Mniej cementu, więcej fermentu [ROZMOWA]

Grzegorz Gałązka / galazka.deon.pl)
Karol Kleczka / Kasper Kaproń OFM

"Nie ma też co czekać na Kościół pełny Franciszków i Krajewskich. Trzeba się cieszyć, że jest ich chociaż tylu, ilu jest, bo to znaczy, że Chrystus ma swoich świadków" - mówi tłumacz "Kościoła wykluczonych".

To druga część rozmowy z tłumaczem "Kościoła wykluczonych". Pierwszą znajdziesz tutaj.

Karol Kleczka: Czego Kościół katolicki w Polsce może się nauczyć od teologii z Ameryki Południowej? Powinno nam być do siebie blisko przez siłę pobożności ludowej.

Kasper M. Kaproń OFM: Juan Carlos Scannone, mistrz i nauczyciel Jorge Bergoglio, uważany za ojca kierunku, jakim jest teologia ludu, przedstawił swój teologiczny projekt w książce "Evangelización, cultura y teología" (Ewangelizacja, kultura i teologia). Punkt wyjścia dla całości rozważań w niej zawartych stanowi porównanie rzeczywistości polskiej, z której wyrósł papież Jan Paweł II, z rzeczywistością latynoamerykańską. Scannone pisał swoją książkę w latach 80. ubiegłego wieku: były to pierwsze lata pontyfikatu Jana Pawła II, w Polsce to dekada naznaczona najpierw okresem karnawału "Solidarności", później stanu wojennego, a wreszcie urzeczywistnionego snu o wolności poprzez wydarzenia 1989 r. Argentyński teolog, odnosząc się do tych wydarzeń, wskazuje na wielką potęgę wiary ściśle zintegrowanej z kulturą społeczeństwa polskiego. Te dwie rzeczywistości (wiara i kultura) są do tego stopnia zintegrowane, że możemy mówić o niemalże pełnej inkulturacji Ewangelii. To właśnie inkulturacja wiary przejawiająca się głównie - chociaż nie jedynie - w silnej pobożności ludowej (szczególnie maryjnej) stanowiła o sile narodu polskiego zdolnej przeciwstawić się depczącej godność człowieka ideologii i ją zwyciężyć.

DEON.PL POLECA

Na kontynencie latynoamerykańskim - kontynuuje Scannone - doszło do podobnego zintegrowania wiary i kultury, że nie sposób zrozumieć ludu latynoskiego i jego kultury bez odniesienia do wiary, w szczególny sposób wyrażanej w pobożności ludowej, zwłaszcza maryjnej. Jest to zatem siła, która także może tak ściśle zintegrować społeczeństwo, aby przeciwstawić się ideologiom (tyle tylko że w tym przypadku dyktaturom prawicowym) i je obalić.

Moje pokolenie już tego nawet nie pamięta.

Zarówno komunizm w Polsce, jak i wojskowe dyktatury prawicowe w krajach Ameryki Łacińskiej to już przeszłość. Ale czy w pewnym sensie nie doszło dzisiaj do odwrócenia ról? Czy w dalszym stopniu nie możemy mówić o pewnych podobieństwach tych dwóch rzeczywistości społeczno-geograficznych? Zarówno w Ameryce Łacińskiej, jak i w Polsce, do głosu zaczynają dochodzić populizmy. Tyle tylko, że teraz to w Polsce i w innych krajach europejskich wzmacnia się populizm prawicowy, a w krajach Ameryki Łacińskiej coraz silniejszy staje się ten lewicowy. Każda z tych ideologii - zarówno dawniej, jak i dzisiaj - próbuje wykorzystywać wiarę do swoich doraźnych celów i Kościół przestrzega przed tym niebezpieczeństwem. Dokumenty Kościoła z lat 80. mówiły o wypaczeniach teologii wyzwolenia, kiedy to, próbowano wykorzystać chrześcijaństwo do marksistowskiej walki klas. Obecnie Kościół przestrzega przed próbami manipulowania wiarą i wykorzystywania jej przez narodowców czy inne grupy starające się wskrzesić mit nadnarodu lub nadczłowieka.

Możemy na to jakoś po katolicku odpowiedzieć?

Zadaniem uczniów Chrystusa jest nieustannie oczyszczać wiarę z wszelkich pokus ideologicznych wpływów. One dążą do zdobycia władzy, wywierania wpływu na społeczeństwo. Chrześcijaństwo w wymiarze nazaretańskim, a nie dawidowym, jest postawą służby i bezgranicznego zaufania w moc Boga. Logika chrześcijan wyraża się w znaku krzyża, a nie miecza. Osobiście myślę, że w zdrowej pobożności ludowej najpełniej wyraża się ta postawa służby i zaufania. Pobożność ludowa to także żywa wiara emanująca radością. To nas łączy z Latynosami i pozwala przezwyciężać różnego rodzaju niebezpieczeństwa. Lud ma swój zmysł i naturalnie wyczuwa, co jest dobrem, a co złem. Oczywiście nie można przyjąć postawy naiwności i być bezkrytycznym wobec wszystkich jej form. Pielgrzymki narodowców to przecież także jakaś forma ludowej pobożności, jest nią także czasami wręcz zabobonne traktowanie wiary, o czym ostatnio często mówi ks. Strzelczyk. Konferencja z Aparecidy bardzo wyraźnie mówi o konieczności nieustannego oczyszczania ludowej pobożności.

