Świat pełen dobrych snów

Świat pełen dobrych snów
(fot. Jakub.hp [CC BY-SA 4.0])

Jakie jest dzisiaj nasze życie w tej powstającej wciąż ojczyźnie? Kwitnie, owocuje, czy może więdnie, karłowacieje, a może nawet zamiera?

Moja, nasza ojczyzna, to owszem „ziemia i groby”, a narody, które tracą pamięć historyczną, rzeczywiście „tracą życie”. Z tej pamięci zapisanej w książkach i w głowach, unaocznionej w pomnikach, wyłania się dzisiejsza rzeczywistość w jej wymiarze społecznym, politycznym, gospodarczym i oczywiście religijnym. Nie na zasadzie powtarzalności, ale tworzenia i stwarzania, jako że każde pokolenie, albo tę rzeczywistość rozwija, albo zaburza i niszczy. Jakie więc dzisiaj jest to nasze życie w tej powstającej wciąż rzeczywistości? Kwitnie, owocuje, czy może więdnie, karłowacieje, a może nawet zamiera?

Kto mieczem wojuje…

Nasz kraj zrodził się po raz wtóry i trwa do dzisiaj w r. 1918, co było spełnieniem pragnienia i starań wiele pokoleń. Ci, którzy w przeszłości po bohatersku ginęli za ojczyznę i dla niej z poświęceniem pracowali, i których groby czcimy, marzyli na jawie i we śnie o jednym, o tym samym, o czym my dzisiaj marzymy. Ale wiele tych marzeń, ledwie w zalążku, stłumił również w imię najwyższych wartości, w imię miłości do ojczyzny i wiary w Boga czy bogów, inny marzyciel. Przecież, żeby nie szukać daleko, tacy krzywdziciele jak Hitler i Stalin chcieli, po swojemu marzyli, dla swoich narodów, ba, dla całej ludzkości, dobrze. Aż strach mówić, ale przypominać trzeba, że ten pierwszy po katolicku, a ten drugi po prawosławnemu został w dniu chrztu naznaczony krzyżem. Co się więc takiego stało, że obydwaj winni są śmierci ponad sześćdziesięciu milionów ludzi?

Czy pamiętamy, co Jezus powiedział do Piotra, gdy ten, chcąc bronić Jezusa, wydobył miecz i ruszył na jednego z tych, którzy przyszli Jezusa aresztować? „Schowaj miecz tam, gdzie jego miejsce, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną” (Mt 26,52). W rezultacie wojny sami Niemcy, jej bezpośredni sprawcy, stracili ponad siedem milionów swoich obywateli, a Związek Radziecki około dwadzieścia siedem milionów. Wszystko to są liczby przybliżone, gdyż nie wiemy dokładnie, ile ofiar ta wojna pochłonęła, trzydzieści osiem czy sześćdziesiąt milionów zabitych. A przecież dwadzieścia lat wcześniej pierwsza wojna pochłonęła czternaście milionów. Co więc działo się w głowach i sercach przywódców politycznych, i religijnych tamtych czasów, że wyrządzili ludziom tak straszną krzywdę?

Korzeń wojen

Poszukując przyczyn tej i innych tragedii, jako chrześcijanie zaczynamy, co nie jest znowu takie oczywiste, od siebie. Jan Ewangelista mówi, że po wskrzeszeniu Łazarza, niektórzy ze świadków tego wydarzenia poszli „do faryzeuszów i poinformowali ich o tym, co uczynił Jezus.  Wyżsi kapłani oraz faryzeusze zwołali więc Wysoką Radę i zastanawiali się: «Co mamy robić? Człowiek ten dokonuje wielu znaków. Jeśli Go tak pozostawimy, wszyscy Mu uwierzą. Wtedy też wkroczą Rzymianie i zniszczą zarówno naszą świątynię, jak i naród». Jeden z ich grona, Kajfasz, który w tym roku pełnił funkcję najwyższego kapłana, rzekł do nich: «Wy nic nie rozumiecie. Nie bierzecie także pod uwagę tego, że będzie korzystniej, jeśli jeden człowiek umrze za lud, niż gdyby miał zginąć cały naród».  Nie powiedział zaś tego od siebie, lecz jako najwyższy kapłan sprawujący wówczas urząd wygłosił proroctwo, że Jezus umrze za naród. A nie tylko za naród, ale również, aby zgromadzić w jedno rozproszone dzieci Boże. Tego więc dnia podjęto decyzję, aby Go zabić.” (J 11,45-53). Jak zaskutkowała rada Kajfasza, wiemy. Jezus zostanie zabity.

