Widział kosze pełne ludzkich kończyn. Tak hartował się przyszły Prymas
Dziś, 3 sierpnia, obchodzimy rocznicę urodzin kardynała Stefana Wyszyńskiego, który w 1944 roku swoje święto spędzał w huku armat i pośród jęków rannych żołnierzy. Zaledwie dwa dni po wybuchu Powstania Warszawskiego przyszły Prymas Tysiąclecia musiał porzucić spokojne życie księdza na rzecz opiekowania się umierającymi i wynoszenia koszy pełnych amputowanych kończyn. To właśnie w podwarszawskich Laskach, w ekstremalnych warunkach walki, hartował się duch człowieka, który później nie ugiął się przed komunistycznym reżimem.
Wybuch powstania zastał ks. Wyszyńskiego w ośrodku w Laskach, gdzie przebywał na prośbę swojego kierownika duchowego. Od razu włączył się w organizację szpitala powstańczego, choć początkowo miał wątpliwości, czy obecność rannych żołnierzy nie narazi przebywających tam niewidomych dzieci. Jak relacjonuje wiceszef Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego, Grzegorz Polak, matka Róża Czacka przekonała go jednak, że „wobec wyższej konieczności” szpital musi powstać. Przyszły kardynał nie ograniczył się do modlitwy – brał na siebie najbardziej prozaiczne i ciężkie prace fizyczne.
Termometr i brudne bandaże
Ksiądz profesor, mimo swojego ówczesnego statusu, prał zakrwawione bandaże oraz żołnierskie mundury. Środki opatrunkowe były towarem deficytowym, więc musiał je czyścić, suszyć i prasować do ponownego użycia. Grzegorz Polak wspomina również, że Wyszyńskiemu powierzono jedyny termometr w całych Laskach. Kapelan codziennie rano obchodził z nim pacjentów, osobiście monitorując ich stan.
Jego zadania obejmowały także transport rannych. Często przenosił żołnierzy na własnych plecach, w tym jedną z łączniczek postrzeloną w nogę, którą niósł przez cztery kilometry. Wykazał się przy tym talentem organizacyjnym, angażując do pomocy niewidomych chłopców. Pod okiem widzących opiekunów znosiło oni rannych z pola walki do szpitala.
Sala operacyjna w kaplicy
Rzeczywistość szpitalna była drastyczna. Gdy sale się zapełniły, rannych kładziono w domu rekolekcyjnym i kaplicy, gdzie prześcieradła i koce przesiąkały krwią. Stefan Wyszyński asystował przy operacjach, co początkowo przekraczało jego wytrzymałość fizyczną – podczas pierwszego zabiegu po prostu zemdlał. Potem wspominał, że widok amputacji i wynoszonych w koszach rąk i nóg był dla niego strasznym przeżyciem.
Prymas zapamiętał żołnierzy, którzy na froncie byli bohaterami, a na stole operacyjnym zachowywali się jak bezradne dzieci. Jeden z nich zgodził się na amputację nogi tylko pod warunkiem, że kapelan będzie go trzymał za rękę. Wyszyński trwał przy nim, dopóki nie zadziałała narkoza, po czym biegł spowiadać kolejnych czekających w kolejce rannych, wracając dokładnie w momencie, gdy pacjent zaczął się budzić.
Modlitwa nad wrogiem
Jego posługa nie znała granic narodowościowych. W szpitalu w Laskach opiekował się nie tylko Polakami, ale także rannymi jeńcami: Niemcami, Węgrami czy Ukraińcami. „Katolicy w niemieckich mundurach prosili o ostatnią pociechę tego Polaka, do którego i oni, jako wierzący, mieli prawo” – czytamy w materiałach stowarzyszenia Wspólnota Polska.
W pamięci Wyszyńskiego szczególnie zapisał się 16-letni Janek, żołnierz kawalerii wileńskiej. Chłopak przez trzy dni leżał ranny na deszczu, zanim udało się go przenieść do szpitala. Mimo ogromnego cierpienia i gorączki, Janek do ostatniej chwili śpiewał pieśni do Matki Bożej, myląc słowa i melodię w miarę zbliżającej się śmierci. Kapelan towarzyszył mu w tych ostatnich chwilach, przygotowując go na odejście.
Proroctwo z popiołów
Pod koniec powstania doszło do zdarzenia, które Grzegorz Polak określa jako przełomowe dla całego późniejszego nauczania prymasa. Idąc przez las, Wyszyński zobaczył stertę spalonych papierów przywianych przez wiatr z płonącej Warszawy. Na jednym z niedopalonych fragmentów ocalały tylko dwa słowa: „Będziesz miłował…”. Kapelan uznał to za testament ginącej stolicy.
Zabrał tę kartkę jak relikwię i położył na ołtarzu w Laskach. Powiedział wtedy siostrom, że to najświętszy apel walczącego miasta do świata. Od tego momentu motyw miłości społecznej stał się głównym wątkiem jego kazań. Przekonywał, że nie ma miłości bez ofiary i to właśnie przez nią zyskuje się prawdziwe prawo do Ojczyzny.
Szkoła hartu ducha
Doświadczenia z okresu powstania sprawiły, że Wyszyński stał się człowiekiem, którego trudno było złamać. Grzegorz Polak zauważa, że po widoku „żołnierzy z wnętrznościami na zewnątrz”, późniejsze uwięzienie przez komunistów w PRL nie budziło w nim strachu. Przeżycia z 1944 roku były dla niego szkołą hartu w warunkach ekstremalnych.
Sam kardynał po latach przyznał, że ten krwawy okres dał mu bardzo wiele. Choć początkowo uważał, że obraz cierpienia w szpitalu polowym nie jest dla niego, później zrozumiał wagę tych doświadczeń. Szacunek dla ofiary powstańców łączył z wiarą w opatrzność, zauważając, że mimo pacyfikacji Kampinosu, nikt przebywający w Laskach nie został ranny, choć pociski nieraz obcinały gałęzie drzew nad ich głowami.
Wspólnota Polska/PAP/łs


Skomentuj artykuł