Osobiście myślę, że warto prowadzić studia porównawcze: teologiczne, socjologiczne, polityczne, antropologiczne i zestawić naszą słowiańską duszę z duszą latynoamerykańską. Studia poważne, unikające jakichkolwiek uprzedzeń i manipulacji. Na końcu tej drogi może się okazać, że łączy nas naprawdę bardzo dużo i że wzajemnie możemy sobie pomagać i uczyć się od siebie.

Bliżej nam do stolarni w Nazarecie czy pałacu Dawida?

To pragnienie bycia Kościołem dawidowym ciągle nam towarzyszy i musielibyśmy przeżyć podobne do św. Pawła nawrócenie, aby móc wraz z nim powiedzieć: "głosimy Chrystusa, który jest skandalem dla Żydów i głupstwem dla Greków... bo moc w słabości się doskonali". Trudno przychodzi nam zrozumieć logikę Ewangelii mówiącą o obecności chrześcijan w świecie, która ma być jak zaczyn chlebowy albo ziarnko gorczycy, lub też mówiącej, że naszym zadaniem jest bycie solą ziemi. Nie trzeba wielkiej ilości soli, aby nadać potrawie właściwy smak. My zaś ciągle podkreślamy liczby i statystyki. Z wielką trwogą przyjmujemy informacje mówiące o spadającej liczbie wiernych, którzy uczestniczą w praktykach religijnych, o spadającej liczbie powołań. Z radością natomiast będziemy informowali o liczbie tegorocznych pątników biorących udział w pieszych pielgrzymkach i o innych sukcesach duszpasterskich.

To chyba naturalne, że cieszą nas pozytywne wiadomości.

Tak, ale trzeba pamiętać, że chrześcijaństwo to jednak religia krzyża i po ludzku przegranej. Chrystus został odrzucony przez swój lud. To właśnie odrzucenie i pozorna klęska krzyża są konieczną drogą prowadzącą do ostatecznego zwycięstwa w zmartwychwstaniu.

Osobiście z wielką nadzieją i optymizmem patrzę na dokonujące się obecnie w Kościele przemiany. Gdy patrzymy po ludzku, to przyszłość oczywiście nie jawi się różowo. Przygotowywałem się do kapłaństwa w seminarium zakonnym w krakowskich Bronowicach. Nowy gmach, który w latach 90. tętnił życiem. Było nas wtedy ponad 60 kleryków, obecnie do święceń w mojej macierzystej prowincji zakonnej przygotowuje się mniej niż 10 braci, a sam gmach jest teraz remontowany i być może w przyszłości pełnić będzie inną funkcję niż seminarium. Poddawać się w tej sytuacji rezygnacji i zwątpieniu oznaczałoby jednak, że brak nam ufności i nie wierzymy w pełni zapewnieniu Chrystusa, który zagwarantował nam swoją obecność, aż do końca świata. Kościół na pewno przetrwa, tyle tylko, że to nie oznacza, że przetrwa on w takim samym wyglądzie, do jakiego zdążyliśmy się przyzwyczaić.

Obecnie dużo się dyskutuje o kryzysie powołań. Sam znam wielu katolików, dla których wspomniane przez Ciebie zmiany wcale nie dają powodów do radości.

Myślę, że wielkim niebezpieczeństwem jest pragnienie utrzymania aktualnego status quo wyrażające się stwierdzeniem: "po co zmieniać, jak zawsze tak było i dobrze funkcjonowało". Lęk przed zmianami jest czymś normalnym: gdy się do czegoś przyzwyczaimy, to nie lubimy zmian. Wydaje mi się jednak, że zbyt często Kościół przypomina podobnego do mnie pana w średnim wieku z widocznym już brzuszkiem, który źle się czuje z nadwagą i wie dobrze, że coś powinien zacząć robić z sobą, jednak siła przyzwyczajeń jest tak duża, że decyzję o zmianie trybu życia ciągle odkłada na dzień jutrzejszy.