Jak widzimy Wysoka Rada, skazując Jezusa na śmierć, kierowała się szlachetną troską o sprawy religijne, społeczne i polityczne. Skazujący Jezusa nie śmierć, sądzili, że oddają przysługę zarówno narodowi jak i Bogu. Mieli Jezusa za uzurpatora, za heretyka i grzesznika, który rości sobie prawo przemawiania w imieniu Boga i w tym szaleńczym mniemaniu o sobie samym gotów jest podburzyć naród i zburzyć uświęcony przez prawo Boże i ludzkie odwieczny porządek.  Ale ta troska ma jeszcze drugie dno. W gruncie rzeczy arcykapłanom i uczonym w Piśmie chodziło przede wszystkim o władzę prawną, religijną i polityczną. Bali się, że jeśli dojdzie do buntu i Rzymianie „zabiorą”, czyli zniszczą świątynię, centrum życia religijnego, ale nie tylko, wtedy oni, najkrócej mówiąc, stracą źródło dochodów i pozycję społeczną. Ta ich troska o Boga i ojczyznę podszyta była prywatą. Za szlachetną troską o dobro wspólne, ukrywała się troska o wielkie pieniądze.

A jak jest u nas?

Przechodząc do tego, co obecnie dzieje się w naszym Kościele i państwie, trzeba szczególnie podkreślić jeden wątek. W wydanym rok temu komentarzu do Ewangelii według Świętego Jana, ks. Stanisław Mędala CM pisze, że przeciwnicy Jezusa stworzyli swój system wartości, który za wszelką cenę chcą zachować. Dla ocalenia tego systemu, nie wiedząc o tym, „przeciwstawiają się Bogu. Jako uzasadnienie swej troski religijnej przytaczają konieczność ocalenia miejsca świętego, czyli bronienie Boga, jakby On był bezsilny. Dla nich nie Bóg podtrzymuje życie człowieka, lecz instytucje podtrzymują istnienie Boga. Broniąc Boga, bronią własnego systemu. Niepomni są na przestrogę Jeremiasza (Jr 7, 4 nn), że bezpieczeństwo narodu zabezpiecza nie świątynia, lecz sam Bóg. Toteż gdy Bóg wkracza w osobie Jezusa w historię, uznają Jezusa za podejrzanego i niebezpiecznego”.

Mówiąc za papieżem Franciszkiem, spiskujący przeciwko Jezusowi, nie umieli, nie chcieli, przyjąć „nowości Jezusa”, czyli Jego sposobu widzenia rzeczywistości. Jeśli więc w moim Kościele i ojczyźnie słyszę, że bylibyśmy „zdrowszym” narodem, gdyby w roku 1989 zamiast dialogu wybrano przelew krwi, że Drugi Sobór Watykański to dzieło żydomasonerii, lewicowych biskupów i teologów, że musimy bronić nasz kraj i jego chrześcijańską kulturę przed diabelskim islamem, że Komunia „na rękę” to profanacja i świętokradztwo itd. przychodzi mi na myśl los tych, którzy woleli poświęcić siebie, żeby nie poświęcać innych, łącznie ze swoimi wrogami, licząc się z tym, że „Kto miecz odkłada - umiera na krzyżu” jak pisała Simone Weil. I nie chodzi tutaj wyłącznie o wojnę, ale o codzienność. O to, czy nasz bliźni to jedynie ten, który nam sprzyja, czy też każdy inny człowiek łącznie z naszymi prześladowcami. Czy tych naszych wrogów mamy kompromitować, ośmieszać, likwidować, unicestwiać, czy ratować przed nimi samymi. Wciąż przecież prowadzimy wojny i wojenki począwszy od Ukrainy, Syrii i wielu innych krajów a skończywszy na naszym sejmie i sejmikach.

Papież Franciszek w encyklice „Fratelli tutti” napisał: „Tak łatwo wybrać wojnę, posługując się wszelkiego rodzaju wymówkami, pozornie humanitarnymi, obronnymi lub prewencyjnymi, uciekając się także do manipulacji informacją. Faktycznie, w ostatnich dekadach wszystkie wojny były rzekomo «usprawiedliwione» (…) Doprawdy «ludzkość nigdy nie miała tyle władzy nad sobą samą i nie ma gwarancji, że dobrze ją wykorzysta». Nie możemy już zatem myśleć o wojnie jako o rozwiązaniu, ponieważ ryzyko prawdopodobnie zawsze przeważy nad przypisywaną jej hipotetyczną użytecznością. W obliczu tej sytuacji, bardzo trudno jest dziś utrzymać racjonalne kryteria, które wypracowano w poprzednich wiekach, by mówić o możliwości «wojny sprawiedliwej». Nigdy więcej wojny!” (FT 258).

