żeby promować oraz współpracować, aby budować. Sześć zadań i sześć pięknych skutków. Trzeba się otworzyć, żeby być bogatszym o to nowe spotkanie.

Gdy dziś myślę o różnych kryzysach Kościoła w Polsce, o analizach przyczyn i szukaniu powodów, to towarzyszy mi jedna, bardzo podstawowa obserwacja. W kraju przekonanym o swojej gościnności, gdy zapytano o to, czy jest przestrzeń do życia dla obcych, usłyszano odmowę. Probierzem wiary nie jest to, ile kto razy pójdzie do kościoła czy przystąpi do komunii, choć takie kryterium polskiej religijności przedstawia Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego, ale to jaką żywi empatię w stosunku do innych ludzi. U nas tej empatii nie ma, bo i bez uchodźców potrafimy nienawidzić sąsiadów. A przecież chrześcijaństwo skłania do życia ryzykownego, takiego które obcych się nie boi. W przypowieści o dobrym Samarytaninie chodzi właśnie o tę niespodziewaną i nieoczekiwaną pomoc ze strony człowieka, w którym widzisz wroga. Ofierze zbójców nie pomogli pobożni i swoi, lecz obcy, teoretycznie wróg. W tym obcym więcej było dobra niż w rodakach.

Nasza wiara nawołuje do otwierania się na obcych, bo do nich szedł Pan Jezus, skoro swojacy Go nie chcieli. Pan Jezus przyszedł do nas nie jako do swoich, lecz jak do uchodźców, by pokazać, że jest także nasz. I że chce być spotkanym w twarzy każdego człowieka, w której Go na pierwszy rzut oka nie widać. W odrzuconym, zapomnianym, w tym bez dachu nad głową. To w nich jest Jezus. Nie zapominajmy o Nim, nie zapominajmy o nich.

Redaktor i publicysta DEON.pl, pracuje nad doktoratem z metafizyki na UJ, współpracuje z Magazynem Kontakt, pisze również w "Tygodniku Powszechnym"

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Maria Miduch, Szymon Żyśko
51,03 zł
72,90 zł

Książka z autografem Marii Miduch i Szymona Żyśko oraz autorskim przepisem Szymona na wspaniały deser!

Kupując ten produkt wspierasz Dom Dziecka w Żmiącej. Każde 20 zł ze sprzedaży przeznaczone jest na budowę nowego domu dla...

Skomentuj artykuł

Ludzie, których nie ma
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.