[PRL z perspektywy zakrystii - cz.3.] Witaj, szkoło!

[PRL z perspektywy zakrystii - cz.3.] Witaj, szkoło!
Fot. Generated by Gemini

Nauczyciele mówią, że teraz jest gorzej: dzieci jakby głupsze, a i rodzice od nich nie są lepsi – bezczelni i pretensjonalni. Zamiast wymagać od dzieci, załatwiają im różnego rodzaju zaświadczenia o dysfunkcjonalności, a w konsekwencji te problemy wyłącznie utrwalają. Szkoła gubi się pomiędzy uczeniem a wychowaniem, i właściwie ani jednego, ani drugiego dobrze nie robi. Kolejne reformy edukacji wcale nie mają na uwadze dobra uczniów, ale doraźne cele polityczne. Słowem – edukacyjny bałagan. Czy w PRL-u było lepiej?

Pod pewnymi względami – ciężko to pisać – PRL oferował wyższy poziom edukacji, tzn. dzieci (i młodzież), kończąc szkołę, jednak coś umiały. Była to wprawdzie wiedza encyklopedyczna, co było prostą konsekwencją relatywnie trudnego dostępu do źródeł, bo encyklopedie i słowniki znaleźć można było tylko w bibliotekach, ale miało to swoje plusy. Wraz z wprowadzeniem Internetu, a zwłaszcza po uruchomieniu Wikipedii, dostęp do informacji stał się o wiele łatwiejszy i wszyscy rzucili się, aby tam by jej szukać. Z punktu widzenia edukacji było to fatalne rozwiązanie, bo ludzie ślepo wierzyli w to, co opublikowano w Internecie, zupełnie nie biorąc pod uwagę faktu, że tam powoli robiło się jak w koszu na śmieci. Szkoła nie nauczyła ich jednak rozsądku, bo do dziś w Internecie czytaj więcej bzdur niż wartościowych rzeczy, a w konsekwencji w bzdury te wierzą i nimi „przesiąkają”.

DEON.PL POLECA



W PRL-owskiej edukacji ważnych było kilka ogólnych założeń: uwierzyć w to, że partia jest dobra, dalej, że jesteśmy na drodze do dobrobytu, (ale trzeba przejść przez etap zaciskania pasa), że Związek Radziecki jest naszym szczerym przyjacielem, a Zachód jest wrogiem i że w ogóle nie ma tam czego szukać (przypomnijcie sobie piosenkę Rosiewicza o udrękach zachodnich maklerów – oczywiście najłatwiej ją znaleźć w Internecie). Nauczyciele tym założeniom mieli się przynajmniej nie przeciwstawiać, a reszta właściwie zależała już od ich inwencji.

W szkołach w miastach było więcej ideologii, na wsiach mniej. Ale prawda była też taka, że w miastach był zdecydowanie wyższy poziom nauczania, a w wiejskich szkołach ze świecą w ręku trzeba było szukać nauczyciela ze stopniem magistra (czyli takiego trochę mądrzejszego). W miastach była też szansa na jakieś zajęcia dodatkowe – na wsiach z tych dodatkowych zajęć był tylko słynny SKS, czyli chaotyczne kopanie piłki, bo nauczyciel WF-u nie miał zielonego pojęcia, co powinien robić prawdziwy trener.

Generalnie było tak, że wprowadzony obowiązek kształcenia podstawowego zaliczał każdy. Niektórzy zostali z tym podstawowym, ale często dlatego, że nie kończyli szkół, do których potem poszli. Jak ktoś się dobrze uczył, to po podstawówce wybierał szkołę z maturą: jak myślał o studiach, to szedł do „ogólniaka”, a jak nie, to do technikum albo zawodowego liceum. (Do najlepszych techników można się było dostać tylko po znajomości). Ostatecznie jednak ci „mądrzejsi” i z ambicjami mieli gorzej, bo zawodu szybko wyuczyli się ci, którzy poszli do zawodówek, w których z założenia czas, który spędzano w szkole, był tylko dodatkiem do praktyk zawodowych. Tu jednak też bywały różnice i podziały na lepszych i gorszych. W szkole budowlanej (z dumą mówię: mojej), najwyżej oceniano zawodówkę malarzy, potem byli monterzy urządzeń sanitarnych, czyli hydraulicy, potem murarze, a jak ktoś inteligencją nie przewyższał murarskiej kielni, to zostawał betoniarzem-zbrojarzem.

Robotnicy w PRL-u mieli najlepiej. Inteligencja była na przegranej pozycji, co przekładało się też na niewesoły los tych, którzy uczyli się trochę lepiej i myśleli o studiach. Jak ktoś miał szczególne predyspozycje techniczne, mógł zostać inżynierem – wtedy to była naprawdę ceniona kasta. Na moim rodzinnym Podkarpaciu wszystkich takich zbierała i kształciła Politechnika w Rzeszowie. A gdy ktoś chciał studiować, ale był tylko trochę mądrzejszy i nie miał ani nadzwyczajnych ambicji, ani umiejętności, zostawał… nauczycielem.

DEON.PL POLECA


No i byli jeszcze ci, którzy „szli na księdza”. Za wcześnie nie mogli się przyznawać do swoich planów, więc zwykle wymyślali jakieś kłamstwo, a o swoim wyborze otwarcie mówili dopiero po zdanej maturze. Cieszyli się niemałym poważaniem w PRL-owskim społeczeństwie. Wszyscy też uważali, że są jednymi z lepiej wykształconych. Trzeba było dopiero wejść w to środowisko, żeby przekonać się, że poziom nauczania w seminariach wcale nie jest taki, jak się powszechnie uważa. Dlatego wielu księży wykształconych w tamtych czasach uważa, że ukończyło… „zawodówkę dla księży”. Trzeba mieć tylko nadzieję, że ta „zawodówka” była na poziomie malarza, a nie betoniarza-zbrojarza, choć czasami – patrząc dokoła – wcale nie jest to takie pewne.

Dyrektor Wydawnictwa WAM i DEON.pl. W latach 2014-2020 przełożony Prowincji Polski Południowej Towarzystwa Jezusowego. Autor kilku przekładów i książek, m.in. "Po kostki w wodzie. Siedem katechez o wierze uczniów Jezusa" (dostępnej także jako audiobook). Po godzinach wolontariusz w krakowskim Schronisku dla Bezdomnych Zwierząt.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Leslie Wolfe

Myślałam, że będę tutaj bezpieczna. Myliłam się.
Wiem, że muszę stąd uciec. Jednak nie wiem jak. Nie wiem przed kim. Nie wiem dokąd.

Kiedy budzę się po wypadku, nie mogę się poruszać, nic nie...

Skomentuj artykuł

[PRL z perspektywy zakrystii - cz.3.] Witaj, szkoło!
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.