Franciszek mówi też, że to co się dzisiaj dzieje między państwami, faktycznie jest już wojną, trzecią wojną światową w częściach. Spróbujmy w świetle tych słów papieża popatrzeć na naszą ojczyznę. Chciałbym się mylić, ale odnoszę wrażenie, że w naszym życiu społecznym, politycznym, kościelnym i rodzinnym jedynym sposobem rozwiązywania konfliktów stało się odpłacanie pięknym za nadobne i to w trójnasób.

Remedium na nienawiść

Ogłosiliśmy co prawda ks. Jerzego Popiełuszkę patronem trudnych czasów, ale wygląda na to, że zapomnieliśmy o dewizie jego życia: „Zło dobrem zwyciężaj”. Tego zawołania ks. J. Popiełuszko nie wymyślił, ale przejął z Biblii. Paweł Apostoł mówi: „Nikomu złem za złe nie odpłacajcie. Bądźcie życzliwi dla wszystkich ludzi. Jeśli to od was zależy, ze wszystkimi ludźmi zachowujcie pokój. Umiłowani, sami nie wymierzajcie sprawiedliwości, ale pozostawcie to gniewowi Bożemu. Napisano bowiem: Do Mnie należy pomsta, Ja odpłacę, mówi Pan. Raczej kiedy twój wróg jest głodny, nakarm go, a gdy jest spragniony, daj mu pić. Czyniąc tak, zgromadzisz nad jego głową rozżarzone węgle. Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło zwyciężaj dobrem” (Rz 12, 17-21). Z tych słów wynika, że walka nie wyklucza miłości, można walczyć i kochać, przynajmniej tak twierdzi kapłan i filozof, Jan Zieja i Leszek Kołakowski. A Antoni Słonimski podpowiada, jak taka miłość wygląda w praktyce:

„Ten, co o własnym kraju zapomina.

Na wieść, jak krwią opływa naród czeski,

Bratem się czuje Jugosłowianina,

Norwegiem, kiedy cierpi lud norweski,

 

Z matką żydowską nad pobite syny

Schyla się, ręce załamując żalem,

Gdy Moskal pada - czuje się Moskalem,

Z Ukraińcami płacze Ukrainy,

 

Ten, który wszystkim serce swe otwiera,

Francuzem jest, gdy Francja cierpi, Grekiem -

Gdy naród grecki z głodu obumiera,

ten jest z ojczyzny mojej. Jest człowiekiem”.

Cudzą biedę przyjąć jako swoją biedę. To dziwne, ale wychodzi na to, że w praktyce to ci, których się często uważa za potomków celników i nierządnic (por. Mt 21, 23-46), oni uprzedzą nas do królestwa Bożego (zob. Mt 28-31), Nas, deklarujących z ambon i mównic miłość do Boga i ojczyzny.

Dzisiaj prawdziwość naszych deklaracji sprawdza się w wodach Morza Śródziemnego, w piaskach Sahary, w obozach uchodźców w Grecji, Turcji, Libii, ale też na naszej wschodniej granicy. W naszym kraju nad cierpiącymi tam ludźmi nadal trwa głucha cisza, zarówno w kościołach jak i w sejmie. Jakże daleko nam do papieża Franciszka, który ma odwagę mówić, że uchodźcy nie stanowią zagrożenia dla naszego dobrobytu, ale są szansą na jeszcze pełniejszy rozwój zarówno materialny jak i duchowy, w tym religijny. Nie mówię, że nic dobrego w tej sprawie się nie dzieje, ale zawstydza mnie fakt, ale też i niezmiernie cieszy, kiedy słyszę polityków z lewa, stających w obronie uchodźców i w tej sprawie mówiących tym samym głosem, którym mówi papież. Pomijając wszystko inne, dla własnego dobra powinniśmy zadbać los szukających u nas ratunku.

Ksiądz Martin Niemöller (1892-1984), luteranin, który sporo wycierpiał z prawa i lewa, pozostawił wiersz, w którym odsłania korzeń zła nie tylko społeczno-politycznego, ale każdego innego - jest nim obojętność.