Musimy wyzbyć się mentalności "zawsze tak było". W Dziejach Apostolskich jest taki piękny epizod z podróży św. Pawła, kiedy to Duch Święty zabrania mu głosić słowo w Azji. On pragnie przejść do Bitynii, ale Duch mu nie pozwala. W nocy Paweł ma widzenie: widzi Macedończyka, który błaga go, aby przeprawił się do Macedonii i pomógł im. Paweł więc opuszcza Azję i przeprawia się do Europy w przekonaniu, że Bóg wezwał go do tej nowej misji. W ten oto sposób rozpoczęło się dzieło ewangelizacji naszego kontynentu. Duch Święty jednak równocześnie zabronił Pawłowi kontynuowania dalszej misji w Azji Mniejszej (por. Dz 16,6-10).

Trzeba nam otworzyć się na nowe, bo być może także sam Duch Święty zamyka przed nami stare drogi, aby otworzyć całkowicie nowe i zupełnie nam jeszcze nieznane. Naszą prawdziwą przegraną byłoby próbować walczyć z Duchem Świętym. On zamyka przed nami jedne drzwi, otwierając nowe, a my tymczasem staramy się za wszelką cenę wyważać te już zamknięte. Sami nie możemy tego robić, więc zmuszamy tych niewielu, którzy wstępują do zakonów, aby to oni je wyważali. Ile to energii, a także środków, tracimy, aby utrzymać nasze dawne struktury.

W Watykanie nie tak dawno miała miejsce konferencja o losie zamykanych kościołów. Sam jestem w prowincji zakonnej członkiem komisji restrukturyzacji. Zastanawiamy się, na co przeznaczyć te nasze domy, których z powodu braków personalnych nie jesteśmy już w stanie utrzymać. Struktury są ważne i konieczne. Gwarantują nam one realizację dzieł ewangelizacyjnych. Jednak błędem jest, jeśli całą naszą energię tracimy jedynie na utrzymanie struktur. Dzisiaj w Kościele potrzeba mniej cementu, a więcej fermentu.

Ładna fraza, ale jak to przełożyć na praktykę?

W Kościele, tak jak w każdym zdrowym organizmie, pewne formy obumierają - tak jak w ciele komórki - a inne zaczynają żyć pełnią życia. Pewne formy życia konsekrowanego wypełniły swoją misję w historii Kościoła, powstają zaś nowe lub też odradzają się dawno zapomniane. Jak inaczej wytłumaczyć fenomen odradzającego się w Kościele dziewictwa konsekrowanego? Niedawno został opublikowany nowy dokument Kongregacji ds. Życia Konsekrowanego, a dotyczący tego fenomenu, który widoczny jest także w Polsce (wspomnę tutaj parafię w gdyńskiej Chyloni i opiekę, jaką nad tą formą życia konsekrowanego sprawuje tamtejszy proboszcz, ks. Jacek Socha). Jeżeli jakaś pojedyncza komórka zacznie myśleć jedynie o sobie, zapominając o dobru całego organizmu, to taki stan nazywamy rakiem i jest śmiertelną chorobą całego organizmu.

Mniej cementu, więcej fermentu. Czyż takie osoby jak papież Franciszek, kard. Krajewski, siostra Chmielewska... (i tysiące innych mniej medialnych postaci) nie są właśnie tym ożywczym fermentem Kościoła? Przestańmy liczyć i cieszyć się ilością lub też popadać w stan rezygnacji, widząc spadającą liczbą dominicantes. Nie ma też co czekać na Kościół pełny Franciszków i Krajewskich. Trzeba się cieszyć, że jest ich chociaż tylu, ilu jest, bo to znaczy, że Chrystus ma swoich świadków. To oni przeprowadzą Kościół w kolejne lata. To oni urzeczywistniają królestwo Boże w świecie. A przede wszystkim wystrzegajmy się przymierza z kolejnymi obozami władzy. Kościołowi naprawdę nie służą przymierza z kolejnymi faraonami i zaufanie pokładane w sile jeźdźców i rydwanów. Nasze zaufanie całkowicie złóżmy w Bogu. Ucząc się tego od ubogich.

Kasper Mariusz Kaproń OFM — ur. 1971 r. (Prowincja Matki Bożej Anielskiej OFM w Krakowie), doktor liturgiki. Przez kilka lat był duszpasterzem we Włoszech. W 2001 - 2007 odbył studia specjalistyczne na Papieskim Instytucie Liturgicznym św. Anzelma w Rzymie. W latach 2011-2014 pracował na misjach wśród Indian Chiquitos i Guarayos. Obecnie pracownik naukowy, sekretarz generalny i kierownik studiów doktoranckich na Wydziale Teologicznym św. Pawła w Cochabamba (Boliwia), wychowawca kleryków oraz odpowiedzialny za formację zakonną w boliwijskiej prowincji Zakonu Braci Mniejszych. Tłumacz książki Victora Codiny SJ "Kościół wykluczonych. Teologii z perspektywy Nazaretu".

Karol Kleczka - redaktor DEON.pl, doktorant filozofii na UJ, współpracuje z Magazynem Kontakt. Prowadzi bloga "Notes publiczny".

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Mniej cementu, więcej fermentu [ROZMOWA]
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.