To nie kryzys, to już katastrofa

To nie kryzys, to już katastrofa
Fot. travelarium/depositphotos.com
Czwartek, 17:32

„W Drohiczynie pocieszają się, że mają tylko dwóch kleryków mniej niż my w Siedlcach” – tłumaczył mi kilka dni temu znajomy ksiądz z Siedlec, gdy zahaczyliśmy w rozmowie temat powołań kapłańskich. „A ilu macie w Siedlcach” – zapytałem. „Dwóch” – padła odpowiedź ubogacona promiennym uśmiechem.

Tak naprawdę śmiać nie ma się z czego – za kilka lat w nadbużańskiej diecezji nie zostanie bowiem wyświęcony żaden kapłan. A już dziś po korytarzach tamtejszego seminarium duchownego hula wiatr. Podobna sytuacja ma zresztą miejsce także w innych diecezjach. Żaden kandydat nie pojawił się w seminariach w Bydgoszczy, Elblągu czy Łowiczu (kolejny zresztą raz). W Warszawie (po lewej stronie Wisły) na pierwszym roku jest co prawda dziecięciu kandydatów, ale… „Żaden nie nasz” – oznajmił mi pewien warszawski kapłan. – „Wszyscy przyjezdni, tu studiowali lub już pracowali i tu weszli do seminarium. Z naszej diecezji nie ma ani jednego” – wyjaśnił szybko.

Jeszcze do niedawna mniejszą liczbę mężczyzn przychodzących do seminariów diecezjalnych bądź zakonnych określałem – podobnie jak duża część osób obserwujących ten proces – mianem kryzysu. Różnie go tłumaczono. Raz demografią, innym razem odwlekanym przez młodych ludzi czasem podejmowania życiowych decyzji, wskazywano na zmiany kulturowe – w tym m.in. duży wpływ na młodych ludzi przeróżnych ideologii, dziś – tu i ówdzie – niektórzy przebąkują coś o wrogości społeczeństwa do księży, itp. i podkreślają odwagę jaką mają – ich zdaniem – w sobie młodzi idący do seminarium. Tak jakby nie mieli jej ci, którzy szli do seminariów w latach 70. i 80. poprzedniego stulecia, gdy wejście w seminaryjne mury oznaczało szykany dla rodziny, a sam alumn także musiał liczyć się z szykanami (vide: specjalne jednostki kleryckie) czy potem także ze śmiercią (vide: bł. ks. Jerzy Popiełuszko).

Dziś jasno trzeba sobie powiedzieć, że nie mamy kryzysu, mamy katastrofę. W pierwszych latach po II wojnie światowej seminaria przyjmowały więcej osób aniżeli dziś! Między 1945 a 1949 rokiem średnia przyjętych w seminariach diecezjalnych wynosiła 563 osoby, potem kandydatów było coraz więcej (w latach 70. i 80. XX w. po ok. tysiąc osób). Rekord padł w roku śmierci św. Jana Pawła II – 1145 osób. A później nastąpiły gwałtowne spadki. W 2007 r. – 786 kandydatów, w 2010 – 675; 2015 – 538, i tylko 242 w tym roku (mowa tylko o seminariach diecezjalnych).

Rok do roku to spadek ledwie o 20 proc., ale jeśli 2021 odnieść do 2005 – to już blisko 80 proc.!!! Nie był to proces nagły i zaskakujący lecz stopniowy. Sęk w tym, że nie słychać było żadnej rozsądnej debaty na temat przyczyn tego stanu rzeczy. Czy ktoś zastanawiał się nad tym, dlaczego głos Kościoła nie trafia tam, gdzie powinien? Dlaczego młodzi ludzie od Kościoła odchodzą, porzucają lekcje religii, itp.? Dlaczego Polska to jeden z najszybciej sekularyzujących się krajów na świecie?

Można przyjmować tezy mówiące o tym, że w dzisiejszych czasach, gdy na Kościół przypuszczany są różne ataki, księża wyzywani są od pedofilów, bycie kapłanem wymaga odwagi. Tezy te nie będą pozbawione podstaw. Tyle, że nic nie bierze się z powietrza. Gdzieś po drodze zagubiła się właściwa droga. Uznano, że kryzysy są przejściowe i nie ma sensu niczego w działalności Kościoła zmieniać, a modlitwy „o dobre i święte powołania kapłańskie” kiedyś zostaną wysłuchane. Namacalnie widać, że takie myślenie było błędne. Bóg, owszem modlitw wysłuchuje, ale i Jemu trzeba nieco pomagać w inny sposób.

"Nie idzie o ilość, ale o jakość" – tak jeszcze dwa lata temu optymistycznie zapewniał mnie jeden z hierarchów, gdy rozprawialiśmy o temacie powołań. W sumie trudno się z tym nie zgodzić. Problem w tym, że ową jakość trzeba jakoś wypracować. A jak to zrobić skoro materiału brak? I oby nigdy nie przyszedł ten dzień, gdy rąk do odprawienia Eucharystii zabraknie!

 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

To nie kryzys, to już katastrofa
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.