„Kiedy naziści przyszli po komunistów, milczałem,

nie byłem komunistą.

Kiedy zamknęli socjaldemokratów, milczałem,

nie byłem socjaldemokratą.

Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem,

nie byłem związkowcem.

Kiedy przyszli po Żydów, milczałem,

nie byłem Żydem.

Kiedy przyszli po mnie, nie było już nikogo, kto mógłby zaprotestować”.

Tak, zanim człowieka wyeliminuje się ostatecznie spośród żywych, przyszłych jego zabójców trzeba znieczulić, wmawiając im, że nie wszyscy są ludźmi a tylko niektórzy. Chcąc to osiągnąć trzeba te przyszłe ofiary najpierw odczłowieczyć. Dlatego w ostatniej encyklice Franciszek pisze: „Jest jeszcze jeden sposób na wyeliminowanie drugiego; sposób, który nie jest wymierzony w kraje, ale w człowieka. To kara śmierci. Św. Jan Paweł II jasno i stanowczo deklarował, że jest ona nieadekwatna na poziomie moralnym i nie jest już niezbędna na poziomie karnym. Nie do pomyślenia jest wycofanie się z tego stanowiska. Dziś mówimy wyraźnie, że «kara śmierci jest niedopuszczalna» i Kościół angażuje się z determinacją, postulując jej zniesienie na całym świecie” (FT 263). Boję się myśleć, że w tak napiętej atmosferze społecznej, znajdzie się ktoś, kto w imię naszego chrześcijańskiego, katolickiego poczucia sprawiedliwości i w imię tego, że nikt nam nie będzie mówił, jak mamy się w naszym kraju rządzić, zacznie kombinować, jakby tę „karę” przywrócić, bowiem już teraz wypróbowujemy jej skuteczność zohydzając naszych bliźnich. W ten sposób zadajemy im śmierć społeczną.

Chcieć i móc

I sprawa ostatnia. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie ustawy i reakcja nań. Co się po tym wyroku działo, nie ma potrzeby przypominać. Załóżmy, że rzeczywiście chodziło o los nienarodzonych, chorych dzieci, a więc kierowano się szlachetnymi pobudkami. Ale pominięto jedną ważną rzecz, zapomniano, że same dobre chęci, również w polityce, to za mało, że prawdą jest, iż dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło. Zapomniano też o przestrodze: „Oto Ja was posyłam jak owce między wilki. Bądźcie więc przezorni jak węże i nieskazitelni jak gołębie” (Mt 10,16) - mówi Jezus. Nie chcę się bawić w jasnowidza, ale już teraz widać, że rządzącym zabrakło mądrości politycznej, jak też politycznej serdeczności. W rezultacie jesteśmy bliżej złagodzenia albo i całkowitego zniesienia dotychczasowej ustawy gwarantującej kompromis. Wystarczy przegrać wybory albo przeprowadzić referendum.

***

Ginący na wojnie śnili dniami i nocami te same marzenia, które i my snujemy:

„Na niebie obłoki

po wsiach pełno bzu

gdzież ten świat daleki

pełen dobrych snów”.

Paweł Apostoł pisał do Tymoteusza: „Zachęcam przede wszystkim, aby zanoszono modlitwy, błagania, prośby i dziękczynienia za wszystkich ludzi: za królów i za wszystkich sprawujących władzę, abyśmy mogli prowadzić życie ciche i spokojne, w wielkiej pobożności i z godnością. Jest to dobre i miłe w oczach Boga, naszego Zbawiciela, który pragnie, aby wszyscy ludzie zostali zbawieni i poznali prawdę”.

jezuita, poeta i publicysta, absolwent KUL, wykładowca homiletyki w Collegium Bobolanum Papieskiego Wydziału Teologicznego. Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Autor wielu książek, w tym kilku tomów poetyckich

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Wacław Oszajca SJ, Damian Jankowski
27,93 zł
39,90 zł

Czasem trzeba stracić wiarę, by uwierzyć naprawdę

Wiara przestała być czymś oczywistym. Kościół przechodzi kryzysy, mierząc się z dramatem wykorzystania seksualnego oraz licznymi problemami związanymi z klerykalizmem, celibatem i skostniałymi strukturami, które niszczą wspólnotę. Czy...

Skomentuj artykuł

Świat pełen dobrych snów
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.